Polityk jak mydełko FA

Polityk jak mydełko FA

Hasła wyborcze to ogólnikowe życzenia, dobre na wieczorek u cioci

Wyborca ma dzisiaj ciężkie życie. Czyta hasła porozlepiane na ulicach i czuje się jak Pietruszka z „Martwych dusz”: „Oto z liter ciągle wychodzą jakieś słowa, które diabli wiedzą, co znaczą”. Niby na pierwszy rzut oka wszystko w porządku, ale gdy wyborca przypatrzył się bliżej, mógł tracić ochotę na głosowanie. Dlaczego? Proponujemy poddać hasła wyborcze dwóm testom.

Test pierwszy: hasło przeciwne
Polityka to podobno spór o kształt życia społecznego i podział władzy. Spór projektów – przeciwstawnych albo przynajmniej różnych. Jeżeli hasło wyborcze ma coś wspólnego z polityką, czyli wyraża jakąś propozycję co do wspólnego życia, to powinno mieć jakąś treść, której można przeciwstawić treść alternatywną, inną, słowem sprzeczną z tą pierwszą. Na przykład kiedy 60 lat temu pisano na plakatach „Chłopom ziemię, robotnikom fabryki”, wiadomo było, że z drugiej strony barykady można oczekiwać transparentu z napisem „Łapy precz od naszej własności”. Spór widoczny jak na dłoni – tu i tam konkretne stawki walki politycznej.
Weźmy pierwsze z brzegu hasło naszych wyborów samorządowych. Platforma Obywatelska kojarzyć ma się z zawołaniem „By żyło się lepiej”. Bardzo ładnie, ale przecież żaden z przeciwników Platformy nie pójdzie do wyborów z hasłem „By żyło się gorzej”. Nonsens, który ujawnia, że hasło jest puste, nie wyraża żadnego projektu, nie odnosi się do żadnego sporu społecznego czy politycznego. Jest nic nieznaczącym ogólnym życzeniem, w sam raz na świąteczny wieczorek u cioci: „Miło jest w dzień pogodny wypić kawkę na świeżym powietrzu”.
Niestety, tak właśnie zbudowane są niemal wszystkie hasła. Centrolewica zapewnia, że „stoją za nią kompetencje”, ale nikt w miarę rozgarnięty nie będzie wabił wyborców brakiem kompetencji; Hanna Gronkiewicz-Waltz kusi nas stwierdzeniem, że „rozwiąże problemy Warszawy”, choć przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że chce zostać prezydentem miasta, bo ma jego problemy w głębokim poważaniu; Marek Borowski zalecał się zapewnieniem, że „dotrzymuje obietnic”, tylko że mało kto będzie zjednywał sobie głosy, oświadczając, że co powie, to skłamie.
Trudno wyobrazić sobie polityka, który by maszerował do wyborów pod transparentem „Tylko ja sam”. Mimo to Donald Tusk śmiało oznajmia, że on będzie walczył w wyborach „Razem”. Razem z kim? Platforma pokazywała przez ostatni rok, że nie chce współpracować właściwie z nikim: z oczywistych względów nie lubi PiS, SLD się brzydzi, Lepperem i PSL pogardza, z LPR głęboko się nie zgadza, a PD nawet nie zauważa, bo za mała. Czyli jak? „Razem” z samą sobą? Cóż, na takie „razem” język polski ma określenie „osobno”. Wychodzi na to, że „razem” znaczy tyle, co „głosuj na mnie!” i ten slogan właśnie wygrywa. Centrolewica reklamuje się zapewnieniem „Żadnych popisów”. Czyli nie tamci, lecz my! Czy nie prościej byłoby wydrukować jeden billboard z hasłem „głosuj na nas” i tylko zmieniać podpisy?
Jeśli nawet zdarzy się mniej mgliste hasło, jak ognia unika się w nim rzeczywistych problemów. Jakaś partia napisała, że jest za „edukacją i rozwojem” i za tym „żeby nasze dzieci chciały żyć we własnym kraju”. Każdy całym sercem miał poprzeć tę partię, nawet jeśli nie ma dzieci. Tyle że nikt nie wie, jaka ma być ta edukacja. Płatna? Bezpłatna? Publiczna czy może prywatna? Katolicka czy laicka? I z jakiego właściwie powodu dzieci będą „chciały żyć we własnym kraju”? Bo wpoi im się patriotyzm czy może dlatego, że będą mogły mówić to, co myślą?
Jedyną jaśniejszą gwiazdą na firmamencie ponurych wyborczych plakatów jawi się LPR. Liga ma rzeczywiście hasła, które coś znaczą. Kiedy czytamy „Rodzina, ojczyzna, praca”, to wiemy mniej więcej, o co chodzi przynajmniej w pierwszych dwóch członach. Nacjonalizm i patriarchat uświęcone przez państwo. Jasna wizja – kroczek dalej niż dzisiaj. Podobnie z hasłem „Silna rodzina to silna Polska”. Reagujemy instynktownie, formułując hasła typu „Prawa jednostki, internacjonalizm” albo „Związki partnerskie to szczęśliwi Polacy”. Szkoda tylko, że Liga, która jako jedyna bierze jeszcze na serio demokrację, chce wygrać głównie po to, żeby z demokracją ostatecznie zrobić porządek.

Test drugi: quid pro quo
Gdyby hasła wyborcze coś znaczyły, z pewnością partie polityczne i politycy nie mogliby się nimi dowolnie pozamieniać. Lud idący na Tuileries z okrzykiem: „Precz z monarchią!” nie może przecież nagle zamienić się na hasła z arystokratami, którzy najchętniej krzyczeliby: „Niech żyje król!”.
Weźmy pierwsze z brzegu hasło dzisiejsze: „Wizja i skuteczność”. Czyje to? Borowskiego? Czemu nie! Gronkiewicz-Waltz? Właściwie może być, nic nie stoi na przeszkodzie. Tuska? Też pasuje. LPR – oczywiście. A cudne hasełko „PSL = normalnie”. PSL można zamienić na jakąkolwiek inną partię i hasło działa w najlepsze. „Dotrzymuję obietnic” – podpis może być dowolny. Pod hasłem „Razem” mogłyby z powodzeniem iść do wyborów LPR i PiS, nikt by nawet okiem nie mrugnął. A plakaty PiS z hasłem „Obywatel IV Rzeczypospolitej”? Gdyby rolnika z synkiem na tle złotych kłosów obdarzyć podpisem „Obywatel Polski Kuronia”, można od razu startować z kampanią.
To jeszcze nic. Można zrobić lepsze doświadczenie. Zamienić logo polityczne na jakiekolwiek inne. „Za nami stoją kompetencje” – niech będzie podpis Microsoft albo Toschiba. Gra? Gra! Albo „Razem”. Żywiec? Coca-Cola? Może chipsy Lays? „Dotrzymujemy obietnic” – PZU czy Commercial Union? „Obywatela IV RP” pod obrazkiem panienki z rozwianym szalem można spokojnie zastąpić Lenorem albo Vizirem, może Orange albo mydełkiem Fa. I co? I nic! Bardzo dobrze! Na Pradze pewien kandydat PiS reklamował się hasłem „Postaw na młodość”. Nazywają go na osiedlu „L’Oréal”. Cóż, po takiej zabawie na „Rozwiążę problemy Warszawy” zostaje już chyba tylko podpis Alka-Seltzer…

Ciekawy świata Czytelnik może wykorzystać te dwa kryteria i samodzielnie prowadzić badania nad polską polityką. Obawiamy się jednak, że w 99% otrzyma podobne wyniki. Będzie więc musiał niechybnie dojść do wniosku, że ktoś robi tutaj kogoś ordynarnie w konia. Zawartość polityki w polityce w III, IV RP jest znacznie niższa niż zawartość cukru w cukrze w PRL. Po prostu erzac.
Jeżeli dodamy do tego fakt, że połowa Polaków żyje w takiej biedzie, że zabiegi wokół utrzymania nie pozwalają im nawet czytać gazet, nie mówiąc o wnikaniu w programy wyborcze partii, to trudno się dziwić, że na hasła z ulicznych billboardów reagują – delikatnie rzecz ujmując – obojętnie. Ludowa mądrość okazuje się bardziej przenikliwa niż wiedza ekspertów. Tylko około połowy uprawnionych chodzi na wybory, bo ludzie widzą, że wyboru nie ma. Zostały tylko pozory.

Autorzy są redaktorami kwartalnika „Bez dogmatu”

 

Wydanie: 47/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy