Matki Polki Zjednoczone

Matki Polki Zjednoczone

Posłowie się przestraszyli i przyrzekają przywrócenie Funduszu Alimentacyjnego

Iwona Nowak z Opola na dwóch synów zamiast zasądzonych 600 zł miała dostać 340 zł. Do dziś nie dostała nic. Sąsiadce, która przynosi dzieciom jedzenie, kazała pukać dwa razy. Nikogo więcej nie wpuszcza, bo ostatnio przyszła pani kurator i powiedziała, że jeśli nie potrafi zająć się dziećmi, to trzeba je zabrać.
Małgorzata Baszczyńska z Poznania nie może pojąć, że państwo okazało się gorsze od jej męża pijaka. Przed kilkoma laty przerwała horror. Sama nie wie, skąd w niej było tyle odwagi. I właśnie teraz, kiedy jakoś stanęła na nogi, a chłopcy dobrze się uczą, to państwo, które miało jej dać tylko tyle, ile samo nie potrafi wyegzekwować od ojca dzieci, po prostu zabrało wszystko. Wielkiej wiary w państwo w Małgorzacie nie było. Szczególnie zmalała ona w zeszłym roku, kiedy Małgorzata poszła do opieki społecznej, błagając o tonę węgla. Nie dostała, ale kupiła od sąsiada pijaka, nad którym opieka się ulitowała. Oddał węgiel za dwie butelki.
Alicja ze Szczecina wróciła z marszu protestacyjnego. Agata Dźwigał z Bielska-Białej (trzech synów) podała rząd do sądu. Wszystkie dzwonią do Renaty Iwaniec z Tarnowa, zdają jej relacje z wydarzeń. Powtarza się ciągle: – Nie płacą. – Nie płacą. – Nie płacą.
Komunikaty jak z pola bitwy. W Opolu połowa kobiet od dwóch miesięcy nie dostała ani grosza. W Poznaniu urzędnicy odsyłają do banku, a tam na pewno nie ma cię na liście uprawnionych. W Szczecinie urzędniczka powiedziała: „Trzeba było się uczyć jak ja, a nie produkować dzieci”. W Elblągu zamiast pomagać, chcą zabierać dzieci do domów dziecka. W Lublinie trwa okupacja Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie.
Marsze, wiece, bójki. Ale niech nikogo nie zmylą łzy i bezradna furia walenia w drzwi urzędnika. W tle rozpaczy jest sprawna organizacja, czyli Stowarzyszenie Osób Poszkodowanych Likwidacją Funduszu Alimentacyjnego „Damy Radę”.
Iskrą buntu jest Renata Iwaniec z Tarnowa. Nauczycielka historii – dwóch synów, niespłacony kredyt wzięty na zrobienie drugiej specjalizacji i były mąż, jeden z bogatszych w okolicy, który wszystko przepisał na konkubinę, więc płaciło za niego państwo. Ale właśnie przestało. To Renata Iwaniec założyła stowarzyszenie, które dziś ma w całej Polsce 69 oddziałów. I trafiło na pierwsze strony gazet.
Samotne matki udowodniły, że likwidacja z dnia na dzień Funduszu Alimentacyjnego, rzucenie ochłapu finansowego (na razie i tak wirtualnego), przy tym niewdrożenie żadnego systemu ścigania alimenciarzy, doprowadzi tysiące rodzin na skraj wegetacji. Sensownie funkcjonujące rodziny zamienione zostały w żebraków, a dzieci mają co jeść tylko dzięki pomocy sąsiadów. Ale stało się coś jeszcze. Bunt „alimenciarek” obnażył słabość systemu opieki społecznej. Po pierwsze, w kółko coś w nim się zmienia, np. przy okazji likwidacji funduszu Jolanta Banach próbowała zabrać wszystkie inne świadczenia dzieciom, którym przysługuje renta socjalna, a więc niepełnosprawnym. Matki oszalały.
Dla pozostałych wprowadzono urawniłowkę – po 170 zł na dziecko, bez względu na wysokość zasądzonych alimentów. Ale i przy tym zapisie próbowano majstrować. Ani złotówki nie dostają dzieci studiujące. Zaczęły rezygnować z nauki. Czy taki był cel?
– System świadczeń jest zły, konstruowany na potrzeby rządzącej ekipy, jest też traktowany przez polityków jak kiełbasa wyborcza – mówi Renata Iwaniec i dodaje, że dzisiaj „alimenciary” nikomu nie ufają. Szczególnie że tatusiowie nadal są bezkarni. Były mąż Iwony Nowak znowu wpłacił 20 zł na jej konto, więc sąd odmówił ścigania go za uporczywe niepłacenie alimentów. „Uporczywe” byłoby, gdyby nie dał ani złotówki.
Ale bunt „alimenciarek” pokazał również, że instytucje opieki społecznej nie są w stanie zrealizować żadnego prawa, bo składają się tylko z urzędników i ton papieru. Myślenia jest tam niewiele. Rzeczywiście, samorządy późno się dowiedziały o nowym sposobie wypłat, ale też nie zrobiły w większości nic, żeby mu podołać. Nie zatrudniono dodatkowych osób, pracę przedłużono, dopiero kiedy zaczęły się strajki okupacyjne. Kobiety są oszukiwane, że jutro coś dostaną, albo wmawia się im, że same zawiniły, bo mają dzieci. Miejskie ośrodki pomocy rodzinie, duma polityki prorodzinnej, to tylko lista urzędniczych płac.
– W stowarzyszeniu są tysiące kobiet, to prawdziwa armia – z dumą mówi Renata Iwaniec. Telefony. Kolejny komunikat, tym razem od ich przedstawicielki w komisji sejmowej. „Alimenciary” swobodnie poruszają się w przepisach, dopiero co w Sejmie wyśmiały urzędnika, który wmawiał im, że „pstryk”, zlikwidowano system komputerowy w ZUS i dlatego mają brać, co jest. Jest nadzieja, że osiągną cel. Sejmowa Komisja Społeczna zaakceptowała projekt, by do końca roku wypłacano kobietom 80% zasądzonych alimentów, a nie tylko po 170 zł na dziecko. – Jednak naszym celem jest przywrócenie Funduszu Alimentacyjnego – mówi Renata Iwaniec. – Tyle że działającego na poziomie samorządów i ze sprawnym systemem ściągania alimentów. Jeżeli w Niemczech płaci 95% tatusiów, dlaczego w Polsce miałoby się nie udać?
Dziś Iwonie Nowak z renty pomagają rodzice. Pewnie lekarstw sobie nie kupują. Ale są też matki, które ustawiły się w kolejkach po darmowe zupy, są pierwsze grzebiące w śmietnikach. W tym całym upodleniu Małgorzata Baszczyńska nie rozumie jednego – jak urzędnicy mogli sądzić, że wypłacą, kiedy zechcą? – Przecież to są pieniądze na dzieci, nie dla nas – tłumaczy kobieta. – A kiedy widzę, że moje dziecko jest głodne, to nie odpuszczę, zagryzę, będę walczyć do upadłego – dodaje Alina.

 

Wydanie: 26/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy