Marokańczycy odmieniają Hiszpanię

Marokańczycy odmieniają Hiszpanię

Politycy nie straszą „obcymi”, nie ma wieców antyimigranckich, a władze i organizacje społeczne starają się integrować przybyszów z północy Afryki

Korespondencja z Sewilli

Regionalny ośrodek pomocy społecznej Centro Vecinal Pumarejo w Sewilli to miejsce, gdzie kwitnie życie społeczne i lokalny solidaryzm. Jeszcze 18 lat temu ta imponująca XVIII-wieczna rezydencja – obecnie siedziba największego centrum społecznego przy ul. Diego de Cádiz – była squatem, a znajdujący się przed nią brukowany plac słynął z narkotykowych i alkoholowych libacji, jak również z awantur, bójek i napadów. Dziś na placu rosną drzewa cytrynowe i pomarańczowe, większość lokali w budynku jest użytkowana, a na parterze znajdują się siedziby rozmaitych alternatywnych organizacji pozarządowych i klubów dyskusyjnych. Odkąd na Półwyspie Iberyjskim wybuchł kryzys finansowy, wiele osób przychodzi do Pumarejo po wsparcie, głównie po pomoc w znalezieniu pracy, choćby tymczasowej, i po poradę prawną lub wsparcie w powstrzymaniu eksmisji.

Wśród tych, którzy przychodzą do Pumarejo, i tych, którzy udzielają się w różnych inicjatywach obywatelskich, są marokańscy imigranci mieszkający w pobliskiej dzielnicy Macarena, którzy jako pierwsi odczuli skutki kryzysu gospodarczego. Marokańczycy stanowią największą grupę obcokrajowców w stolicy Andaluzji, jest ich tu mniej więcej 10 tys., a w całej niemal 47-milionowej Hiszpanii mieszka ich ok. 800 tys. Są tu drugą – po Rumunach – pod względem wielkości mniejszością narodową, największą pozaeuropejską.

Macarena, usytuowana na północ od historycznego centrum, od lat uchodzi za serce marokańskiej diaspory w Sewilli. Znajdujące się w dzielnicy sklepy z elektroniką, mięsne, malutkie spożywcze supermercado czy knajpki często są prowadzone przez przybyszów z Afryki Północnej. Miejsce to jednak w niczym nie przypomina etnicznych gett, na jakie można trafić w różnych miastach Europy. Jest przyjemne, z charakterystycznymi dla andaluzyjskich miast żółto-białymi budynkami, zabytkami i fajnymi barami, zamieszkane nie tylko przez Afrykańczyków, ale także przez Ekwadorczyków i – co ważne – rodowitych Andaluzyjczyków. Choć w Hiszpanii żyje prawie 2 mln wyznawców islamu, w kraju nie ma odpowiedników owianych złą sławą francuskich banlieues czy brukselskich przedmieść typu Molenbeek.

W co trzeciej imigranckiej rodzinie w domu rozmawia się po hiszpańsku lub po katalońsku. Według różnych badań prowadzonych przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych 80% imigrantów z krajów muzułmańskich zaadaptowało się w Hiszpanii. Z roku na rok przybywa Marokańczyków, którzy studiują na uczelniach. W roku akademickim 2014-2015 było ich niemal 138 tys., obecnie prawie 175 tys.

Jak podaje hiszpański think tank Real Instituto Elcano, specjalizujący się w sprawach międzynarodowych, islamska radykalizacja wśród imigrantów arabskich jest w Hiszpanii mała w porównaniu z tym, co zaobserwowano w Belgii, w Wielkiej Brytanii, we Francji czy w Niemczech. W porównaniu z wielkością populacji niewielu wyznawców Allaha opuściło Hiszpanię, by wstąpić w szeregi Państwa Islamskiego.

Na lodzie po krachu

Nie oznacza to jednak, że relacje pomiędzy Hiszpanami a Marokańczykami są wolne od problemów. – Pomiędzy obiema grupami istnieje opór utrudniający pełną integrację – mówi dziennikarka Lucía Ferreiro, autorka książki „La convivencia entre españoles y marroquíes”. Analizuje w niej związki między dwiema społecznościami, które żyją w tej samej przestrzeni, ale odwracają się od siebie. Ostrzega, że taka sytuacja jest bardzo niebezpieczna, może prowadzić do coraz większych konfliktów w przyszłości i utrudniać proces integracji.

– Mocno kontrowersyjną kwestią jest położenie kobiet i ich rola w społeczeństwie – twierdzi autorka. Wskazuje, że w marokańskich rodzinach widać znacznie wyższą pozycję mężczyzny i jego przewagę. Z drugiej strony sama była świadkiem, jak w rodzinie imigranckiej mąż i żona dzielili się po równo pracami domowymi. – Mężczyzna nigdy jednak nie przyzna się publicznie, że pomaga w domu, ponieważ byłoby to źle odbierane w jego społeczności – przyznaje Lucía Ferreiro. Jej zdaniem kobiety adaptują się lepiej niż mężczyźni.

Innym problemem jest zbyt mała liczba mieszanych małżeństw lub związków czy grup przyjaciół. – Przeprowadziłam ponad sto wywiadów z Hiszpanami i odkryłam, że prawie żaden z nich nie miał przyjaciół z Maroka. Jedną z przyczyn jest założenie, że ta grupa imigrantów zgarnia całą pomoc społeczną – zauważa i dodaje, że Marokańczycy mają bardzo mało organizacji. – Jeżeli już jakieś istnieją, to są bardzo słabe i rozdrobnione.

W tej kwestii opinię dziennikarki podziela ekspert od emigracji marokańskiej Abdelwahed Akmir, który w dzienniku „El País” ubolewa również, że Afrykańczycy stanowią niewielką część pracowników o wysokich kwalifikacjach i mają niemal zerową reprezentację w rządzie lub partiach politycznych. Rzadko też pojawiają się w życiu publicznym.

Według mediów zarówno hiszpańskich, jak i marokańskich niedawny kryzys finansowy oraz zamachy terrorystyczne w Europie mogą utrudniać integrację i budzić jeszcze większą nieufność między Hiszpanami a przybyszami z północy Afryki.

Od krachu gospodarczego marokańscy mężczyźni zmagają się z poważnymi kłopotami – w sektorze budowlanym, gdzie w czasie bumu pracowała niemal połowa z nich, nastąpił poważny spadek zatrudnienia; większość zwolnionych do tej pory nie znalazła nowego zajęcia. 52% imigrantów z Maroka nadal pozostaje bez pracy. Nisko wykwalifikowani pracownicy budownictwa i usług – tak chętnie tu dotąd sprowadzani – w nowej sytuacji zostali na lodzie. Zdaniem dziennika „Libertad Digital” imigranci mogą wobec tego jeszcze bardziej zamknąć się w swoich społecznościach i czuć się zmarginalizowani. W najczarniejszym scenariuszu mogą nawet się zradykalizować, dotyczy to szczególnie osób młodych.

Ucz się i integruj

W Hiszpanii ciągle istnieje ryzyko islamistycznej radykalizacji i przemocy. Chociaż islamska ekstrema na Półwyspie Iberyjskim jest stosunkowo niewielka w porównaniu z innymi krajami europejskimi, i tak wymaga nieustannej czujności ze strony służb bezpieczeństwa i wywiadu. Największymi jej skupiskami są Ceuta, Melilla i Katalonia.

W Barcelonie mieszka 12,9 tys. Marokańczyków, w całej Katalonii ok. 200 tys. Liczby te nie obejmują osób, które w ostatnich latach otrzymały hiszpańskie obywatelstwo. Od 2004 r. w samej tylko Katalonii paszport uzyskało ponad 50 tys. osób (w całym kraju w latach 2000-2016 – 211,7 tys.).

Co ciekawe, pierwsi Marokańczycy, którzy dotarli do tego regionu, przybyli nie ze swojego kraju ojczystego, lecz z Europy, głównie z sąsiedniej Francji. Zmusiła ich do tego recesja, przed którą stanęła Francja w latach 70. XX w. Początkowo mieli się osiedlić tymczasowo, w nadziei, że ostatecznie osiądą gdzie indziej na Starym Kontynencie. Większość jednak zrezygnowała z tych planów dzięki ewolucji katalońskiej gospodarki i rozwojowi sektora budowlanego, który wymagał licznej siły roboczej. Jedną z pierwszych organizacji, które towarzyszyły przybyszom z Maroka, był Bayt al-Thaqafa (Dom Kultury), założony w 1974 r. przez Teresę Losadę, franciszkankę, która porzuciła karierę akademicką, aby skupić się na działaniach społecznych. To ona pomagała imigrantom marokańskim i pracowała intensywnie nad zrozumieniem różnorodności kulturowej i religijnej, dzięki czemu zyskała sobie przydomek „zakonnicy od imigrantów”.

W tym kontekście społecznym w 1979 r. w dzielnicy El Raval narodziło się Stowarzyszenie Imigrantów Marokańskich w Barcelonie, znane jako Amical. Była to jedna z pierwszych organizacji stworzonych w celu udzielania pomocy imigrantom z tego północnoafrykańskiego kraju oraz promowania ich integracji. Jej przewodniczący Ahmed Abair, który współpracuje ze stowarzyszeniem od lat 90., zapewnia, że jednym z priorytetów jest dziś pomoc młodym ludziom pochodzenia marokańskiego w budowaniu ich tożsamości, jak również integrowaniu się z hiszpańskim społeczeństwem. Abairowi towarzyszy Ikram, który przygotowuje zajęcia dla dzieci z sąsiedztwa: – Mam ponad 30 lat, pracuję w sklepie odzieżowym, moi rodzice są pochodzenia marokańskiego. Mimo że jestem naprawdę świadomy swoich korzeni, czuję się w pełni barcelończykiem – stwierdza. – Jesteśmy tutaj, aby ulepszyć to miasto.

Organizacja Amical ściśle współpracuje ze Stowarzyszeniem Studentów Marokańskich, utworzonym w 2008 r. Jego obecny prezes Mohcine al-Maimouni i sekretarz Hafsa Chabaly zachęcają młodych imigrantów, aby stawiali na edukację. Obydwaj urodzili się w mieście Gaudiego i uważają, że wykształcenie jest dobrym sposobem na wyjście z izolacji.

Stowarzyszenie przez 10 lat funkcjonowania organizowało m.in. wydarzenia kulturalne, wystawy, konferencje, panele dyskusyjne itd. Aby zachęcić imigrantów z Maghrebu do edukacji, przygotowują spotkania z młodymi ludźmi, którzy dzięki wykształceniu odnieśli sukces. – Bardzo często organizujemy spotkania i dyskusje z Katalończykami pochodzenia marokańskiego, którzy osiągnęli wysoką pozycję zawodową, społeczną lub naukową. Wcześniej trudno było takich ludzi znaleźć, ale teraz jest ich coraz więcej – wyjaśnia Mohcine. – Rodzice i dziadkowie pochodzący z Maroka mieli tylko podstawowe wykształcenie. Ledwo umieli czytać i pisać. Najczęściej pracowali na budowach albo przy wywózce śmieci.

Teraz jednak wiele dzieci z tych pierwszych fal imigracji zostało lekarzami, pielęgniarkami, policjantami, nauczycielami czy prawnikami. – Pokazujemy, że wykształcenie może dać bardzo dobre efekty – tłumaczy Hafsa, który sam dostał jakiś czas temu stypendium na doktorat z inżynierii lądowej w Kanadzie.

Ekstremizm rodzi się z biedy

Taka integracja i zachęcanie młodych przybyszów z Maghrebu do edukacji są szczególnie ważne w dzisiejszych czasach, kiedy fatalna sytuacja ekonomiczna popycha młode pokolenie ku islamskim radykałom. Tym bardziej że Katalonia stała się w ostatnich latach podatnym gruntem dla dżihadystów. Do niedawna problem dotyczył głównie Ceuty i Melilli, hiszpańskich enklaw w Maroku, w większości zamieszkiwanych przez muzułmanów. To stąd pochodzi najwięcej hiszpańskich islamistów, których, zdaniem ekspertów, w ramiona radykałów pchnęły warunki gospodarcze. Obydwa miejsca mają najgorsze wskaźniki społeczno-ekonomiczne: najwyższe bezrobocie, najwyższy dług publiczny, największą przestępczość, najgorsze perspektywy itd. Obecnie komórki terrorystyczne coraz częściej przenoszą się do kontynentalnej Hiszpanii, a zwłaszcza do Katalonii.

W tym autonomicznym regionie działa ponad 250 miejsc kultu oraz islamskich centrów prowadzonych przez salafitów. Tu znajduje się aż trzy czwarte wszystkich krajowych meczetów kontrolowanych przez islamskich radykałów. Zarówno owe centra, jak i meczety są finansowane przez państwa Zatoki Perskiej w zamian za promowanie dominującej tam rygorystycznej wersji islamu. Ze swoim przekazem docierają do drugiej generacji muzułmanów urodzonych już w Hiszpanii, wchodzących w dorosłość w trakcie kryzysu gospodarczego i w przeciwieństwie do rodziców czy dziadków porównujących własną sytuację nie z tą w kraju pochodzenia, lecz z możliwościami europejskich rówieśników o wyższym statusie społecznym. Wszyscy wykonawcy ubiegłorocznego zamachu w Barcelonie, w którym zginęło 16 osób, a prawie 150 zostało rannych, pochodzili z tego regionu, a konkretnie z pirenejskiego Ripoll. W tym katalońskim miasteczku czterech młodych Marokańczyków dało się zmanipulować i zradykalizować tamtejszemu imamowi.

Ataki, które miały miejsce na pełnej turystów ulicy La Rambla, wystawiły hiszpańską tolerancję na ciężką próbę. Na ścianach meczetów w Grenadzie i Sewilli pojawiły się obraźliwe hasła, zamach w Barcelonie ośmielił grupkę ksenofobów do wyjścia na główną aleję spacerową miasta. Jednak bardzo szybko przegonili ich zwykli obywatele, krzycząc: No pasaran! Hiszpania wraz z Portugalią uchodzą za najbardziej tolerancyjne kraje w Europie. Politycy z prawa czy z lewa praktycznie w ogóle nie straszą „obcymi”, nie ma tu też żadnych wieców antyimigranckich, a poparcie dla partii skrajnie prawicowych nie przekracza 0,5%.

Również ludzie ze stowarzyszenia Amical zapewniają, że nigdy nie odczuwali ekstremalnego rasizmu. – Barcelona jest miastem otwartym, dynamicznym i bardzo ludzkim. Musimy pokonywać nasze lęki i stereotypy – stwierdzają. W podobnym tonie wypowiada się Imad, dyrektor Centrum Społecznego Darna. – Pomimo wstrząsu wywołanego zamachami obywatele zareagowali dość spokojnie. Byłem dumny z Katalończyków, z tego miasta, w którym się zakochałem, kiedy po raz pierwszy je zobaczyłem – deklaruje. Stowarzyszenie, w którym się udziela, promuje współistnienie i zapobieganie gwałtownej radykalizacji młodych ludzi poprzez działania społeczne, a zwłaszcza poprzez tworzenie przestrzeni do debaty i dialogu. Jednym z najnowszych projektów jest kolektyw Gora, który wziął nazwę od arabskiego wyrażenia odnoszącego się do solidarności między sąsiadami. Składa się głównie z kobiet pochodzenia marokańskiego i promuje równość płci. Takie właśnie inicjatywy mają odciągać młode pokolenie od islamskich fanatyków.

Trudno jednak przewidzieć, co przyniosą wysiłki integracyjne władz Hiszpanii i organizacji społecznych. Pewne jest, że wielotysięczna marokańska diaspora na Półwyspie Iberyjskim w znacznym stopniu zmieniła strukturę tamtejszego społeczeństwa.

Fot. Associació Amical

Wydanie: 27/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy