Z mamusią aż po grób

Z mamusią aż po grób

Ponad połowa młodych małżeństw nie ma własnego mieszkania. Mieszkanie pod jednym dachem z rodzicami to konieczność, męka, ciągły stres, brak prywatności, ale czasem i duża wygoda

Do jakiejkolwiek czynnej czy choćby słownej agresji nie doszło nigdy. Co nie zmienia faktu, że już po półtora roku wspólnego mieszkania z teściami ja byłam na progu załamania nerwowego, a nasze małżeństwo na progu rozpadu – mówi Grażyna K., krucha i drobna 35-latka, która pod wspólnym dachem z rodzicami męża spędziła jeszcze dwa lata. Jak mówi, teść był z gatunku wścibskich. Wszędzie go było pełno. Po jakimś czasie doskonale już rozpoznawała, gdy czaił się pod drzwiami sypialni (jedynego pomieszczenia, jakie Grażyna i jej mąż mieli do swego wyłącznego użytku w czteropokojowym mieszkaniu teściów) z nadzieją, że może usłyszy coś ciekawego. Zwykle też zjawiał się, gdy akurat rozmawiała przez telefon. Teściowa była zaś zawsze chętna do podejmowania wspólnych działań: – Ze sztucznym uśmiechem proponowała: „to co, zrobimy razem obiadek naszym panom?”. Sprowadzało się to do tego, że w kuchni ciągle mną dyrygowała, patrzyła mi na ręce i co chwila mówiła: „kochanie, nie uważasz jednak, że to należy inaczej przyrządzić?”. No i jeszcze kwestie światopoglądowe, przez ostatnie 50 lat niemające żadnego znaczenia dla polskich rodzin, od pewnego czasu jednak coraz ważniejsze. Grażyna jest żarliwą katoliczką, jej teściowie ateistami. Mówi, że do szału doprowadzało ją, gdy przy wspólnych posiłkach teść rozpoczynał dysputy o dowodach na istnienie Boga i pytał, dlaczego jeśli Bóg jest, dopuszcza do takiego czy innego nieszczęścia spotykającego niewinnych ludzi.
Gdy Grażyna urodziła dziecko, sytuacja stała się już nie do zniesienia. Teściowie byli wprawdzie wniebowzięci, ale fizyczna ciasnota, konieczność częstszego korzystania z łazienki i kuchni, pobudki co parę godzin, palenie światła po nocy sprawiały, że coraz częściej dochodziło do nieprzyjemnych wymian zdań. Na szczęcie wkrótce synek poszedł do dobrego żłobka, Grażyna do pracy, a młodemu małżeństwu poprawiło się finansowo na tyle, że mogli wynająć małe, dwupokojowe mieszkanie.
Grażyna do tej pory gdy modli się w kościele, dziękuje Bogu, że mieszkanie jest tylko wynajęte, a nie kupione za gotówkę czy na kredyt. Gdy bowiem wreszcie zamieszkali bez teściów, zobaczyła, jak niesamodzielny, nieumiejący podjąć decyzji i bezradny jest jej mąż. – W niemal każdej sprawie musiał radzić się rodziców, wszystkie drobne prace domowe, które kiedyś wykonywał teść złota rączka, teraz leżały. Czynsz za mieszkanie powodował, że chronicznie brakowało nam kasy, mąż nie potrafił zwiększyć swych zarobków – mówi. W dodatku spadły na nią wszystkie domowe obowiązki, które wcześniej w dużej części brali na siebie teściowie. I ciągle musiała słuchać porównań z teściową, która synkowi dogadzała kulinarnie, że mama gotuje jednak lepiej. A i życie intymne, które kiedyś miało urok owocu kradzionego w pośpiechu, gorączkowo, niemal zakazanego, teraz bardzo spowszedniało, zwłaszcza mężowi.
Wkrótce do firmy Grażyny przyszedł nowy dyrektor, obcokrajowiec, który, jak mówi, zobaczył w niej nie tylko dobrego pracownika, lecz i atrakcyjną kobietę, a nie kucharkę, sprzątaczkę i opiekunkę do dziecka jak mąż. Awansowała – i uświadomiła sobie, że zarabia teraz dwa razy więcej od męża, którego pensja w ciągu ostatnich trzech lat nie wzrosła nawet o złotówkę. Potem wszystko potoczyło się szybko. Grażyna zaszła w ciążę, mąż wykrył, że się z kimś spotyka. – Zamiast poświęcać czas na szukanie dodatkowych zarobków, tracił go na kontrolowanie mnie – mówi z goryczą. – Chciałam jednak być stuprocentowo uczciwa wobec niego, przecież to człowiek, z którym spędziłam wiele lat, wybrałam go, założyłam z nim rodzinę. Powiedziałam więc, że prawdopodobnie to dziecko nie jest jego. Ale mąż nie zachował się uczciwie i odpowiedzialnie. Krzyczał, posunął się nawet do wyzwisk, zapowiedział, że odejdzie, potem się rozpłakał jak baba i poskarżył rodzicom.
Żale i pretensje trwały przez kilka dni, mały syn nie rozumiał, o co chodzi, ale widział, że coś jest źle, skoro tata rozpacza. Grażyna, coraz bardziej roztrzęsiona, wreszcie miała dość i postanowiła mu pomóc w dokonaniu wyboru. Wzięła wolny dzień i mimo zaawansowanej ciąży spakowała rzeczy męża. Nie brali kredytu, więc nie mógł mówić, że to także jego mieszkanie. Gdy wrócił z pracy, poprosiła, by przeniósł się do rodziców i spokojnie przemyślał, czy chce z nią być, czy wybiera rozstanie. – Powiedziałam, że mimo tylu przykrości, jakie mi wyrządził, gotowa jestem o wszystkim zapomnieć, postawiłam tylko jeden warunek dla dobra dzieci: jeśli każdego miesiąca nie otrzymam wpłaty 500 zł, nie ma dla niego powrotu. Płaci regularnie, ale od pięciu miesięcy mieszka z rodzicami i także w tej sprawie nie umie sam podjąć decyzji – mówi Grażyna K., która urodziła córkę i coraz bardziej ceni spokój, jakiego teraz doświadcza, zwłaszcza że ojciec dziecka potrafi zapewnić jej dobrą opiekę. – Wyszło więc na to, że paradoksalnie nasze małżeństwo trwało, gdy gnieździliśmy się razem z teściami, a uległo erozji, kiedy przeprowadziliśmy się na swoje. Samodzielność nam nie posłużyła – dodaje.

Szklanych domów nie ma i nie będzie

Na ogół jednak jest odwrotnie. Badania wykazują, że brak samodzielnego mieszkania to czynnik bardzo rozwodogenny. Jak piszą Andrzej Malicki i Jolanta Noculak w pracy „Rozwód, refleksje prawno-społeczne”, wśród dziewięciu najważniejszych przyczyn rozwodów w Polsce kłopoty mieszkaniowe są na wysokim czwartym miejscu, za niewiernością, nadużywaniem alkoholu i nagannym stosunkiem do członka rodziny, ale wyraźnie przed nieporozumieniami na tle finansowym, a nawet niezgodnością charakterów i niedoborem seksualnym. A kłopoty mieszkaniowe to z reguły właśnie konieczność mieszkania z rodzicami i teściami.
Ta konieczność ma najczęściej źródło czysto finansowe. – W naszym przypadku była to oczywista potrzeba ekonomiczna. Jestem na urlopie wychowawczym i z jednej pensji niemożliwe byłoby spłacanie kredytu mieszkaniowego czy czynszu za wynajem. Na urlopie zaś jestem, bo na żłobkowej liście oczekujących nasza niespełna roczna córeczka jest na 409. miejscu, żłobek prywatny kosztuje w Warszawie 1,2-1,6 tys. zł miesięcznie, opiekunka prawie 2 tys. zł, a wynajem taniej kawalerki 1,4 tys. zł. Musimy więc mieszkać z rodzicami. Moimi, bo mają większe mieszkanie, a poza tym ja nie wyobrażam sobie mieszkania z teściami. Mąż ma zdecydowanie więcej cierpliwości – mówi 28-letnia Paulina G.
Mieszkań dostępnych dla młodych małżeństw brakowało w Polsce zawsze. Przed 1990 r. były tanie, ale czekało się na nie tak długo, że małżeństwa przestawały być młode. Potem zaś własne cztery kąty stały się finansowo niedostępne dla dużej części rodzin startujących w samodzielne życie.
Pensja wystarcza zaledwie na parę klepek. Wyliczenia są tu różne, zależnie od tego, jaka firma je robiła. Z porównania ceny metra i przeciętnych zarobków w większych miastach (mniejszych nie badano) wynika jednak, że w tym roku za średnią płacę w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu i Krakowie można kupić ok. 0,3 m kw. mieszkania. W Łodzi i Gdańsku – 0,4 m kw. W Katowicach – 0,5 m kw. W Zielonej Górze – aż 0,6 m kw.
– Jesteśmy daleko poniżej średniej dla Unii Europejskiej, jeśli chodzi o wszystkie wskaźniki dotyczące budownictwa mieszkaniowego. Przykładowo, u nas przypada 340 mieszkań na 1000 mieszkańców – w UE 500 na 1000. Jeden obywatel ma w Polsce 24 m kw. do dyspozycji – w UE 50 m, a w nowej Unii 30 m – podkreśla Roman Nowicki, prezes Kongresu Budownictwa. Kongres zwraca uwagę na rezultaty kontroli NIK, z których wynika, że mimo dobrej koniunktury gospodarczej do 2008 r., tanich mieszkań było coraz mniej, a zasoby komunalne kurczyły się.
Teoretycznie są w Polsce różne programy rozwoju mieszkalnictwa. Program pomocy dla młodych małżeństw, program budownictwa socjalnego, komunalnego, budowy mieszkań na wynajem, rozmaite programy lokalne. – Obliczyliśmy, że wszystkie one są realizowane średnio w 20%. Nasze państwo wydaje zaledwie ok.
1 mld zł rocznie na wspieranie budownictwa mieszkaniowego. Tymczasem wartość wszystkich mieszkań oddawanych do użytku sięga 50 mld zł rocznie, z czego wpływy podatkowe do budżetu wynoszą prawie 10 mld zł rocznie. Zwiększenie wsparcia dla budownictwa byłoby więc korzystne i dla małżeństw, i dla zasilania budżetu – mówi Roman Nowicki.
Na razie jednak nie ma o tym mowy i dlatego 54% polskich małżeństw przed 35. rokiem życia nie dorobiło się jeszcze własnego M. Pokazujące to badanie Uniwersytetu Łódzkiego objęło tylko dziewięć największych aglomeracji Polski, gdzie, z jednej strony, mieszkania są drogie, z drugiej wszakże, nasilenie głodu mieszkaniowego jest mniejsze niż w małych miastach czy na wsi i łatwiej znaleźć coś dla siebie. W skali całego kraju wskaźnik małżeństw bez własnego lokum oraz tych, którzy mieszkają z najbliższymi krewnymi (rodzicami), jest więc pewnie jeszcze o połowę większy.
Brak samodzielnego lokum zdecydowanie nie sprzyja zaś umacnianiu więzi małżeńskich. Uczestnicy internetowej dyskusji „Mieszkanie z teściami po ślubie” mają w tej kwestii zupełnie jednoznaczne poglądy:
– Nie róbcie tego! Wspólne mieszkanie to najgorsze rozwiązanie, jakie tylko może wchodzić w grę.
– Osobno, koniecznie osobno. Ja już jestem teściową. Z mężem zrobiliśmy wszystko, żeby nasze dzieci (dwoje) po ślubie zamieszkały osobno. Woleliśmy kupić im małe mieszkanka, kosztem rozbudowy swojego.
– Zdecydowanie osobno, choćby najciaśniejsze, ale bez teściów.
– Przez pierwsze trzy lata pomieszkiwaliśmy u jednych i u drugich rodziców, ale dopiero gdy zamieszkaliśmy u siebie, zaczęliśmy w pełni żyć i rozwijać się jako małżeństwo. Nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy wrócić do rodziców.
– Najlepiej byłoby znaleźć coś sobie już przed ślubem i zamieszkać od razu po ślubie bez nich.

Wciąż biegnie zygzakiem

Prof. Maria Beisert podkreśla, że młodzi małżonkowie powinni żyć bez kibiców: – Jeśli są sami, tworzą własne zasady życia we dwoje, swoją autorską wersję. Gdy mieszkają z rodzicami, muszą z reguły dostosować się do zasad, które zastają.
A trzeba zauważyć, że spór o to, czyje zasady mają być przestrzegane, nie zawsze jest toczony elegancko i czasami przybiera nawet tragiczne formy. Głupi dowcip: „Tato, tato, dlaczego babcia biegnie zygzakiem? Nie zadawaj głupich pytań, synku, tylko dawaj następny magazynek!”, wciąż niestety bywa w Polsce aktualny, choć agresja i przemoc dotyczy obu stron konfliktu.
49-letnia Ewa K. z Lidzbarska Welskiego została brutalnie zamordowana przez konkubenta swej 29-letniej córki. 35-letni Artur M. wprowadził się do jej domu, w niczym nie pomagał, był agresywny. Gdy raz powiedziała, że mógłby choć narąbać drzewa, zmiażdżył jej głowę o ścianę, zwłoki schował do wersalki, a wieczorem utopił w szambie. Wraz z córką zabitej (też została aresztowana) zgłosił na policji zaginięcie pani Ewy.
38-letnia Alicja D. w Bielsku-Białej zamordowała metalowym prętem 72-letnią teściową, bo ta nie chciała jej dać pieniędzy. Znalazła w domu 80 zł, a zwłoki schowała do szafy.
38-letnia Honorata K. z Nietążkowa wielokrotnie uciekała z bliźniakami od męża, katującego ją przy wsparciu i przyzwoleniu jego matki. Wreszcie 48-letni Bogdan K. zamordował żonę, zadając jej kilkanaście ciosów nożem, a zwłoki ukrył w lesie.
32-letni Mariusz R. w Nowym Dworze udusił 53-letniego teścia. Pokłócili się, choć morderca nie chce powiedzieć, o co. Zwłoki ukrył w rowie melioracyjnym, po czym głośno zamartwiał się, że teść gdzieś zaginął, i aktywnie pomagał w poszukiwaniach.
To tylko parę przykładów wybranych z tego roku. Drastyczne konflikty na linii małżonkowie – teściowie i rodzice wciąż są u nas częste, a ograniczona metrażowo przestrzeń życiowa sprzyja nasileniu emocji.
– W duchu nieraz wyobrażałem sobie, że zabijam teściową – przyznaje 34-letni Marek N. Opowiada, że w jej trzypokojowym mieszkaniu, w którym zamieszkał z żoną i rocznym synkiem, teściowa zajmowała strategiczne miejsce, zasiadając na krześle w przedpokoju. Z tego stanowiska kontrolowała wszystko, co działo się w mieszkaniu. I wszystko komentowała. – Nie podobał się jej nawet sposób, w jaki wkręcam żarówkę czy wycieram mopem podłogę w łazience. Najgorsze, że ciągle porównywała mnie ze swoim synem, mówiąc, jak mu się dobrze powodzi w życiu i o ile więcej ode mnie zarabia. Znienawidziłem go wreszcie, choć był całkiem sympatycznym facetem – dodaje Marek N.
– Czasami rozpaczliwie wręcz potrzebujemy chwili odosobnienia (mąż od teściowej, a i ja od mojej mamy także). Umawiamy się wtedy z mężem, że dopóki jedno z nas samo w naszym pokoju nie wyładuje wszystkich negatywnych emocji, druga osoba nie powinna tam wchodzić. Na szczęście mąż ma znacznie większą ode mnie zdolność do kompromisów i generalnie potrafił zaakceptować moją mamę, choć to przecież dla niego zupełnie obca kobieta – mówi 30-letnia Kornelia J.

Życie seksualne młodych

– Najgorszą chyba stroną wspólnego mieszkania z rodzicami są ciągłe komentarze, zwłaszcza na temat sposobu opieki nad dzieckiem. No i permanentny brak intymności, w każdej dziedzinie – podkreśla Paulina G.
Brak intymności najbardziej odbija się oczywiście na… sferze intymnej. – To nie jest żaden mit i koloryzowanie, naprawdę pojawiają się małżonkowie z takimi problemami. Niedawno młoda żona skarżyła się, że po nocy poślubnej teściowa otworzyła drzwi i zapytała: „Adasiu, czy wszystko w porządku?”. Ta noc nie była oczywiście żadnym przełomem w życiu tych młodych ludzi, już wielokrotnie współżyli wcześniej. Dla dziewczyny zachowanie teściowej stanowiło szok i dziwiła się, że mąż jakby akceptował taką formę nadzoru matki nad jego życiem seksualnym. Spotkałam się też z sytuacją, że teść potrafił wejść do sypialni młodego małżeństwa o 12 w nocy, by poprosić córkę, żeby obcięła mu paznokcie – mówi prof. Maria Beisert. Jej zdaniem, teściowie pozornie nie interesują się życiem intymnym młodych, ale w rzeczywistości bardzo się interesują. – Na przykład organizują wspólne wyjazdy wakacyjne we czwórkę, po czym proponują nocleg w pokojach męskim i żeńskim. To ewidentna forma kontroli nad życiem seksualnym młodych. We wspólnym mieszkaniu nie można nago skoczyć do łazienki, co ogranicza życie intymne. Pokoje często ze sobą sąsiadują, rodzice mogą słyszeć odgłosy współżycia. Bywa to żenujące dla młodych – wskazuje prof. Beisert (dodajmy, że dla ich rodziców też).

Wolność to uświadomiona konieczność

Nie brakuje opinii, że dziś w Polsce życie pod jednym dachem z teściami i rodzicami to nie tyle konieczność, ile wygodnictwo. – Trochę jesteśmy tu podobni do Włochów, choć u nich wspólne życie z mamą odbywa się z reguły w znacznie lepszych warunkach lokalowych niż u nas – mówi psycholog Tatiana Ostaszewska-Mosak. – Dzięki zamieszkiwaniu z rodzicami młode małżeństwa mogą unikać trudów codziennego życia, pranie, gotowanie i sprzątanie rozkłada się na więcej osób. Rodzice chętnie zresztą przedłużają teraz swą kuratelę nad dziećmi.
– Jak chcemy gdzieś wyjść, to po prostu wychodzimy. Nie musimy organizować żadnej opieki, bo wiemy, że nasz dziewięciomiesięczny synek będzie pod najlepszą opieką, jaką zapewnia mu moja mama. Dokładamy się oczywiście finansowo do wspólnego życia, ale na przykład codzienne przygotowywanie obiadów nie jest już moim problemem. A byłoby, gdybyśmy nie mieszkali z mamą – przyznaje Kornelia J.
– Bez rodziców nie dalibyśmy rady, gdy córka ciągle w nocy budziła się z płaczem i trzeba ją było nosić. Robiliśmy dwugodzinne zmiany, każdy mógł więc trochę się przespać – dodaje Paulina G.
Zdaniem prof. Beisert, rzeczywisty przymus ekonomiczny powodujący konieczność gnieżdżenia się pod jednym dachem przeminął już dawno: – Przymus ekonomiczny to był za komuny, niedługo po wojnie, gdy młodzi ludzie mieszkali u rodziców w kuchni pod zlewem czy w przedpokoju. Wtedy naprawdę nie było wyboru. Teraz decyzja: „razem czy osobno” to w rzeczywistości wybór między gotowością na cięższą pracę, ale i większą samodzielność, a wygodą i rezygnacją z aktywności oraz części wolności.
Jak wiadomo, wolność to uświadomiona konieczność. Może więc zdarzyć się, że uświadamiając sobie konieczność mieszkania z rodzicami i teściami, decydujemy się w rzeczywistości na taką formę wolności, która jakoś nam odpowiada. Problem w tym, że za często naprawdę brakuje nam środków, by powiększyć nasz obszar szeroko pojętej wolności ekonomicznej i społecznej.

—————————————–

Jakie są konsekwencje dla małżeństwa Mieszkającego razem z rodzicami?

Dr Danuta Ciukszo, socjolog rodziny, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
Te konsekwencje to m.in. brak intymności związku zwłaszcza młodych, o ile nie ma wydzielonej przestrzeni, wtrącanie się do spraw młodych, wyręczanie ich w obowiązkach domowych, kontrolowanie ich powrotów, ograniczenie spotkań z przyjaciółmi młodej pary, wychowywanie dzieci przez dziadków, a nie rodziców, preferowanie potrzeb syna lub córki, ignorowanie zaś synowej czy zięcia. Do tego często dochodzi wykorzystywanie młodych do pomocy i angażowanie na posyłki w różnych sprawach, krytykowanie partnera syna czy córki, komentarze co do ich decyzji. Takie wspólne mieszkanie nie daje młodym możliwości ułożenia sobie życia po swojemu, zgodnie z własnym rytmem, dla rodziców zaś oznacza brak spokoju i zaburzenie starego trybu ustalonego bytowania. Z tego nierzadko rodzi się dramat. Tylko życie oddzielnie i od czasu do czasu wzajemne odwiedzanie się może uzdrowić sytuację. Dziś nie ma odpowiednich czasów na wielopokoleniowe stadła. Jednak niektóre młode małżeństwa bez przymusu na to się decydują i uważają, że tak jest dobrze. Według mnie to wynik nieprzecięcia pępowiny jednego z partnerów, który co prawda stał się małżonkiem, ale nie umie zerwać z rodzicami i stanąć na własnych nogach. Ludzie są różni i może nie wszyscy tak to czują.

Dr Małgorzata Herudzińska, socjolog rodziny, SGGW
Przed próbą udzielenia odpowiedzi na powyższe, wcale niełatwe, pytanie warto wspomnieć, że współcześnie młodzi ludzie coraz później opuszczają gniazdo rodzinne. W Europie zjawisko to określa się mianem syndromu pralki i lodówki.
Jakie są możliwe konsekwencje dla małżeństwa mieszkającego z rodzicami? Przede wszystkim obie strony otrzymują często bezcenną pomoc – zarówno małżeństwa, jak i rodzice jednego z małżonków, co jest szczególnie ważne zwłaszcza w sytuacji przewlekłej choroby wymagającej stałej opieki. Młodzi ludzie obdarzający się miłością, pragnący żyć razem i wydać na świat dzieci, uzyskują dzięki zamieszkaniu z rodzicami możliwość spełnienia wciąż naturalnej potrzeby, jaką jest bliskość drugiej, oddanej osoby. Można zaryzykować stwierdzenie, że dla większości członków społeczeństwa polskiego – społeczeństwa familijnego – poleganie na najbliższych wydaje się najpewniejszą formą radzenia sobie z sytuacją, w której państwo przerzuciło ciężar odpowiedzialności za rodzinę na osoby, które ją założyły. Państwo wycofuje się ze świadczeń społecznych, co oznacza np. wyraźne ograniczenie zakresu opieki instytucjonalnej nad dzieckiem w postaci żłobków i przedszkoli, likwidację funkcji socjalnej przedsiębiorstwa i inne tego typu zmiany. Z drugiej strony wsparcie ze strony rodziców męża bądź żony wypada traktować jako formę przejściową. Warto o tych sprawach wcześniej, w życzliwej atmosferze pomówić z rodzicami czy teściami i starać się unikać nieporozumień. Zamiast tłumaczyć wszystko powiedzeniem, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu, warto uświadomić sobie, że wspólne zamieszkanie z rodzicami męża/żony może wzbogacić życie małżeńskie i rodzinne. Mamy tutaj do czynienia z międzygeneracyjnym transferem wartości. Coraz dłużej żyjący rodzice czy dziadkowie to m.in. także kulturowe okno na przeszłość dla wnucząt, źródło poznania dawnych, nieraz odmiennych, co nie znaczy niedobrych i bezużytecznych stylów życia, nawyków i obyczajów. To także źródło bezcennych wspomnień, wzruszeń i radości. Mądry rodzic to dyskretny mediator, doradca w pojawiających się problemach.
Wyniki badań naukowych wskazują wprawdzie, że konflikt jest nieodłącznym elementem życia małżeńsko-rodzinnego – wszak w rodzinie m.in. krzyżują się różne interesy poszczególnych jej członków – ale konflikty będą się pojawiały nawet w sytuacji, kiedy rodzice czy teściowie sami wyrażają chęć niesienia pomocy dzieciom (bądź odwrotnie) w formie wspólnego zamieszkania. Przyczyny, a także przebieg tych konfliktów mogą występować w różnym nasileniu, dać bardziej lub mniej destabilizujący wynik.

Dr Barbara Cieślińska, socjolog rodziny, Uniwersytet w Białymstoku
Aby kompetentnie odpowiedzieć na to pytanie, należałoby wskazać na wyniki konkretnych badań. Tą tematyką zajmował się m.in. ks. prof. Leon Dyczewski z KUL. Również dr hab. Małgorzata Halicka z Wydziału Pedagogiki UwB badała problemy ludzi starszych mieszkających z dziećmi. J. Wedel w książce „Prywatna Polska” opisywała sytuacje rodzinne w PRL. Wtedy duża rodzina (mieszkająca razem) miała liczne plusy. Temat jest nadal ciekawy, choćby dlatego, że dorasta pokolenie jedynaków, a tych rodzice mogą chcieć zatrzymać przy sobie, choć niekoniecznie w jednym mieszkaniu. Z moich badań na temat emigracji zarobkowych wynika, że niezwykle rzadko wyjeżdżają z kraju jedynacy. Z kolei brak samodzielności mieszkaniowej i perspektywa mieszkania z rodzicami sprzyjają odwlekaniu decyzji o małżeństwie, a także podejmowaniu decyzji o wyjeździe za granicę. Niektórzy po zarobieniu i zaoszczędzeniu pewnej kwoty wracają, aby zainwestować w kupno mieszkania lub budowę domu. Wynika stąd, że mieszkanie z rodzicami nie jest chyba zbyt atrakcyjne dla dorosłych dzieci.
Prawdopodobnie jeśli będzie rosła popularność bezżenności (styl single life), zwiększy się liczba dorosłych dzieci pozostających przy rodzicach. Konsekwencje mieszkania z rodzicami mogą być bardzo różne w zależności od charakterów, sytuacji, środowiska społecznego, warunków życiowych, ekonomicznych, kultury i tradycji rodzinnych. Na wsi zwykle młodzi mieszkają z rodzicami i liczba rozwodów jest niewielka. W mieście – odwrotnie.

Dr Tadeusz Sakowicz, socjolog rodziny, Uniwersytet Humanistyczno-Przyrodniczy Jana Kochanowskiego w Kielcach
W rzeczywistości szybkich przemian, inaczej permanentnej zmiany społecznej, rodzina jawi się jako ostoja trwałych wartości. Oczywiście chodzi o rodzinę poprawnie ustrukturalizowaną i poprawnie funkcjonującą, a do tego o wysokim poziomie kultury. W takiej rodzinie młode małżeństwo znajdzie odpowiednią dla siebie podporę. W polskiej rzeczywistości rodziny wielopokoleniowe to niewątpliwa wartość i dobre warunki zarówno do socjalizacji, jak i do wychowania młodego pokolenia. Moje osobiste doświadczenia z tym związane owocują pozytywnym obrazem funkcjonowania młodego małżeństwa wraz ze starzejącymi się rodzicami. Podkreślam, wymaga to nieustannego rozwoju wszystkich dorosłych odpowiedzialnych za jakość funkcjonowania rodziny. Rodzina wielopokoleniowa oprócz pozytywów ma również aspekty negatywne wynikające z wielości kontaktów i różnego rodzaju napięć. Dlatego rodzina wielopokoleniowa nie może być odizolowana od środowiska lokalnego, czyli od najbliższych sąsiadów i przyjaciół, na których pomoc może liczyć w trudnej sytuacji. Doświadczając pomocy od innych, tę pomoc bardzo często odwzajemnia. Toteż rodziny, w których zadomowione są młode małżeństwa, powinny być otoczone szczególną troską nie tylko ze strony społeczności lokalnej (władze samorządowe), ale również przez organizacje społeczne z religijnymi włącznie, np. w postaci dobrze funkcjonującej parafii. Myślę, że tych kilka uwag może się przydać do opracowania odpowiedniego narzędzia badawczego (kwestionariusza ankiety) do zbadania opinii na ten temat w różnych grupach społecznych. Moje doświadczenia życiowe wiążą się z kumulacją w rodzinie zróżnicowanych problemów natury polityczno-społeczno-obyczajowo-religijnych, gdzie pod jednym dachem mieszkał tato podpułkownik LWP i głęboko religijna mama, a od 1958 r. babcia, która wróciła z zesłania na Syberii. Gdybym w tamtym czasie wstąpił w związek małżeński, to mam pełną świadomość, że rodzice przyjęliby mnie razem z żoną. Po prostu atmosfera życia rodzinnego była bardzo przyjazna, a pojawiające się problemy spokojnie rozwiązywane.

Dr Iwona Taranowicz, socjolog, Uniwersytet Wrocławski
Ocena konsekwencji wspólnego zamieszkania nie jest jednoznaczna. Można wskazać pozytywne strony tego stanu, np. możliwość zapewnienia opieki nad dzieckiem, mniejsze koszty utrzymania, rozłożenie obowiązków domowych. Z drugiej strony, taka sytuacja nie sprzyja usamodzielnieniu się młodych małżeństw, wypracowaniu kompromisowych rozwiązań w odniesieniu do wielu wymiarów życia rodzinnego. Rodzina to także liczne obszary konfliktogenne, zwłaszcza gdy pod jednym dachem zamieszkują różne pokolenia, odwołujące się do innych systemów wartości, hołdujące różnym wzorom np. wychowania dzieci, mające inne przyzwyczajenia, codzienne rytuały. Do tego mogą dochodzić napięcia wynikające z konieczności dzielenia wspólnej przestrzeni przez osoby do niedawna obce, czyli synową, zięcia i teściów. Synowa i zięć dokładają do tej wspólnej przestrzeni wyniesione ze swojego domu rodzinnego wzory spędzania świąt, czasu wolnego, relacji rodzinnych itp., mogące znacznie odbiegać od tych, które charakteryzują rodzinę, do której weszli. To, jak te konflikty są rozwiązywane i czy w ogóle do nich dochodzi, zależy od wielu czynników, począwszy od tak oczywistych jak wielkość mieszkania czy sytuacja materialna.
Not. BT

Wydanie: 45/2010

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. Gość
    Gość 20 września, 2016, 10:09

    Ja mam świetnych teściów.Mieszkamy w jednym domu, ale mamy dwa osobne wejścia- dwa różne mieszkania. Mimo tego zdecydowaliśmy się na udział w programie MDM- Mieszkanie dla Młodych i będziemy się wyprowadzać do własnego domku 🙂
    http://mieszkaniedlamlodych.com/

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy