Listy

Listy

Zabrakło odwagi!
Czym był Ruch 8 Lipca

Z zainteresowaniem przeczytałem opublikowany na łamach „Przeglądu” z 11 czerwca tekst Zbigniewa Siemiątkowskiego pt. „Czym był Ruch 8 Lipca”. Podzielam większość wyrażonych przez autora poglądów na temat jego narodzin oraz ocenę ruchu jako ostatniej, reformatorskiej inicjatywy w PZPR podjętej przez ludzi wierzących w wartości demokratycznego socjalizmu.
Zbyt jednak łatwo Siemiątkowski prześlizguje się nad istotnymi sprawami, które zdecydowały o podziale po ostatnim, XI zjeździe PZPR szeregów partyjnych reformatorów. Stwierdzenie typu: „(…) pomysłem Fiszbacha na socjaldemokrację w Polsce jest plan budowy koncesjonowanej lewicowej partii, afiliowanej przy »Solidarności«” jest oceną z pogranicza spiskowej teorii dziejów. Również wiele wątpliwości budzi stwierdzenie, że „SdRP nie zrodziła się z chęci ucieczki od odpowiedzialności i potrzeby przejęcia majątku po b. PZPR – jak twierdzi polska prawica”.
Oczywiście, taka a nie inna ewolucja SdRP była w pewnej mierze zasługą działaczy wywodzących się z Ruchu 8 Lipca, którzy nadawali ton w nowej partii socjaldemokratycznej i mieli w niej dość zasadniczy wpływ, nie dopuszczając do utworzenia „neo-PZPR”, lecz – z drugiej strony – brakuje jej wciąż uczciwego rozrachunku z PZPR-owską przeszłością. To przecież Siemiątkowski nie tak dawno stwierdził, że wstydzi się tego, że należał do partii, której członkowie zamordowali księdza Jerzego Popiełuszkę, ale tego typu rozliczeń z ponurą przeszłością nie przeprowadziło żadne oficjalne gremium ani SdRP, ani jej kontynuatorki, SLD.
Wydaje się jednak, że to nie plan budowy koncesjonowanej partii przez Fiszbacha, lecz brak odwagi większości działaczy Ruchu 8 Lipca, szczególnie ze stolicy, zadecydował o tym, że żywot Polskiej Unii Socjaldemokratycznej, do której należały m.in. osoby tej miary co Tomasz Nałęcz, Marek Pol, Wiesława Ziółkowska, Kazimierz Kik czy Piotr Marciniak, był tak krótki.
Fiszbach był taki, jaki był. Zgadzam się, że nie była to osobowość polityczna i prędzej czy później nowa partia wyeliminowałaby ze swojego grona mało sprawnego lidera. Największą szkodą było jednak to, że większości działaczy Ruchu 8 Lipca zabrakło odwagi, by wyjść z ostatniego zjazdu PZPR, dołączając do PUS, nowo utworzonej partii zwolenników demokratycznego socjalizmu, odżegnując się od majątku po b. PZPR. Przecież – wie o tym dobrze Siemiątkowski – także obecny prezydent, Aleksander Kwaśniewski, do końca nie był zdecydowany, czy poprzeć decyzję o budowie partii socjaldemokratycznej od zera, odkreślając przeszłość grubą kreską, czy jednak próbować ratować, co się da, zabierając ze sobą bagaż, ale i… majątek b. PZPR.
Wydaje się, że utworzenie od zera nowej, silnej partii socjaldemokratycznej o dużym potencjale intelektualnym (tego członkom Ruchu 8 Lipca, którzy utworzyli SdRP, odmówić nie można), która odcięłaby się nie tylko od majątku b. PZPR, ale i od ciemnych kart historii, szczególnie najnowszej, doprowadziłoby po latach do zupełnie innych konfiguracji na polskiej scenie politycznej.
Wierzę w to, że dziś scena ta byłaby podzielona na stronę lewą i prawą w zależności od stopnia wrażliwości społecznej czy też kryterium liberalnego oglądu świata, a nie w zależności od historycznych podziałów. Mielibyśmy po prostu centrolewicę i centroprawicę w europejskim tego słowa znaczeniu, z egzotycznymi ugrupowaniami na obrzeżach, np. ortodoksyjnymi marksistami, czyli „betonem partyjnym” (który dziś masowo wstępuje do SLD) oraz różnego rodzaju partiami ultraprawicowymi o narodowym obliczu, których eksponentem dziś byłoby Radio Maryja.
Gdyby tak się stało, wcale bym się nie zdziwił, że na lewo od centrum w jednym szeregu znalazłoby się miejsce dla Jacka Kuronia, Władysława Frasyniuka, Andrzeja Celińskiego, Zbigniewa Siemiątkowskiego i Tomasza Nałęcza, na prawo zaś w jednej formacji znaleźliby się obok siebie Leszek Balcerowicz, Donald Tusk, Andrzej Olechowski, Wiesław Kaczmarek i Marek Borowski.
Włodzimierz Abkowicz
Uczestnik Ruchu 8 Lipca ze Szczecina, dziennikarz

 

Komu potrzebna dyscyplina partyjna?
Zbliżają się wybory parlamentarne. Przygotowuje się nową ordynację wyborczą. Wielu ludzi zastanawia się, czy nadal utrzymany będzie proceder tzw. listy krajowej. Jest to zaprzeczenie demokracji. Art. 104 konstytucji głosi, że posłowie są przedstawicielami narodu. A więc wybierać ich powinien naród, a nie kierownictwa stronnictw politycznych! Dziwny to przedstawiciel narodu, który w czasie wyborów uzyskuje kilkaset głosów, ale z racji, że jest znanym działaczem politycznym, otrzymuje nominację poselską od swego stronnictwa. Dobrze byłoby, aby CBOS przeprowadził ankietę na temat, co myślą Polacy o takich posłach-nominatach, których społeczeństwo nie popiera i nie wybrało. Czy mają oni prawo uważać się za przedstawicieli narodu?
Po wyborach parlamentarnych zwycięskie ugrupowanie tworzy rząd. W skład rządu wchodzi szereg posłów. Wykonując odpowiedzialną pracę rządową, nie mogą jednak uczestniczyć właściwie i odpowiedzialnie w pracy Sejmu. Rząd jest najwyższą władzą wykonawczą, a Sejm ustawodawczą. Sejm kontroluje prace rządu. Wprawdzie art. 103 konstytucji zezwala na łączenie funkcji członka Rady Ministrów z mandatem posła, ale może to być przecież zmienione przez wprowadzenie odpowiedniej poprawki do konstytucji. Ewangelia głosi, że nie można równocześnie służyć dwóm panom . Prawidłowe godzenie dwóch obowiązków: posła i członka Rady Ministrów powinno zatem łączyć się ze złożeniem mandatu. Byłoby też ciekawe, gdyby ośrodki badania opinii publicznej przeprowadziły sondaże nt. wielkości naszego parlamentu. Warto zapytać społeczeństwo, czy polski parlament nadal powinien być dwuizbowy i czy odpowiednia jest liczba 460 posłów i 100 senatorów?

Stanisław Sterkowicz, Włocławek

 

Pobita dla hecy
Pobita i poniżona bohaterka tekstu „Pobita dla hecy” („Przegląd” nr 26 z 25 czerwca br.) jest tak naprawdę ofiarą prawno-pedago-
gicznych doktrynerów, którzy utrzymują, że nie istnieje taki margines uczniów (osobników w wieku szkolnym), którzy z powodu odchyleń psychicznych czy głębokiej demoralizacji stanowią zagrożenie dla innych. Powinni oni ze względu na bezpieczeństwo kolegów znaleźć się poza szkołą. Tymczasem istniejące przepisy praktycznie czynią z nich nietykalnych. Przepisy bronią ucznia przed „niedobrą szkołą” i jeszcze gorszym nauczycielem, którzy mogliby uczniowi zrobić krzywdę. Tego, że jeszcze większą krzywdę mogą mu wyrządzić zdemoralizowani bądź odchyleni psychicznie koledzy, biurokracja oświatowa wiedzieć nie chce.
W USA pomieszczenia klasowe są połączone z ochroną specjalnym systemem alarmowym, a najbardziej agresywnym uczniom wyznacza się nauczanie indywidualne, bądź kieruje do wyspecjalizowanych placówek. U nas problem bezpieczeństwa uczniów wciąż pozostaje kwestią otwartą.
Włodzimierz Zielicz, Warszawa

