Podjudzanie do nienawiści to działalność antypolska

Podjudzanie do nienawiści to działalność antypolska

Wstąpienie do armii Berlinga dało Kresowianom możliwość walki z hitlerowcami pod polskimi sztandarami

Podzielam oburzenie Przemysława Prekiela (PRZEGLĄD nr 12) z powodu zafałszowywania historii i ignorowania wielkiej daniny krwi złożonej przez żołnierzy Wojska Polskiego z frontu wschodniego. A już sugerowanie zdrady ojczyzny jest w odniesieniu do tamtych zwykłych żołnierzy (a nie niektórych dowódców) szkalowaniem pamięci tysięcy Polaków. Dodam tu jeden aspekt wskazujący patriotyczne motywacje, jakie leżały u podstaw decyzji wielu Kresowian o wstąpieniu do armii Berlinga.
Kiedy w 1944 r. front doszedł na Wileńszczyznę, tamtejsi Polacy, w tym liczni akowcy, stanęli przed dramatycznym dylematem: jak ochronić życie swoje i swoich rodzin, pozostając przy tym Polakiem? Z tradycji rodzinnej wiadomo mi, że po wejściu bolszewików do Oszmiany większość zdolnych do służby wojskowej Polaków dołączyła do resztek oddziałów partyzanckich kryjących się po lasach. Jednak z nadejściem jesieni stało się jasne, że ich los w razie schwytania przez bolszewików będzie przesądzony – śmierć albo wcielenie do Armii Czerwonej. To drugie oznaczało utratę obywatelstwa polskiego. Wyjściem okazało się wstąpienie do armii Berlinga. Dlatego, pozostawiając rodziny, moi krewni (ojciec i stryjowie obciążeni akowską przeszłością) podobnie jak wielu sąsiadów przekradli się nocami do odległego o 50 km Wilna, by wstąpić na ochotnika do polskiego wojska. Tych, którzy pozostali w domach, w najlepszym razie wcielono do Armii Czerwonej jako „obywateli Białorusi”. Natomiast inni czujący się Polakami, jeśli przeżyli wojnę (jak ojciec i jeden ze stryjów), powrócili w połowie 1945 r. do swoich rodzin w mundurach żołnierzy WP, co ułatwiło uzyskanie zgody władz na „repatriację”, czyli przesiedlenie na Mazury, choć władze ze zrozumiałych względów starały się różnymi sposobami utrudnić wyjazdy Polaków, zwłaszcza lepiej wykształconych. Wystarczyło popełnić błąd i z uprzejmości odpowiedzieć urzędnikowi po białorusku (większość ludności była tam dwujęzyczna), a słyszało się zarzut: „Jaki z ciebie Polak, jeśli mówisz po białorusku”. Niektórzy członkowie mojej rodziny, w tym ożeniony z ciotką rdzenny Polak z Mazowsza, nie uzyskali zezwolenia na wyjazd i pozostali tam, a ich wnukowie utracili świadomość polskości.
Armia Berlinga zapewniła Kresowianom możliwość walki z hitlerowcami pod polskimi sztandarami. Jeden ze stryjów przypłacił życiem zwalczanie hitlerowskich maruderów na dzisiejszych Mazurach ledwie osiem dni przed końcem wojny, a ranny ojciec po wyzdrowieniu organizował polską administrację wojskową w miasteczku Schiefelbeim/Świdwin na Pomorzu. Po wojnie ułatwiło to nam przesiedlenie się w obręb dzisiejszych granic kraju i kultywowanie polskości, nawet uzyskanej, jak w przypadku mojego rodu, przed ponad dwustu laty przez ród litewski (Tomiałajtis). Dodam, że czwartego przedstawiciela naszego rodu, Antoniego, za działalność w AK stracono w 1949 r. we Wrocławiu.
Ktoś, kto tego aspektu nie zna albo, znając go, lekceważy z powodu fanatyzmu ideologicznego, nie jest obiektywnym uczonym, lecz krzywdzicielem ludzi. Jest kimś, kto kala pamięć wielu Polaków, którzy w dramatycznych okolicznościach krwią potwierdzali swoją polskość. Znamienne, że stryja Stanisława, choć był akowcem, wymieniono z szacunkiem pośród poległych na wojnie mieszkańców naszego zaścianka w wydanej w 2005 r. białoruskiej księdze „Pamiać”.
Z całą mocą protestuję zatem przeciw podjudzaniu rodaków do wzajemnej nienawiści. Tego rodzaju stronnicza propaganda IPN powinna być uznana za działalność antypolską.

Wydanie: 14/2016 2016

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy