Żeby kogoś zapalić, trzeba samemu płonąć

Żeby kogoś zapalić, trzeba samemu płonąć

W układzie mąż-aktorka-film zawsze ktoś cierpi

Urszula Grabowska – aktorka filmowa i teatralna

We „Wspomnieniu lata” grasz pełne emocji sceny z twoim filmowym synem, w którego wcielił się debiutujący Max Jastrzębski. Matkowałaś mu poza ekranem?
– Musiałam być czujna, żeby tego nie robić. Od kiedy tylko się poznaliśmy, mimo różnicy doświadczeń i lat, opieraliśmy się na relacji partnerskiej, bardzo szczerej, otwartej. Nie mogłam wchodzić w rolę matki poza planem, bo nasza filmowa relacja była pokomplikowana, a postać, którą grałam, jako matka popełniała wobec syna sporo błędów. Kamera zarejestrowała go w ciekawym momencie życia – na etapie przełomu, dziecka na progu dorosłości.

Sama masz syna w podobnym wieku.
– Mój syn jest młodszy o dwa lata, ale dzięki niemu miałam dużą świadomość tego, w jakim okresie życia jest Max. Wiedziałam, co może być dla niego ważne. Jednak podeszłam do niego z ciekawością nie tylko jako do nastolatka, ale przede wszystkim człowieka. W odróżnieniu od mojego syna Max wcale nie jest tak otwarty, trzeba do niego dotrzeć. To był niezwykle intrygujący proces.

Twój syn był z tobą na planie?
– Raz jeden go zabrałam, kiedy kręciliśmy plener w Częstochowie. Odtwarzaliśmy akurat wygląd ulicy z lat 70. – jeździły nią samochody i autobusy, których już nie ma, więc dla chłopaków to była atrakcja. Właśnie wtedy się poznali. Na początku byli wobec siebie ostrożni i nieufni.

Ostatecznie dogadali się?
– Tak, z tym nie było problemu, natomiast coś nieplanowanego stało się na Warszawskim Festiwalu Filmowym, kiedy zabrałam syna na premierę. Był zaszokowany matką, którą zobaczył na ekranie. Nie spodziewał się, że mogę być kimś tak niedobrym. A ja nie przewidziałam, że moje dziecko, mimo świadomości fikcji, oglądając film, tak osobiście będzie na mnie patrzyło. Nie przyjął też zbyt dobrze mojego wyrazu twarzy na ekranie, często złośliwego. Podczas jakiegoś domowego zgrzytu Antoni wytknął mi, że mam takie same oczy jak na filmie.

Zabolało cię to?
– Antoni jest inteligentnym chłopakiem, zresztą robi się z niego świetny facet. Ale mówimy o Antku sprzed ponad dwóch lat. Miał świadomość tego, jaki zawód wykonuję, wiedział, że udaję kogoś innego na ekranie. Ale okazało się, że czym innym jest wiedzieć, a czym innym doświadczyć. Seans zrobił na nim piorunujące wrażenie.

Może to dlatego, że dotąd grałaś raczej postacie, których intencje i moralność nie budziły wątpliwości?
– Tak też może być, ten akurat film jest opowiadany z perspektywy dziecka. Patrzymy na wydarzenia z punktu widzenia dojrzewającego chłopaka, kiedy zmysły są niezwykle wyostrzone. My we „Wspomnieniu lata” proponujemy skalę emocji, która na potrzeby filmu została wyolbrzymiona.

Sytuacja filmowego dziecka jest nie do pozazdroszczenia: ojciec na emigracji, matka przeżywa niespełniony romans, chłopiec dojrzewa.
– Ten film działa na ciebie, bo jak każda dobra historia jest oparty nie na doraźnych problemach, tylko na uniwersalnych, wspólnych dla wszystkich, niezależnie od czasów, w których przyszło nam dojrzewać. Ja jednak widzę pewne różnice między bohaterami wtedy a dziś. Teraz mamy przynajmniej iluzję pozostawania w ciągłym kontakcie, poprzez komórki, Skype’a i inne narzędzia komunikacji. Możemy się kontaktować z bliskimi codziennie. W latach 70., kiedy toczy się akcja filmu, na telefon od męża na saksach wyczekiwało się tygodniami, a połączenie było tak drogie, że trwało maksymalnie kilka minut. Doskonale pamiętam z dzieciństwa w latach 80., jak w bloku telefon miała jedna sąsiadka, do której, dzięki jej uprzejmości i jedynie w ważnych sprawach, biegało się dzwonić. Na własny telefon czekało się jak na zbawienie, był obietnicą lepszych czasów, łatwiejszego życia. Adam Guziński, reżyser i scenarzysta, umiejscowił akcję w tamtym czasie, aby m.in. uwypuklić to poczucie osamotnienia.

Dla ciebie ten film również stał się konfrontacją z własną przeszłością?
– Myślałam o wielu sprawach, których nie zauważałam jako dziecko, choćby o patriarchacie, tak żywym i silnym w czasie mojej młodości. Wtedy najczęściej to ojciec zarabiał na utrzymanie rodziny, matka zajmowała się domem. W związku z tym mężczyzna był często nieobecny. Mnie uderzyło, że filmowy ojciec był nieobecny zupełnie. Istniał w świadomości zwłaszcza syna, był żywy w jego tęsknocie, ale brakowało go w codzienności. Dzisiaj jednak ma się wrażenie – nawet jeśli mówimy o sytuacji eurosierot czy rodzin emigrantów ekonomicznych – że ci mężczyźni czy matki nie znikają z życia rodziny całkowicie, że gdzieś obok mimo wszystko istnieją, że współprzeżywają rodzinne emocje i problemy, bo i podróżowanie stało się łatwiejsze, i można się słyszeć i widzieć nawet codziennie.

O aktorach też się mówi, że nie mają czasu dla dzieci – ciągłe wyjazdy na plan, nieobecności w domu.
– Nie przesadzałabym, moja najdłuższa nieobecność w domu z powodu planu filmowego to osiem dni z rzędu. Ale wszystko jest oczywiście kwestią indywidualnych wyborów. Kiedy wchodziłam w ten zawód i grałam debiutancką rolę w spektaklu Barbary Sass, to ona powtarzała mi: „Pamiętaj, dziecko, żebyś ty się, broń Boże, nie śpieszyła do małżeństwa”, bo już wtedy miałam plany zamążpójścia. Myślę, że robiła to przede wszystkim z uwagi na moją młodość i w trosce o mój talent. W układzie mąż-aktorka-film zawsze ktoś cierpi.

Nie miała racji – z mężem jesteś do dzisiaj.
– Oczywiście, że w pewnym stopniu miała rację! Borykam się z bólem rozdartego serca od 20 lat. Chciałabym pracować więcej, bo kocham to, co robię, a moja praca jest moją pasją, ale w tym czasie ktoś mi bliski rzeczywiście, po pierwsze, znosi moje frustracje, a po drugie, przejmuje często moje obowiązki. Moje życiowe powołanie to także bycie matką. Rodzina kocha mnie i liczy na mnie, a powinność wobec niej zawsze wydawała mi się najważniejsza i znacznie większa niż wobec aktorstwa. Ale w praktyce bywa różnie. Rozdarcie między jednym a drugim zmusza mnie do kompromisów.

Jakich?
– W wielu najdrobniejszych, codziennych decyzjach, choćby w kwestii mieszkania. Czasem wydaje mi się, że gdybym przeprowadziła się do Warszawy, miałabym liczniejsze i bardziej różnorodne okazje do grania. Że mieszkanie tam jest dla aktorki o wiele bardziej pragmatyczne, a jednak zakorzeniłam się w Krakowie i w nim pozostałam.

Lokalna patriotka?
– Absolutnie towarzyszy mi lokalny patriotyzm, który wiąże mnie z moimi teatrami – Bagatelą i STU. Moi mężczyźni, mąż i syn, również mocno się zakorzenili w Krakowie, nie mogę nagle zmusić ich do przeprowadzki do stolicy. Zwłaszcza syna nie umiałabym postawić przed takim wyborem. Poza tym chcę tu mieszkać także z uwagi na rodziców, którzy przez wiele lat byli mi bardzo pomocni, a teraz nadchodzi czas, z uwagi na ich dojrzałość, kiedy to ja staję się im coraz bardziej potrzebna.

Przedłożyłaś rodzinę nad karierę?
– Nie. Nigdy bym nie powiedziała, że dokonałam w tym względzie jakichś dramatycznych wyborów. To po prostu kwestia hierarchii wartości. Znalazłam dobre wyjście, bo moja praktyka zawodowa pokazała mi, że wcale nie muszę się przeprowadzać, żeby robić istotne zawodowo rzeczy. W teatrze jestem aktywna cały czas, filmowo też coś się u mnie dzieje, a od kilku lat wykładam na Akademii Sztuk Teatralnych, którą ukończyłam, gdy jeszcze nazywała się PWST. Zaproszono mnie do grona pedagogów i jest to przygoda, która mnie niezwykle stymuluje do rozwoju. Oczywiście czuję również wielką presję, ale myślę, że sama ją sobie stwarzam, bo taką mam naturę – czuję podwyższoną odpowiedzialność za ludzi, którzy powierzają się mojej opiece.