W sieci Wielkiego Brata
Przeczytałam artykuł o „Big Brother” w 25 numerze „Przeglądu” i powiem szczerze, jestem zdegustowana. Należę do osób, które obraziliście swoim tekstem. Głosowałam na uczestników „BB”, śledziłam rozmowy w Internecie, słuchałam również wypowiedzi z wozu „BB” i nie widziałam tam ludzi, o których napisaliście.
Nie jestem wierną fanką tego programu, ale sądzę, że wasze opinie o jego uczestnikach są też przesadzone. Czy Monika ma głos, czy nie, oceni publiczność, która będzie kupować jej płytę.
Rozumiem, co wami kierowało, aby wydrukować taki artykuł – pieniądze. Sądziliście, że nakład się zwiększy i nie wątpię, że tak jest. Dołączyliście do tej dużej już grupy, która coś chce uszczknąć ze sławy „BB”.
Elżbieta, kkk@mail.tl.pl

Stowarzyszenie Twórców i Przyjaciół Kultury Cygańskiej
Jedyne takie stowarzyszenie powstało w 1995 r. w Gorzowie Wielkopolskim. Organizację tworzą osoby, które pielęgnują wielowiekową tradycję – kulturę cygańską. Zabiegają też o to, by nie tylko pieśń, taniec i barwne stroje kojarzone były z Cyganami. Jedną z najważniejszych form realizacji są konferencje naukowe z udziałem cyganologów, językoznawców, dziennikarzy, na których omawiane są tematy dotyczące kultury i języka cygańskiego.
Od początku istnienia STiPKC jest głównym organizatorem Międzynarodowych Spotkań Zespołów Cygańskich, które są inspiracją do dalszych działań artystycznych, naukowych i edukacyjnych.
Staraniem Stowarzyszenia ukazało się też kilka wydawnictw. Nie sposób wymienić tutaj wszystkich tytułów. Jednym z najważniejszych jest opracowanie p. Anny Makowskiej-Cieleń pt. „Zniknęły z dróg ostatnie tabory”, zawierające wiersze, które zostały nagrodzone i wyróżnione w I Międzynarodowym Konkursie Poetyckim im. Papuszy. Imię wybitnej poetki – Bronisławy Wajs-Papuszy – przyjęło także samo Stowarzyszenie. Jej twórczość została poznana dzięki Jerzemu Ficowskiemu – odkrywcy i tłumaczowi wierszy poetki. Każdego roku w rocznicę śmierci Papuszy organizowane są wieczory poetycko-muzyczne, popularyzujące dzieła pierwszej polskiej poetki cygańskiej. Od trzech lat STiPKC czyni także starania o znaczek pocztowy z wizerunkiem Papuszy, niestety, na razie bezskutecznie.
W Gorzowie Wielkopolskim pod Honorowym Patronatem Prezesa Rady Ministrów odbywają się co roku „Romane Dyvesa” („Cygańskie Dni”; w tym roku 6-8 lipca). To nie tylko koncerty, w których uczestniczą wybitne zespoły z różnych stron świata, to również wiele imprez towarzyszących, organizowanych i pilotowanych przez członków Stowarzyszenia. Dzięki ich inicjatywie od trzech lat obchodzony jest też Dzień Romów
(8 kwietnia).
Nie można także nie wspomnieć o działalności
p. Edwarda Dębickiego, ambasadora kultury cygańskiej, który odnosi sukcesy nie tylko jako prezes Stowarzyszenia; wielokrotnie prezentował w kraju i za granicą barwne widowisko w wykonaniu zespołu Terno pt. „Papusza”, jest też kompozytorem piosenki „Idź swoją drogą”, która w wykonaniu Edyty Geppert otrzymała w Opolu Grand Prix.
Stowarzyszenie Twórców i Przyjaciół Kultury Cygańskiej chętnie przyjmie w swe kręgi nowych członków. Każda osoba pełnoletnia, która wraz ze Stowarzyszeniem będzie chciała krzewić kulturę cygańską, zobowiązana jest do złożenia deklaracji realizacji zadań statutowych i opłacenia rocznej, 20-złotowej składki. Szczegółowe informacje można otrzymać w siedzibie STiPKC, tel. (0-95) 72 02 446, ul. Łokietka 28/4, 66-400 Gorzów Wielkopolski.
Anna Makowska-Cieleń, sekretarz STiPKC

Pieskie życie
W nawiązaniu do artykułu Krystyny Kofty pt. „Morda w kubeł, baby!” („Przegląd” nr 23), informuję wszystkie feministki, że nie są najbardziej pogardzanymi i znienawidzonymi istotami w Polsce.
Są nimi wiejskie kundle.
Głodzone, poniewierane, trzymane na krótkich łańcuchach w byle jakich budach i czasami w ogóle nie spuszczane. Jeszcze bardziej tragicznymi istotami stają się pieski z dużych miast, najpierw hołubione jako zabawki dla dzieci, a następnie wyrzucane z aut lub pozostawiane na działkach rekreacyjnych.
Wrażliwi ludzie, najczęściej kobiety, nie mogą znieść cierpienia głodnych, pokaleczonych, sponiewieranych zwierząt i przygarniają je. Z czasem nie starcza im już ani pieniędzy, ani sił, aby te stadka utrzymywać. Wtedy społeczność lokalna wspólnie z władzami i urzędnikami różnego kalibru zaczyna traktować te opiekunki jak osoby chore umysłowo lub niedorozwinięte.
Jest jeszcze związany z tym problem dzieci. Pozbywanie się piesków w tak okrutny sposób, jaki stosuje się na wsiach (powieszenie, utopienie, zakatowanie, zakopanie żywcem nowo narodzonych szczeniąt), wywołuje w dzieciach szok, którego nie mogą odreagować. Psychologowie zapewne mogliby uzmysłowić wszystkim, w jaki sposób takie okrucieństwo wpływa na psychikę dziecka.
Postulujemy: egzekwowanie ustawy o ochronie zwierząt na poziomie samorządów gminnych, wprowadzenie do szkół programów, kształtujących wyższą świadomość, pomoc organizacjom społecznym w przedstawianiu programów zmierzających do poprawy losu bezdomnych i okrutnie traktowanych zwierząt, obejmowanie patronatem szczególnie pożytecznych akcji, dotacje na różne przedsięwzięcia, które podejmie młodzież itp.
Jestem przekonana, że kobiety w Polsce, a szczególnie feministki, zechcą pomóc nam w postawieniu tego tematu na forum publicznym.
Krystyna Badurka, Prezes Zarządu
Stowarzyszenia Przyjaciół Kundelka

Miejsce pracy – ONZ
Chciałbym przedstawić swoją opinię na temat artykułu
p. Agaty Jabłońskiej z 26 numeru „Przeglądu”. Od prawie czterech lat jestem jedynym polskim oficerem pracującym w Sekretariacie ONZ, w Departamencie Operacji Pokojowych (DPKO). Wcześniej służyłem w misjach pokojowych na Wzgórzach Golan, na Saharze Zachodniej czy na pograniczu Iraku i Kuwejtu, zdążyłem więc nieco poznać i pracę ONZ, i Polaków pracujących zarówno tutaj, jak i w misjach.
W mojej ocenie, artykuł p. Jabłońskiej to mieszanina prawd i półprawd. Abstrahuję od podgrzewania atmosfery pisaniem o 75 tys. dol. rocznej pensji – przecież za te pieniądze trzeba w Nowym Jorku albo Genewie utrzymać rodzinę. To nie są pieniądze wypłacane dodatkowo, w kraju nikomu z nas nikt nic nie płaci, wręcz przeciwnie – część naszych pensji jest przekazywana na konto polskich składek na rzecz Organizacji.
Podział stanowisk na „wewnętrzne” i „zewnętrzne” powoli przechodzi do lamusa. Prawdą jest, że kandydaci „wewnętrzni” są uprzywilejowani, bo przecież tym ludziom należą się preferencje przy awansowaniu. Nie jest jednak tak, że przy naborze kandydatów na stanowiska „zewnętrzne” pole do popisu mają dyplomaci i politycy, ich lobbing odgrywa rolę przy doborze stanowisk na wyższych szczeblach urzędniczej drabiny.
Zgadzam się, że często jesteśmy „nieobecni na własne życzenie”. Tak było na przykład, gdy szukano specjalistów do nowo tworzonej misji na Timorze Wschodnim. Na ofertę ONZ nie było z Polski żadnej odpowiedzi, nawet negatywnej.
Natomiast poczułem się nieco dotknięty sformułowaniami odnoszącymi się do stanowisk wojskowych. To nie tak, że „przeszły nam koło nosa propozycje” dowodzenia misjami w różnych rejonach świata (przy czym akurat nie na Wzgórzach Golan). Po prostu kontrkandydaci byli lepsi, a w kilku przypadkach sami rezygnowaliśmy z konkurowania, nie tylko gdy wymagano znajomości języka angielskiego czy francuskiego, ale także gdy nie można było wystawić kandydata w wymaganym stopniu. Faktem jest, że brakuje nam rozwiązania prawnego pozwalającego na awansowanie na okres misyjnego kontraktu, ale dużą przesadą wydaje się stwierdzenie, że major mógłby być szefem misji – tylko w jednej misji pokojowej szefem jest pułkownik, w pozostałych zaś generałowie.
Adam Biskup, biskup@un.org

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy