Pieniądze są marnotrawione

Pieniądze są marnotrawione

Polityka kadrowa w służbie zdrowia podporządkowana jest interesom lekarzy Lekarz z długoletnią praktyką radzi co zmienić w służbie zdrowia Czy w ochronie zdrowia może być lepiej? Tak – pod kilkoma warunkami. Od roku 1999 – daty wprowadzenia systemu pseudoubezpieczeniowego finansowania służby zdrowia – większość dyskusji kończy się nieodmiennie stwierdzeniem, że „za te pieniądze lepiej być nie może”. Korporacje zawodowe mówią o zbyt małych środkach przeznaczanych z budżetu na ochronę zdrowia, taktownie przemilczając błędy systemowe i domagając się rozwiązań korzystnych dla lekarzy – ale niekoniecznie dla pacjentów i gospodarki narodowej. Nie zwraca się uwagi na rozmiary marnotrawstwa relatywnie niskich nakładów na zdrowie. A są one ogromne. W wydatkach na pierwszym miejscu mamy koszty osobowe – mimo bardzo niskich płac – na drugim dopłaty do leków. I tylko w tych dwóch obszarach można szukać oszczędności. Najwięcej kosztują nas przerosty zatrudnienia w szpitalach, przede wszystkim w dużych aglomeracjach, a zwłaszcza w szpitalach klinicznych. Wielokrotnie Ministerstwo Zdrowia publikowało wytyczne dotyczące liczby łóżek, jaka powinna przypadać na jednego lekarza w szpitalu, w zależności od charakteru oddziału i poziomu referencyjnego (szpital powiatowy, wojewódzki, kliniczny) lekarz miał mieć pod swą opieką od ośmiu do dwudziestu łóżek. Tymczasem przeciętna dla kraju wynosi… cztery. Ostatnio miałem okazję przeglądać sprawozdania szpitali w jednym z dużych miast wojewódzkich. Znalazłem w nich dane z dwóch oddziałów ginekologiczno-położniczych – małych, 25-łóżkowych. W jednym z nich pracowało czterech lekarzy, a w drugim dziewięciu (!). W obydwu łóżka były wykorzystywane średnio przez 150 dni w roku. Kierownik miejskiego wydziału zdrowia tłumaczył ten fenomen następująco: „Co robi kobieta, która zachodzi w ciążę i chce urodzić? Szuka lekarza z wybranego przez siebie szpitala, idzie na »prywatną wizytę« i prosi o opiekę nad ciążą i porodem. On patrzy, jak jest ubrana, i strzela sumę od 3 do 8 tys. zł. Prawie każda – czasem po krótkim targu – przyjmuje propozycję: chce mieć zdrowe dziecko. Sam widzisz, że wystarczą mu dwa porody w miesiącu, aby zarobić nieopodatkowane 70-200 tys. rocznie. Próbowałem to uporządkować, ale każda próba kończyła się ostrą interwencją kogoś wysoko postawionego w radzie albo w zarządzie miasta – i prędzej mnie by wyrzucili, niż udałoby się zracjonalizować zatrudnienie”. Ponieważ „odgórnie” stymulowana jest restrukturyzacja – zwalnia się pielęgniarki czy położne, które (gdyby było ich dostatecznie dużo) mogłyby się rzeczywiście pacjentkami opiekować. Cóż, polityka kadrowa podporządkowana jest interesom lekarzy. Baza materialna szpitala wykorzystywana jest na ogół przez pacjentów leczonych za oficjalne pieniądze NFZ i też oficjalne pieniądze działających przy oddziałach „fundacji”. W zeszłym roku wysoki rangą urzędnik jednej z najbardziej prestiżowych w Polsce instytucji prosił mnie o pomoc dla swego kolegi ze studiów, prawnika z prowincjonalnego miasta, człowieka ponadpięćdziesięcioletniego, u którego lekarz rodzinny stwierdził chorobę wieńcową, a lokalny kardiolog skierował go do ośrodka akademickiego na koronarografię. Pacjent w czerwcu usłyszał: „Możemy pana zapisać na połowę lutego albo na pojutrze za 8 tys. zł”. Cóż, chory mógł oczywiście sprzedać stary samochód, za który pewnie tyle by dostał. Ale Zbigniew Religa zrobił mu to w ciągu tychże trzech dni za darmo. I po tygodniu pacjent wrócił zdrowy do domu. Ale ja pracę jako młodszy asystent rozpocząłem w akademii medycznej 1 czerwca 1953 r. i przez te ponad 50 lat poznałem wielu znakomitych kolegów. Gdyby w szpitalach wprowadzić częściowo dwuzmianowy system pracy za pieniądze publiczne, ludzie w Polsce żyliby dłużej i byliby zdrowsi, lekarze zaś mogliby uczciwie zarabiać – tak sądzę – dwa razy tyle, ile dziś po prostu dzięki zwiększonej wydajności pracy. Szpitale, redukując przyrosty zatrudnienia, mogłyby bowiem płacić znacznie więcej. Ale to oznaczałoby koniec szarej czy nawet czarnej strefy, której istnienia nie chcemy, jako korporacja zawodowa, widzieć. Potrzeba do tego dobrej woli i unormowania od zawsze fatalnych relacji między centralą resortu a płatnikiem: najpierw kasą chorych, dziś funduszem. Ani jedna, ani druga instytucja nigdy nie kierowały się w swych działaniach (mówię tu o ostatnich sześciu latach) interesem zdrowotnym pacjentów. Mam absolutną pewność, że powołanie przez nowego prezydenta –

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2005, 30/2005

Kategorie: Opinie