Czujesz się mamą na katedrze?
– W pewnym sensie tak, choć nie wszyscy tego potrzebują, a niektórzy nawet nie lubią, więc raczej pielęgnuję postawę bycia ich zawodowym partnerem. Codziennie muszę przed nimi zdawać egzamin z teorii poprzez praktykę, którą próbuję im przekazać. Dla nich cenne jest, że pozostaję aktywna zawodowo, że faktycznie wykorzystuję to, czego ich uczę, że jest to skuteczne. Nie mogę sobie pozwolić na rozmijanie się tego, co mówię, z tym, co robię. Poza tym przypadł mi bardzo interesujący przedmiot – wiersz. A nade wszystko bezcenne jest przebywanie w towarzystwie tak fajnych, ciekawych ludzi.

Jakim belfrem jesteś?
– Takim, który nie ma monopolu na rację. Chcę, żeby moi studenci wiedzieli, że jestem istotą omylną, ale ponieważ mam o 20 lat większe doświadczenie niż oni, chcę się nim podzielić. Staram się towarzyszyć im w pewnym procesie, zaprosić do współtworzenia, uruchamiać w nich to, co najciekawsze, ich własne, indywidualne, oczywiście w ramach podjętego materiału i przyjętych założeń. Zależy mi, żeby wiedzieli, że i oni dużo mi dają, że to wymiana świadczeń. Mnie zapala ich młodość i ich perspektywa, mam również nadzieję, że oni zapalą się moją.

Nie dopadają cię chwile zniechęcenia?
– Kiedy mam poczucie, że włożony w pracę wysiłek jest nieadekwatny do efektu, dopada mnie zwątpienie w jej sens. Ale ten zawód bez takich frustracji nie istnieje. Każda rola wiąże się z decyzją o wejściu w przygodę w towarzystwie takich, a nie innych ludzi, w takiej, a nie innej konfiguracji. Mniej lub bardziej rokującej i udanej. A kolejna kwestia to najzwyczajniejsze w świecie przemęczenie. Cały czas próbuję poprawić swoją organizację, ale ciągle pogania mnie przymus zrobienia czegoś w jakimś terminie. Nade mną też wiszą deadline’y. Jeśli jednak chodzi o studentów, to mój mąż przekazał mi starą maksymę: żeby kogoś do czegoś zapalić, trzeba samemu płonąć. Dlatego staram się płonąć. Wtedy spotykam się z nagrodą.

Jak widzisz siebie kiedyś i dziś?
– Kiedyś może byłam zbyt grzeczna, nie było we mnie krytycyzmu, byłam jak gąbka, chłonęłam wszystko. Do tej pory mam elaboraty, na które składają się słowo w słowo zapisane różne złote myśli płynące z ust moich pedagogów, do których z braku doświadczenia wtedy nie dorastałam, których należycie nie rozumiałam. Po latach sięgnęłam po nie, trochę dla przyjemności, częściowo z konieczności, już bogata w doświadczenia, i pojęłam je. Nagle stały się dla mnie jasne. Kiedyś byłam mniej pewna siebie, wręcz nieśmiała. Choć nadal wiele rzeczy mnie onieśmiela – ale myślę, że jest to moją zaletą. Teraz zdecydowanie bardziej sobie ufam. No i zdecydowanie bardziej jestem w stanie ponieść odpowiedzialność za własne decyzje i wybory, również w sensie artystycznym, do czego też studentów nakłaniam.

Myślisz, że rozumieją twoje słowa?
– Bywa różnie. Czasem rzeczywiście dużo i po wielokroć muszę mówić o tym samym. Ale kiedy siadam naprzeciwko nich, nie widzę różnicy wieku między nami, umyka mi te 20 lat, które nas dzieli. Ze zdziwieniem przyjmuję fakt, że przecież oni patrzą na kobietę dwa razy od nich starszą, że jednak myślą o mnie w kategorii „pani” i także dlatego mówią do mnie „Pani profesor”. Z ich perspektywy ta różnica wieku staje się wyraźniejsza. Nie wiem, czy to jest tak, że ja jestem bliżej nich, niż moi profesorowie byli mnie, czy teraz jeszcze nie dostrzegam tego, co nas dzieli. Chcę wierzyć, że chodzi o to pierwsze.


Urszula Grabowska – od 2000 r. związana z Teatrem Bagatela w Krakowie. Najbardziej znana z tytułowej kreacji w „Joannie” Feliksa Falka, za którą wyróżniono ją m.in. nagrodą Orła w 2011 r. Do kin weszło „Wspomnienie lata” w reżyserii Adama Guzińskiego, w którym zagrała kolejną główną rolę.


Fot. Baranowski/AKPA

Wydanie: 14/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy