„Smętek” serca

„Smętek” serca

Trzynastopłytowy box Tadeusza Nalepy to dokumentacja dwudziestu lat twórczości ojca polskiego bluesa

Kiedy byłem małym chłopcem, hej, wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: najważniejsze, co się czuje, słuchaj zawsze głosu serca, hej – śpiewał Tadeusz Nalepa na legendarnej już płycie grupy Breakout pt. „Blues” z 1971 r. Album ten, kluczowy dla polskiego bluesa, wyznaczył stylistyczne i liryczne ramy także późniejszej twórczości Nalepy, nagrywającego pod własnym nazwiskiem od końca lat 70. Ten trwający do dziś solowy okres działalności ojca polskiego bluesa, jak czasem nazywa się Nalepę, dokumentuje właśnie wydany, trzynastopłytowy box (Metal Mind Productions 2006), będący prawdziwą gratką dla miłośników smutnego grania.
Właśnie – smutnego, bo smutek, a najczęściej „smętek”, chyba najlepiej charakteryzuje śpiewającego Nalepę i jego „głos serca”. Trudno w tej twórczości, poza oczywistymi wpływami muzycznymi i klimatem, doszukiwać się bezpośrednich odwołań do korzeni.
Pierwotny blues wywodzi się z pieśni pracy murzyńskich niewolników, wzbogaconych ich folklorem, do którego należały zawołania ulicznych sprzedawców, kołysanki, opowieści włóczęgów czy zawodzenia żebraków, a także ze śpiewanych zbiorowo modlitw i lamentów do Boga, czyli pieśni gospel. Utwory bluesowe, choć różnie to z nimi w różnych okresach bywało, na ogół dotyczyły codziennych, prostych spraw, ludzkich niepokojów, radości, wzlotów, upadków i zachwytów.
Tymczasem twórczość Nalepy, zwłaszcza ta wcześniejsza, wprowadza nas najczęściej w depresyjny świat, w którym życie przedstawione jest jako niekończące się pasmo porażek, rozczarowań, zdrad, kłamstwa i śmierci, co wpisuje się w nastrój bluesowy, ale jest odsłoną tylko jednej, tragicznej jego strony. Autorem największych przebojów Nalepy, jak też grup Breakout i jeszcze wcześniejszej Blackout, jest poeta Bogdan Loebl, jeden z najsmutniejszych powojennych polskich liryków, choć i spod jego pióra czasem wychodziły wiersze i piosenki, w których nadzieja, wiązana na ogół z miłością i uniesieniami serca, zajmowała poczesne miejsce.
Tak czy inaczej, kto chciałby szukać w tych polskich bluesach pokrzepienia, wiary czy radości, raczej się zawiedzie. „Na wysoką wchodzę górę, na najwyższy idę szczyt / Ze mną chodź, miła, ze mną chodź / Stamtąd ujrzysz całe życie swe / Stamtąd ujrzysz to robactwo, co padlinę świata żre”… „Muszę dziś ciebie zabić / Muszę, bo miłość w tobie gaśnie już / Muszę dziś ciebie zabić / Może jej ocalenie przynieść nóż”… „Rodzą się miliony / dzieci Twych bez szans / rodzą się pod dachem nieba, w którym Ty / ponoć szczerozłoty tron swój masz”… To tylko kilka próbek tandemu Nalepa-Loebl.
A jednak w tym całym „smętku” i ponurym nastroju jest pewien czar, sprawiający, że słucha się tego z przyjemnością, którą wzmacniają kompozycje muzyczne Nalepy. Gitarzysta ten bowiem, nie będąc wcale wirtuozem tego instrumentu, stworzył swój własny i niepowtarzalny styl. Zawsze otaczał się znakomitymi muzykami, a album nagrany wspólnie z grupą Dżem, kiedy Ryszard Riedel wylądował na kolejnym odwyku, należy do najciekawszych propozycji omawianego zestawu. Ostatnie płyty Nalepy, od czasu kiedy artysta definitywnie rozstał się z Loeblem i sam zaczął pisać teksty do swoich kompozycji, nie mają już takiej siły rażenia, choć sam Nalepa uważa je za artystycznie dojrzałe i naprawdę własne. Czy tak jest w istocie, niech ocenią słuchacze.
Przesłuchując dziś ten historyczny materiał, niewątpliwie obcujemy z artystą osobnym, który jak mało kto wpłynął na kształt polskiej muzyki ostatnich lat. Wprawdzie polski blues na tle światowych dokonań wypada gorzej niż blado, a sam Nalepa, jak też Sławek Wierzcholski, jego Nocna Zmiana Bluesa, Kasa Chorych, After Blues, Martyna Jakubowicz czy Ireneusz Dudek nie zdołali uczynić z tego gatunku muzyki popularnej, ale wszystkim naszym prekursorom należą się oklaski za wytrwałość na rynku i muzyczną bezkompromisowość w czasach dźwiękowego miszmaszu.
Jak to się wszystko zaczęło? „Od dziecka byłem zakochany w muzyce – wyznaje Tadeusz Nalepa w książeczce dołączonej do wydawnictwa. – Moim wymarzonym prezentem na gwiazdkę była harmonijka ustna. W czwartej klasie zacząłem chodzić do szkoły muzycznej na skrzypce, gdzie uczył mnie profesor Dziedzic, który był związany z moją rodziną: grał u mojego dziadka Michała. Bo dziadek miał orkiestrę weselną, zabawową, gdzie grał też drugi mój dziadek. Pradziadek był skrzypkiem, grywali też moi wujkowie. Toteż pochodzę z muzycznej rodziny. Polską muzykę ludową mam we krwi, może nawet w nadmiarze i dlatego się wziąłem za coś zupełnie innego”.
W dalszej części tej ciekawej opowieści dowiemy się, jak Nalepa rozbił skrzypce na głowie pewnego wyrostka, jak jako nastolatek sięgnął po gitarę, poznamy meandry jego kariery, życia osobistego, wieloletniej walki z chorobą. Ostatnio artysta coraz rzadziej występuje, nieczęsto nagrywa nowe płyty, tym bardziej więc dokumentacja jego działalności z okresu dwóch dekad godna jest uwagi. Smakując tę muzyczną ucztę, nie zapominajmy o tym, że z bluesa wywodzi się wszystko: jazz, rock, pop, rap… Warto więc zajrzeć do źródeł, choćby w pryzmacie polskiego „smętka”.

 

Wydanie: 44/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy