Miała być bomba, jest kapiszon

Miała być bomba, jest kapiszon

Zbiór zastrzeżony – mniej ważne, co ujawniono, ważniejsze, co znów schowano

Miała być bomba, wyszedł kapiszon. Od ubiegłego tygodnia IPN ujawnia materiały z tzw. zbioru zastrzeżonego, zaanonsował to zresztą na specjalnej konferencji prasowej. Media spodziewały się sensacji, przynajmniej na miarę niedawnej „szafy Kiszczaka”, z której wypadły akta „Bolka”. Tymczasem jest cisza. Dlaczego?

Przypomnijmy: zbiór zastrzeżony powstał w ramach ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej z roku 1998. Zgodnie z nią szefowie Urzędu Ochrony Państwa, Wojskowej Służby Informacyjnej, Straży Granicznej i policji mieli przekazać do IPN archiwa swoich instytucji. A jednocześnie ustawa dała im prawo zastrzeżenia części materiałów ze względu na bezpieczeństwo państwa. Te dokumenty miały trafić do wyodrębnionego w ramach archiwum IPN zespołu. Miały tam być utajnione, i to tak, że dostępu do nich byliby pozbawieni nie tylko naukowcy czy dziennikarze, ale nawet pracownicy IPN. Utajniony był też spis treści, ba, nawet decyzja o przekazaniu jakichkolwiek dokumentów do tego zbioru.

Apetyt na tajemnice

Te wszystkie zabezpieczenia tworzyły wokół zbioru zastrzeżonego aurę wielkiej tajemnicy. To oczywiste – jeżeli „zwykłe” archiwa dawnej SB przynosiły sensacje, jakie niezwykłości musiały się znajdować w zbiorze zastrzeżonym!

Takie spekulacje rozgrzewały umysły wielu publicystów, przede wszystkim na prawicy. Formacja ta zbudowała kilka legend, kilka prawd wiary, które tłumaczyły świat. Wśród nich była opowieść o „zdradzie w Magdalence”, o „układzie”, o spisku oficerów służb specjalnych i ich agentów uplasowanych w szeregach Solidarności. Jak to wyglądało w rzeczywistości, powiedzieć miały archiwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie miały się znajdować teczki agentów. I to miał być ten trop. Tymczasem ani lista Macierewicza, ani lista Wildsteina nie ujawniły takich powiązań. Szybko więc wytłumaczono sobie, że stało się tak nie dlatego, że teoria układu była nieprawdziwa, ale z powodu ukrycia teczek najcenniejszych agentów w zbiorze zastrzeżonym.

Ta teoria szybko zdobyła popularność, zwłaszcza że do opinii publicznej przeniknęła jedna wiadomość: gdyby teczki ze zbioru ustawić jedna koło drugiej, ich rząd miałby kilometr. Nic dziwnego, że politycy prawicy zaczęli marzyć o dostaniu się do tego zasobu.

Okazja pojawiła się po wygranych przez PiS wyborach w 2015 r. W czerwcu zeszłego roku Sejm znowelizował ustawę o IPN, zmieniając zasady wyboru szefa Instytutu, a jednocześnie fragmenty dotyczące zbioru zastrzeżonego. Ustawa przewidywała, że do końca marca 2017 r. szefowie poszczególnych służb (Agencji Wywiadu, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego) muszą dokonać przeglądu całości zbioru. I zadecydować – które materiały ponownie utajnić, a które włączyć do archiwum IPN, tak by mogły być udostępniane na zasadach ogólnych jak inne ipeenowskie dokumenty.

Ta decyzja wywołała na prawicy drgawki szczęścia. „Ujawnienie zbioru zastrzeżonego wstrząśnie polską opinią publiczną – można go jedynie porównać do publikacji »Raportu z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych« – zapowiadała „Gazeta Polska”. – Dziesięć lat temu komisja weryfikacyjna pracująca pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza, na podstawie dokumentów, zgromadziła informacje dotyczące nielegalnej działalności wojskowych służb specjalnych działających po 1990 r. Okazało się wówczas, że wpływy agentury w najważniejszych dziedzinach życia publicznego w III RP mają swój początek w PRL. Raport z weryfikacji WSI objął wyłącznie służby wojskowe – teraz mają być ujawnione zasoby cywilnych służb specjalnych PRL”.

Muzeum wywiadu PRL

Oczekiwania na polskiej prawicy były więc przeogromne. To miała być „porażająca prawda”. Spodziewano się dokumentów o najbogatszych ludziach w Polsce, co tłumaczyłoby, jak zdobyli majątki. Anonsowano również, że do zbioru zastrzeżonego trafiły materiały dawnego IV Departamentu MSW, tego, który zajmował się Kościołem (teczki księży, hierarchów – to wzbudza emocje). Tu też oczekiwano jakichś przełomowych „kwitów”, ale z materiałów zbioru zastrzeżonego, które już ujawniono, nic takiego nie wynika.

Teczek, z których tytułami możemy się zapoznać, jest ok. 6-7 tys.; tworzą – jak zauważyła to „Gazeta Wyborcza” – muzeum wywiadu PRL. Dla fachowców, analityków innych służb są pewnie niezwykle interesujące, pozwalają wyjaśnić wiele dawnych spraw, zorientować się, kto był w tamtych czasach współpracownikiem polskich służb, a kto nie. Dla wywiadu takie ujawnianie to strzał samobójczy. Ale dla dziennikarzy szukających znanych nazwisk? Upublicznione dokumenty bardziej ich irytują, niż interesują. Bo kogo obchodzą jakieś instrukcje zachowania się oficerów wywiadu w określonych sytuacjach? Albo spis tajnych współpracowników, których nazwiska nic nie mówią?

Na konferencji prasowej prezentującej zbiór zastrzeżony Sławomir Cenckiewicz, zastępca przewodniczącego kolegium IPN, próbował przekonywać, że ujawniane materiały są niezwykle atrakcyjne, bo pokazują np., jak polski wywiad rozpracowywał ulokowaną w ambasadzie USA w Warszawie oficer CIA. Tę, która prowadziła płk. Kuklińskiego. Sensacją miało być, że grupą, która ją rozpracowywała, dowodził Gromosław Czempiński. Jednak sensacja okazała się marnej jakości – zwłaszcza że i ten epizod, i pewnie inne w najmniejszym stopniu nie wpłynęły na późniejsze, już z czasów III RP, kontakty Czempińskiego z CIA.

Na prawicowych portalach pojawiła się również informacja, że w zbiorze zastrzeżonym są teczki Ireneusza Sekuły i Aleksandra Gawronika. Ale – po pierwsze – nie ma ich w spisie treści, po drugie – nawet jeśliby były – czy to byłaby jakaś sensacja? Coś politycznie ważnego?

Co widzieli szefowie służb?

Wychodzi więc na to, że prawica dostała, co chciała, ale ten prezent nie spełnia jej oczekiwań. Teoria o układzie, spisku oficerów i ich agentów, uwłaszczeniu nomenklatury, o tym, jak dorabiali się najbogatsi Polacy, znów okazała się pusta, niepoparta dowodami. Czy w takim razie zbiór zastrzeżony był zwykłą rupieciarnią? Miejscem, gdzie składowano nieaktualne, nikomu niepotrzebne teczki? Trudno w to uwierzyć…
Tropem niech będzie informacja, że przed ujawnieniem zbioru zastrzeżonego szefowie służb dokładnie przeanalizowali znajdujące się tam teczki i część ponownie utajnili. Jak dużą? Tego nie wiemy. Ale możemy mieć pewność, że to, co zostało utajnione, jest dla obecnej władzy i służb specjalnych ważne.

Możemy iść w spekulacjach dalej. Może władza rzuciła publice na żer sprawy nieistotne, a chroni najlepszych agentów? Wiadomo, dla jakich korzyści. To logiczna teoria, zwłaszcza że wiemy, jak obecna władza kocha teczki i haki…

Wydanie: 5/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy