Miasteczko jak z koszmaru

Miasteczko jak z koszmaru

„Rojst”, czyli serialowa wycieczka do lat 80.

W minioną niedzielę na platformie ShowMax odbyła się premiera jej pierwszego rodzimego serialu „Rojst”. Co prawda, chronologicznie pierwsze było „Ucho Prezesa”, ale trudno nazwać ten projekt pełnoprawnym serialem fabularnym. ShowMax współpracuje też z Patrykiem Vegą, jednak „Kobiety mafii” to pokłosie filmu fabularnego, tak więc dopiero „Rojst” w pełni mieści się w definicji serialu zapowiadanego przez platformę. I warto było czekać, bo produkcja przypadnie do gustu fanom polskiego kryminału i por. Borewicza.

Akcja rozgrywa się w latach 80. W miasteczku na południowym zachodzie Polski zostaje zamordowana prostytutka. Prawdopodobnie nikogo by to szczególnie nie zainteresowało, ale równocześnie doszło do morderstwa działacza PZPR. Sprawą zajmuje się lokalna gazeta. Zlecenie na artykuł otrzymuje doświadczony dziennikarz Witold Wanycz (Andrzej Seweryn). Niespecjalnie pała entuzjazmem do tej pracy, bo jedną nogą jest już w RFN, a stamtąd planuje dalszą podróż bez biletu powrotnego. Do pomocy trafia mu się nowicjusz Piotr Zarzycki (Dawid Ogrodnik). Jednemu zależy na tym, żeby sprawie ukręcić łeb, a drugi chce się wykazać. Mając jednak na karku prokuratora, Milicję Obywatelską i działaczy partyjnych, Zarzycki raczej nie zdoła przerwać zmowy milczenia. Pierwsze dwa odcinki dają nadzieję na ciekawą historię, w której chodzi nie tylko o to, kto zabił, ale także dlaczego w tym mieście żyją sami smutni ludzie z przetrąconymi kręgosłupami.

Dancingi, wódka lejąca się strumieniami również w godzinach pracy, popielniczki pełne niedopałków oraz herbata pita w szklankach z metalowym uchwytem sprawiają, że zaczynamy sobie przypominać barwne artefakty lat 80. Całości dopełnia muzyka. Serial promowany był szlagierem „Wszystko, czego dziś chcę” w wykonaniu Moniki Brodki. Fanów Izabeli Trojanowskiej możemy od razu uspokoić – słyszymy też oryginalne wykonanie. Nie brakuje „Boskiego Buenos” Maanamu oraz „Zaopiekuj się mną” grupy Rezerwat. W roli kierownika hotelu pojawia się Piotr Fronczewski – łącznik między oryginalnymi produkcjami lat 80., takimi jak „07 zgłoś się”, gdzie występował w kilku odcinkach, a zabawą retro, którą stanowi „Rojst”.

Nie znaczy to jednak, że „Rojst” (na marginesie warto dodać, że słowo rojst oznacza bagno, z którego trudno się wydostać) oferuje tylko ciekawe rekwizyty i wspomnienie przeszłości, bo to również tajemnica, którą mamy ochotę odkryć wraz z bohaterami. Morderstwo dwóch osób, a także samobójstwo nastolatków powiązanych z rodziną znanego opozycjonisty jedynie na pozór w żaden sposób się nie łączą.

Mocną stroną serialu jest realistyczne ukazanie miasteczka, w którym świat zamożnych sąsiaduje z ubóstwem. Z jednej strony, odwiedzamy dobrze urządzone mieszkanie Wanycza, z drugiej – zagracone mieszkanko Zarzyckiego. Trafiamy też do redakcji lokalnej gazety i z sentymentem możemy obserwować, jak w epoce przed internetem przygotowywano numer pisma do druku.

W klaustrofobicznej atmosferze mieściny, gdzie każdy zna każdego, a przyjezdny zawsze jest witany podejrzliwym spojrzeniem, trudno zachować prywatność. Widać, jak męczy to bohaterów.

W serialach amerykańskich przywykliśmy do tego, że o efekcie końcowym decyduje producent wykonawczy. W Polsce decyzje artystyczne wciąż podejmują scenarzysta, reżyser i operator. Scenariusz „Rojsta” napisał Kasper Bajon z Janem Holoubkiem, który zajął się także reżyserią, a pracę operatora wykonywał Bartek Kaczmarek. Gdy dodać do tego prolog, w którym pojawia się Monika Brodka, możemy być pewni, że warto poświęcić kilka godzin i zanurzyć się w bagnistą atmosferę miasteczka, gdzie dzieją się rzeczy, o których społeczność woli nie wiedzieć.

Wydanie: 34/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy