Losy z krwi i kości

Losy z krwi i kości

Historie Ślązaków, którzy walczyli w obronie republikańskiej Hiszpanii

„Jestem dumny, że mogę tu zmyć z tylu innymi synami Polski hańbę dzisiejszych rządów”, pisał Paweł Kleczka do rodzinnego Wirka, dzisiejszej dzielnicy Rudy Śląskiej, w październiku 1938 r. Był jednym z prawie stu ochotników z polskiej części Górnego Śląska walczących w wojnie hiszpańskiej.

Robotnicze wspomnienia

Czasami statystyki mówią same za siebie – wśród ochotników z polskiego Śląska zawód górnika deklarowały 33 osoby, jako robotnicy innych gałęzi przemysłu określało się 18 osób. Oprócz nich było trzech robotników rolnych, dwóch rzemieślników, rzeźnik, radiotechnik, kucharz i marynarz. Zawodu 34 innych osób nie udało się ustalić, pracowali oni na stanowiskach robotniczych już na emigracji (niektórzy byli młodociani w chwili wyjazdu z rodziną za chlebem do Francji). W przeciwieństwie do ochotników z niemieckiej części Górnego Śląska nie było w tym gronie przedstawicieli inteligencji.

W sumie była to nieliczna grupa wśród 4-5 tys. dąbrowszczaków pochodzących z Polski, co wiąże się z tym, że stanowili niewielką część emigracji do Francji, skąd rekrutowała się większość ochotników. Śląsk odgrywał jednak główną rolę przy przerzucie ochotników do Hiszpanii – punkty przerzutowe zlokalizowane były zarówno w Beskidach, jak i nad Olzą. Jeszcze przed decyzją o organizacji Brygad Międzynarodowych powstał w Szopienicach Antyfaszystowski Komitet wyjazdu ochotników do Hiszpanii, który zorganizował demonstrację przed konsulatem Hiszpanii w Katowicach. Związki zawodowe związane z Polską Partią Socjalistyczną prowadziły także na Śląsku akcję zbierania datków na rzecz republiki hiszpańskiej, a podobną organizowali nielegalnie komuniści.

Wśród śląskich ochotników nie było takich, którzy czy to w Hiszpanii, czy już po wojnie weszli na karty „wielkiej historii”. Ale może tym bardziej ciekawe są ich świadectwa. W Brygadach byli co najwyżej dowódcami kompanii, tak jak Otton Jarzyna, lub komisarzami politycznymi – to przypadek Karola Suchanka z Wirka.

Pozostały po nich wspomnienia spisane w latach 60., życiorysy kreślone jeszcze za Pirenejami (a potem przewiezione z archiwum Brygad Międzynarodowych do Moskwy), korespondencje w prasie lewicowej, np. w komunistycznym „Głosie Robotniczym” na Zaolziu, a także listy przechwycone przez śląską policję. Zostały też zeznania składane na policji przez tych nielicznych, którzy po upadku Madrytu, a przed wybuchem kolejnej wojny, wrócili na Śląsk – gdy ich świat się zawalił. Przytoczmy kilka takich historii.

„Pochodzenie moje Pan zna dostatecznie, od najmłodszych lat borykałem się z twardym i niesprawiedliwym losem. Byłem dzieckiem, gdy wybuchła wojna światowa. Ojca zabrano w pierwszym dniu. Matka musiała ciężko pracować na chleb dla nas dzieci. Ta ciężka praca, wieczny strach i łzy zabiły ją, umarła, zabiła ją wojna. Twardo byłem wychowany, bez czułych i ciepłych słów, zawsze podarty, w szkole nikt nie chciał siedzieć ze mną w ławce. To było smutne, ale prawdziwe”, tak pisał Paweł Kleczka. Adresatem listu był kolega policjanta nachodzącego jego starego ojca, bo syn wyjechał za Pireneje.

„Napisałem pokrótce, jak rosną ci, których Pan uważa za swych wrogów. Chciałbym wiedzieć, czy Pan byłby inny, gdyby był tak wyrósł i żył jak ja. A teraz mam jedną prośbę, choć nigdy nie proszę, bo i teraz nie proszę dla mnie, lecz dla człowieka, który jest bardzo nieszczęśliwy, a którego mam zaszczyt nazywać swoim ojcem. Niech Pan wpłynie na swojego kolegę Lesz. i niech on nie prześladuje tego starego człowieka, niech na starość nie ma prześladowań, bo on zasłużył na coś innego. Paweł Kleczka, Plaza Alfazano 44, Albacete”.

List przechwyciła katowicka policja (podobnie jak wcześniejszy, skierowany przez Kleczkę do ojca).

Sam Paweł Kleczka urodził się w 1909 r. w Wirku, w rodzinie górniczej. Latem 1937 r. trafił do Hiszpanii, gdzie walczył w szeregach 13. Brygady im. Jarosława Dąbrowskiego. Przyjechał tam, według dokumentów, luchar contra el fascismo (walczyć z faszyzmem). Został ranny, potem był internowany we Francji. Po wojnie wrócił do Polski.

Niczym Franek Dolas

Kolejny ochotnik urodził się w 1893 r. – jeszcze jako Richard Mendrok – w podbielskich Aleksandrowicach, gdzie do 1945 r. większość mieszkańców stanowili Niemcy. Ojciec był stolarzem, ale młody Richard wyuczył się na rzeźnika. W 1914 r. trafił do 2. Pułku Artylerii Ciężkiej armii austro-węgierskiej w Krakowie. Rok później znalazł się w rosyjskiej niewoli i wywieziono go do obozu jenieckiego w Samarze. Uwolniła go rewolucja rosyjska w 1917 r. i znów trafił na front – tym razem w szeregach Czerwonej Gwardii. „Będąc w baterii w Pogożelcach, zostałem przyłapany przez patrol niemiecki, skąd odstawiono mnie do mego pułku do Krakowa”. W austro-węgierskim mundurze wrócił na front – tym razem włoski, gdzie przebywał do października 1918 r.

Więcej historii śląskich ochotników w Hiszpanii można znaleźć w książce Dariusza Zalegi „Śląsk zbuntowany” (Wydawnictwo Czarne), dostępnej w dobrych księgarniach.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 48/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Archiwum Państwowe w Krakowie

Wydanie: 48/2019

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy