Jak malować dygnitarzy – rozmowa z prof. Stanisławem Wiśniewskim

Jak malować dygnitarzy – rozmowa z prof. Stanisławem Wiśniewskim

Tycjan z papieżem był po imieniu

Prof. Stanisław Wiśniewski
– malarz, grafik, rzeźbiarz, kierownik Katedry Kształcenia Ogólnoplastycznego w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie

Rozmawia Paweł Dybicz

Panie profesorze, malarz portrecista czy rzeźbiarz postaci, a pan do nich należy, musi być też psychologiem. Wiedząc o tym, zgodziłby się pan namalować portret Jarosława Kaczyńskiego? Jakie jego cechy by pan wyeksponował?
– Pomijając już sympatie i antypatie, nie bardzo widziałbym go jako obiekt mojego portretu. Czasami są takie twarze, które w sensie estetycznym inspirują do wypowiedzi plastycznej. Jarosław Kaczyński takiej twarzy nie ma. Z portretowanym muszę czuć jakąś więź, dostrzegać w nim coś interesującego. Na temat portretowania polityków można by napisać książkę, ale wniosek z jej lektury byłby jeden – to nie takie łatwe, jak wydaje się nawet wielu malarzom. Proszę zauważyć, że żaden z wielkich dygnitarzy, zwłaszcza ostatnich dziesięcioleci, nie ma dobrego portretu. Ani Stalin, ani Hitler, już nie mówiąc o Janie Pawle II, do którego malowania biorą się różni twórcy. To straszne, że powstało tak wiele okropnych obrazów przedstawiających Karola Wojtyłę. To samo można powiedzieć o tych jego koszmarnych posągach, stawianych niemal w każdej pipidówce. W tym jest pewna prawidłowość. Kiedy Tycjan malował papieża Pawła III, byli po imieniu, prowadzili długie rozmowy. A kto dziś uniósłby ciężar odpowiedzialności, mając za portretowanego najczęściej chłodnego, nic niemówiącego polityka? Kogo więc najlepiej malować? Innego malarza, bo on wprawdzie też zwykle milczy, lecz coś niecoś o obrazach wie, bo sam niejeden malował.
Ale niejeden polityk też niejedno zmalował. To którego z nich pan by sportretował?
– Nie myślałem o tym, ale prawdopodobnie żadnego. Bo dla mnie obok wyrazistej twarzy musi być widoczna inteligencja. O znaczeniu tych dwóch elementów mówię moim studentkom (studentom też): niech sobie pani wyobrazi, że spotyka pani mężczyznę, który jest niezwykle przystojny i atrakcyjny, dopóki się nie odezwie. Z pustymi dziewczynami ślicznotkami też tak jest.
Wróćmy do polityków.
– Kiedy Konrad Adenauer skończył 80 lat, postanowiono powiesić jego obraz w Bundestagu. Wtedy żył jeszcze Oskar Kokoschka, kiedyś artystyczne objawienie, i jemu powierzono zadanie uwiecznienia kanclerza, którego twarz nawet na fotografii wyglądała jak żołnierski but. Kiedy Adenauer przyszedł na odsłonięcie portretu i popatrzył, powiedział: Biblia Święta, strona taka a taka, wers taki a taki. Zastanawiano się, czy z kanclerzem nie dzieje się coś niedobrego, ale wysłano jakiegoś urzędnika po Biblię. Ten ją przyniósł i przeczytano: „Nie lękajcie się, to ja”. Twórców i polityków łączy coś wspólnego. Jedni i drudzy mają cechy przywódcze, łączy ich swoiste zniewalanie umysłów. Przecież gdy się czyta dzieła wybitnych pisarzy, to człowiek się z nimi zgadza. To nie jest forma zniewalania? Jeżeli jest jakiś charyzmatyczny przywódca polityczny, to on nie zniewala?

SZAJNOCHA ZAMIAST SIENKIEWICZA

Jeden i drugi wpływają też na edukację historyczną. Czy Matejko zrobił dobrze Polakom, malując swoje dzieła?
– Za granicą wielokrotnie pytano mnie, kto był największym polskim malarzem. Zawsze odpowiadałem: Jan Matejko. Jego wpływ na mentalność Polaków jest kolosalny, ale czy to całkiem dobrze? Choć Długosz nie sypiał po nocach i coś bajkowego popisał, my to traktujemy serio. Sienkiewicz też, ku pokrzepieniu serc, zdominował myślenie historyczne Polaków, choć w jego powieściach kłamstwo na kłamstwie. Polacy powinni Szajnochę czytać, a nie jego. Jan Matejko też nie starał się być perfekcyjny, zgodny ze szczegółami, nie przejmował się detalami. Dlatego książę Witold ma w ręce jakiś hinduski miecz, a czołowa postać w „Bitwie pod Grunwaldem”, choć nie w bitwie, Czech Jan Žižka, jest odziany w zbroję – karacenę. O czym Matejko doskonale wiedział. My natomiast najczęściej o tym nie wiemy, ale nawet gdybyśmy wiedzieli, to czy zmieniłby się nasz stosunek do tego malarza, pół Czecha, pół Niemca? Zresztą nie tylko Matejko wrył się w naszą pamięć, przedstawiając heroizm. Był przecież Artur Grottger, który rozdrapywał nasze rany, pokazując, do czego prowadzą szaleńcze zrywy wolnościowe.
Ale przegrał z Matejką, do którego dzieł peregrynują dzieciaki z podstawówek i w ten sposób wbija się im, a właściwie nam, do głów, że jesteśmy narodem wyjątkowym, wielkimi zwycięzcami.
– Jesteśmy narodem wybitnym? W stosunku do kogo? Do mających dziś trudności Greków? Czy mamy nie pamiętać, że wszystko, co wielkiego stworzono choćby w filozofii, pochodzi od nich? Nam, Europejczykom, wydaje się, że człowiek jest punktem odniesienia dla całego kosmosu. Żadnemu Chińczykowi nic takiego do głowy nie przychodzi, bo jest wychowany na Konfucjuszu, na zupełnie innej filozofii. Chińczycy wiedzą, że są tu przejściowo, każdy z nich jest jednym z mrowiska. Czy oni są lepsi od nas albo my od nich? Nie podejmuję się tego roztrząsać. Choć wiem, że sztuka nigdy nas, Polaków, specjalnie nie interesowała, bo rzeczy najwyższego lotu są dla elit, a tych nie mieliśmy za wiele. Z drugiej strony wiem, że chłop z Bretanii jest tak samo głupi jak chłop z Galicji, więc niby dlaczego ma się interesować sztuką, szerzej – prawdziwą kulturą?

KULTURA SPOIWEM

Wspomniał pan o minionych elitach, a jakie mamy obecnie?
– Różne. Nie brakuje wśród nich zwyczajnych durniów z cenzusem, nawet z tytułami naukowymi. Ot choćby ci, którzy nagle zaczęli mówić, że istnieje naród śląski. To zawracanie głowy. Jaki naród? Kiedy z plemienia powstaje naród? Gdy tworzy własną kulturę, gdy jest ona jego spoiwem. Tylko dlatego, że jakaś grupa koślawo mówi po polsku, zaraz jest narodem. Gdy Ślązacy mówią gwarą, to mi się podoba, ale żeby ich mowę zaraz stawiać na piedestał? Jest na to chyba takie żydowskie słowo – hucpa. Mam szacunek do pana Kutza, ale nie rozumiem, dlaczego angażuje się w coś, co jest śmieszne. Kiedyś mówiono o narodzie góralskim…
Goralenvolk.
– Tak, Goralenvolk. W czasie okupacji przyjeżdżał do gubernatora Hansa Franka taki jeden i wywodził górali od germańskich plemion.
Ale znajdował popleczników wśród górali.
– A myśli pan, że na Śląsku nie ma takich popleczników, tylko szybko się okaże, że ten czy ów wcale nie jest Ślązakiem. Muszę zaznaczyć, że nie mam nic do zarzucenia Ślązakom. Przez rok pracowałem z nimi pod ziemią w kopalni, ale żeby mówić o nich jako o narodzie śląskim? Nie można podnosić do rangi sztandaru czegoś, co jest chrome, a to jest ostatnio u nas w modzie. To samo widzimy w sztuce. Skończyliśmy z „talentyzmem”. W związku z czym „jest u nas palma w Warszawie, na której przelotne siadają żurawie”. To jest chore, to dowód głupoty. Inaczej tego nie można nazwać. Jeżeli jakiś zapiewajło w czasie koncertu wystawił goły tyłek w stronę siedzącego na widowni premiera, to była demonstracja, a nie żaden występ artystyczny. Gdy Constantin Brâncus¸i wyrzeźbił ogromne jajo i wystawił w Szwecji, gdzie myślą, że żyją na głębokiej prowincji, to też była demonstracja artystyczna. Jeśli ktoś uważa, że to jajo jest dziełem sztuki, jest po prostu głupi. Demonstracja artystyczna może być pożyteczna. Każda demonstracja może być pożyteczna, o czym mogliśmy się przekonać chociażby w sprawie ACTA. Ale demonstrować to znaczy myśleć. A z tym u nas nie jest najlepiej i za dzieło sztuki bierzemy coś, co na to miano absolutnie nie zasługuje.
A z drugiej strony wykpiwa się dzieła z czasów socrealizmu. Pana on ominął, choćby z racji wieku. Czy tylko względy ideologiczne, dzisiejsza ocena PRL dokonywana w ramach tzw. polityki historycznej, powodują, że jest on prawie powszechnie niedoceniany, a nierzadko wręcz potępiany?
– Kiedy poszedłem do akademii, socrealizm jeszcze istniał, ale nie było już obowiązku tworzenia według niego. W USA miałem wykład o sztuce polskiej. Tematu socrealizmu nie dało się ominąć. Powiedziałem, że w naszej sztuce był taki okres, który określa się jako realizm socjalistyczny. Trwał on stosunkowo krótko, niektórzy dziś się wstydzą swojego udziału w nim, swoich dzieł z tamtych czasów. Niektórzy słusznie, a niektórzy niesłusznie. Socrealizm w Polsce nie był głęboki. Proszę zauważyć, że w Polsce nie było ani jednego pomnika Stalina. We wszystkich krajach demokracji ludowej stawiano je niemal masowo, a u nas nie. Owszem, był taki moment, że chciano, by wykonał go Xawery Dunikowski, ale tego nie zrobił, choć w tamtym okresie zrobił wspaniałe rzeźby w stylu socrealistycznym. Taka była wtedy moda, a i zapotrzebowanie władz.
Nie tylko w sztuce, w literaturze również.
– Oczywiście. Władysław Broniewski, którego cenię za jego biografię, sposób życia i poezję, w tamtym czasie napisał jeden z najlepszych swoich wierszy, który miał tylko jedną wadę. To był poemat „Słowo o Stalinie”, napisany na konkurs. Artyści lubią wygrywać, jak wszyscy ludzie, więc czy można się dziwić, że Broniewski do niego przystąpił? Wygrał, bo to był, więcej – nadal jest, świetnie napisany wiersz.
Ale wróćmy do sztuki.
– W sztuce mówi się o formie, choć trudno określić, co to takiego jest w plastyce czy muzyce. W języku rosyjskim słowo forma oznacza mundur. Mundur nie jest taki istotny, ważne jest natomiast, kto go nosi. W okresie socrealizmu namalowano zupełnie niezłe obrazy. Aleksander Kobzdej, malując słynny obraz „Podaj cegłę”, zaangażował wyobraźnię ludzi. Nie minęło parę lat, a okazał się awangardowym, nowoczesnym malarzem. Wojciech Fangor robił takie plakaty, że daj Boże zdrowie. Znam wielu ludzi, którzy byli w partii i działali – dlaczego teraz milczą o tamtych swoich dokonaniach? Nie tylko w sztuce. Przecież zawdzięczamy temu okresowi w sensie społecznym, edukacyjnym, zdrowotnym cholernie dużo. Prawie wszyscy mówią, że w PZPR byli przypadkowo albo żeby rozwalić ten system od środka, albo że musieli, co nie jest prawdą, bo ja nigdy nie byłem w żadnej partii i jakoś funkcjonowałem.
Nie brakuje również takich, którzy dziś Polskę Ludową nazywają okupacją sowiecką.
– Bezczelność powinna mieć swoje granice, a głupota powinna gdzieś natknąć się na ścianę, choć kiedy słyszę, że dawny członek Biura Politycznego KC mówi „za komuny”, to zaczynają mi przychodzić do głowy różne myśli o nim. Ma rację prof. Łagowski, twierdząc, że doszło już do takich idiotyzmów, że nawet niektórzy Żydzi głośno mówią o drugiej okupacji i wychodzi na to, że byłoby wszystko jedno, gdyby to Hitler wygrał wojnę. Gdy przyszli Rosjanie, a z nimi ci z Lublina, byłem zachwycony propozycjami, które zgłaszali. Ale kiedy widziałem, jakie są rozziewy między zapowiedziami a realizacją, zobaczyłem pryszcze na peerelowskiej twarzy, entuzjazm mi szybko przeszedł. Rozum jednak pozostał. Wielokrotnie jako student pokpiwałem sobie z Władysława Gomułki, który miał specyficzny sposób bycia, mówienia, ale dziś Gomułka przy wielu naszych decydentach to dalajlama.

ZŁOTE KRĄŻKI

Przed czym przestrzega pan swoich studentów?
– W zasadzie nie przestrzegam, tylko namawiam, by niczego nie przyjmowali na wiarę. Mówię im też, że mam nadzieję, że będą arystokracją w tym kraju. Nie mówię im, że mają być wrażliwi społecznie, bo widzę, że generalnie mają lewicowe poglądy. I nie chodzi im jedynie o cenzurę w sztuce czy o wolność artystycznej wypowiedzi. Przestrzegam ich natomiast tylko przed taniochą.
A przed komercją?
– Nie mam nic przeciw pieniądzom. Mogę ich mieć całą piwnicę, najlepiej, żeby były w złotych krążkach, bo wtedy szczury ich nie zjedzą. Ale pieniądze mają swoją cenę. Kiedy byłem w Ameryce, namalowałem portret prof. Eugeniusza Kusielewicza, prezydenta Fundacji Kościuszkowskiej. Jak Kusielewicz obraz oprawił i powiesił w siedzibie fundacji, z miejsca ustawiła się kolejka do portretowania. Malowałem jak na warunki amerykańskie bardzo tanio, bo brałem 500 dol. (w ówczesnej Polsce to była ogromne forsa). Amerykanie mówili mi: oni cię oszukują. Odpowiadałem: niech mnie tak oszukują, byle często. Te amerykańskie portrety nie wszystkie były dobre. I wiedząc o tym, pomyślałem sobie: Wiśniewski, spieprzaj stąd, bo jeszcze zostaniesz kiepskim portrecistą. Jeżeli niebo obdarzyło mnie jakąś zaletą, to właściwym stosunkiem do pieniędzy, które mogą zniewolić. Moim kolegom mówię: to nie są twoje pieniądze, ty ich tylko pilnujesz. Jak cię szlag trafi, twój syn zostawi ich połowę na przydrożnym drzewie, rozbijając trzylitrowe bmw.
Nie sądzę, by pana studenci nie chcieli mieć takich aut.
– Kiedyś zobaczyłem mojego studenta, który niósł obraz pod Bramę Floriańską. Gdy mnie zobaczył, uciekł do bramy. Potem zaczął mi tłumaczyć, dlaczego to robi: panie profesorze, jak sprzedałem tutaj dwa obrazy, to byłem z moją dziewczyną dwa tygodnie w Zakopanem. Ja mu na to: obrazy należy sprzedawać, ale jak pan się zachowa rozumnie, to za jeden obraz spędzi pan w Zakopanem dwa miesiące.
Tylko musi znaleźć na niego kupca.
– Jeśli ma się talent, to wcześniej czy później on się pojawi.
Czy pana i nie tylko pana studenci zostawią prace bliższe dziełom Matejkowskim, czy też pójdą w inną stronę, poszukają innych sposobów docierania do odbiorców?
– Dawniej społeczeństwo czekało na nowy obraz Matejki. To było wydarzenie, artystyczne i towarzyskie. Dziś na taki obraz nikt nie czeka.
A może czeka na nowy „Szał uniesień” Podkowińskiego?
– Też już nie, bardziej czeka na film. Toteż nic dziwnego, że Wajda, który zaczynał w akademii sztuk pięknych i tak wiele jej zawdzięcza, przeflancował się na kino. Ale już nawet na to się mało czeka, podobnie jak na książkę. Dlatego że ten głód nowości wypełnia taka zupka, miazga, którą codziennie się serwuje całemu społeczeństwu.
Ale niedługo to może być tylko zupka chińska, z torebki lub bez.
– Tego tak bardzo bym się nie bał. Choć znamienne jest, że Amerykanie nagle odwrócili głowy w stronę Azji.
Pan nie lubi słowa artysta, mówi o sobie: zawodowiec. Dlaczego?
– Bo to słowo się zdewaluowało. Teraz niemal każdy uznaje się za artystę. To pojęcie zrobiło się tak popularne, że właściwie już nie wiadomo, co znaczy. Tego, kim jest Doda, dowiedziałem się jakieś trzy miesiące temu. Zobaczyłem jej zdjęcie, pomyślałem, jak to się mówi na salonach, „ładna lala”. Jestem melomanem, więc posłuchałem, jak śpiewa. Śpiewa to dużo powiedziane. Takich niby-artystów mógłbym wymienić wielu. Są traktowani serio, wypowiadają się na różne tematy, polityczne, sportowe… A dlaczego oni się wypowiadają? Bo są znani z tego, że są znani.
Toż to klasyczna definicja celebryty.
– Często raczej kretyna, który co najwyżej jest popularny i nie rozumie, że wybitne rzeczy są dla elity i nie można się spodziewać, żeby prawdziwi artyści trafili pod strzechy.
Naprawdę nie chciałby pan, żeby sztuka pod nimi zagościła?
– Pewnie chciałbym, ale wiem, że to niemożliwe, przynajmniej do czasu, kiedy radykalnie nie podniesiemy przede wszystkim poziomu naszych szkół średnich. Na to jednak długo się nie zanosi.

Wydanie: 10/2012

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 5 listopada, 2012, 17:23

    Właśnie dzisiaj kupiłem obraz Pana Profesora, co oczywiście do niczego mnie nie upoważnia, ale pomyślałem sobie, że warto by poznać sylwetkę autora, coś się o Nim dowiedzieć. W konsekwencji Internet – Google – Przegląd i rozmowa z Panem Profesorem.
    Dziwna mieszanka wypowiedzi mądrych i mówiąc eufemistycznie: nieco mniej rozsądnych… I dla mnie clou wywiadu: „Bezczelność powinna mieć swoje granice, a głupota powinna gdzieś natknąć się na ścianę…” Jeżeli Polska, zdaniem szanownego Pana Profesora, nie była pod okupacją sowiecką,to pytam: czym w istocie była??? Może bardziej odpowiadałoby Panu Profesorowi określenie „moskiewskim protektoratem” lub „marionetką w rękach Kremla”? Proszę bardzo! Tak czy inaczej, pro memoria, polecam Panu Profesorowi krótką lekturę poniższych danych historycznych.

    Opierając się na niezwykle represyjnym prawie, w latach 1944–1956 orzeczono w Polsce ponad 8 tys. wyroków śmierci. Aż 5650 z tych wyroków zapadło przed sądami wojskowymi (wykonano połowę — 2810). Jak się ocenia, blisko połowa skazanych należała do polskiego podziemia niepodległościowego. Ponad milion osób przeszło przez stworzony według sowieckich wzorców „gułag”, liczący 171 obiektów więziennych (51 więzień centralnych, 85 więzień karno-śledczych, 2 zakłady dla młodocianych, 2 kolonie rolne i 39 ośrodków pracy więźniów), gdzie przytrzymywano m.in. 81 tys. skazanych za tzw. przestępstwa przeciwko państwu. Tylko w 1951 r. za kratami przebywało 110 tys. osób, w tym 14 tys. więźniów tzw. antypaństwowych. W 1953 r. liczby te wynosiły odpowiednio 162 tys. i 9 tys. Blisko 9 tys. patriotów polskich komuniści zabili w walce lub skrytobójczo zamordowali, a ich zwłoki pogrzebano w często nieznanych do dziś miejscach.

    Poznański Czerwiec (Czerwiec ’56) – pierwszy w PRL strajk generalny i demonstracje uliczne z końca czerwca 1956 w Poznaniu, krwawo stłumione przez wojsko i milicję. Strajk wybuchł rankiem 28 czerwca (w tzw. czarny czwartek) w Zakładach Przemysłu Metalowego H. Cegielski Poznań (w latach 1949-1956 noszących nazwę Zakłady im. Józefa Stalina Poznań – w skrócie ZISPO) i przerodził się w spontaniczny protest Wielkopolan przeciw totalitarnej władzy. Stłumiony przez liczące ponad 10 tys. żołnierzy oddziały LWP i Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego pod dowództwem wywodzącego się z Armii Czerwonej generała Stanisława Popławskiego. W 2006 r. dr Łukasz Jastrząb ogłosił zweryfikowaną listę 57 zabitych i zmarłych w wyniku odniesionych ran.

    Grudzień 1970 r. Bilans grudniowych represji przyniósł około 39 osób zabitych – 1 w Elblągu, 6 w Gdańsku, 16 w Szczecinie i 18 w Gdyni. Ranne zostały 1 164 osoby. Zatrzymano przeszło 3 tysiące osób. Były przypadki rozjeżdżania ludzi gąsienicami czołgów. W wyniku starć oraz wypadków zginęło też kilku funkcjonariuszy MO oraz żołnierzy LWP, a kilkudziesięciu zostało rannych.

    Radom 1976 r. W trakcie walk ulicznych zginęły 2 osoby: Jan Łabęcki i Tadeusz Ząbecki przygnieceni przez przyczepę ciągnika z betonowymi płytami, którą próbowali zepchnąć w kierunku nadciągających oddziałów ZOMO. Trzecią ofiarą śmiertelną związaną pośrednio z wydarzeniami był 27-letni Jan Brożyna, do którego śmierci 30 czerwca 1976 r. przyczyniło się pobicie przez milicjantów dzień wcześniej. Śmiertelną ofiarą represji po wydarzeniach radomskich, był również ks. Roman Kotlarz. Rannych w zamieszkach zostało 198 osób. Milicja i ZOMO zatrzymały 634 osoby a następnego dnia w trybie natychmiastowym zwolniono z pracy 939 osób. 25 osób osądzono jako prowodyrów wydarzeń. Osiem z nich skazano na kary od 8 do 10 lat więzienia, jedenaście otrzymało kary od 5 do 6 lat, a sześcioro – od 2 do 4 lat więzienia. Dodatkowo ok. 170 osób zostało skazanych przez kolegia do spraw wykroczeń.

    Ofiary stanu wojennego w Polsce 1981-1983 – do dzisiaj nieznana jest dokładna liczba śmiertelnych ofiar represji władz stanu wojennego wprowadzonego w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983. Utworzona przez sejm kontraktowy w 1989 Sejmowa Komisja Nadzwyczajna do Zbadania Działalności MSW, stwierdziła, że spośród 122 niewyjaśnionych przypadków zgonów działaczy opozycji aż 88 miało bezpośredni związek z działalnością funkcjonariuszy MSW.

    Część ofiar śmiertelnych wydarzeń stanu wojennego była skutkiem tłumienia przez jednostki LWP, MO, ZOMO, NOMO, ROMO, ORMO, funkcjonariuszy WSW i SB pokojowych demonstracji ulicznych ludności, sprzeciwiających się władzy WRON. W 9 przypadkach ofiary padły w wyniku krwawego stłumienia strajku w kopalni, w jednym przypadku po złamaniu strajku na uczelni wyższej. Znaczna ich część były to jednak ofiary intencjonalnego działania władz przeciwko określonym działaczom opozycji. Wszystkie one z definicji spełniają znamiona ofiar zbrodni komunistycznej.

    W latach 1984 – 1989 w wyniku bezpośrednich działań aparatu przymusu (milicji , ZOMO) śmierć poniosło około 37 osób ( w tym ks. Jerzy Popiełuszko ).

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. studenci malarstwa
    studenci malarstwa 11 stycznia, 2013, 01:44

    Profesor Stanisław Wiśniewski wspaniale uczy malarstwa.
    Dziękujemy za błyskotliwe korekty, zawsze konstruktywną krytykę i za umiejętność dostrzeżenia w każdym czegoś wartościowego.
    Dziękujemy!
    Studenci malarstwa

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. gzda110
    gzda110 21 stycznia, 2013, 23:00

    Jeden lub dwa przykłądy.
    Odział Burego.w 29 i 31 stycznia oraz 2 lutego 1946 roku, na terenie ówczesnego powiatu Bielsk
    Podlaski dokonał pacyfikacji- spalone zostały wsie Zanie, Zaleszany, Końcowizna, Szpaki i Wólka
    Wygonowska, zamieszkane przez ludność białoruską wyznającą prawosławie. Według
    szacunków społecznego komitetu rodzin ofiar, zginęły 82 osoby, w tym 30 furmanów
    wykorzystywanych przez oddział do przemieszczania się po okolicy, a potem
    rozstrzelanych. IPN, który prowadził śledztwo dotyczące pacyfikacji przyjmuje,
    że ofiar było 79. W 2006 roku IPN umorzył Sledztwo .

    Sam „Bury” został po wojnie skazany na śmierć i rozstrzelany (w latach 90.
    ubiegłego wieku go zrehabilitowano, rodziny dostały odszkodowanie przeciwko czemu protestują rodziny zamordowanych w pacyfikacjach – PAP).

    Gdy Instytut umarzał śledztwo w sprawie pacyfikacji, informowano, iż w
    materiałach archiwalnych nie znaleziono potwierdzenia, iż zastrzeleni furmani
    byli agentami UB lub że zabici mieszkańcy pacyfikowanych wsi byli działaczami
    komunistycznymi. Nie było też żadnych zweryfikowanych danych, że oddział
    „Burego” został ostrzelany w którejś z tych wsi, co mogłoby być pretekstem do
    odwetu.
    Mordowano z zimna krwia -rolnikow gedetów zolnierzy kobiety dzieci.Palono ich w domach.
    Jak miala zachowywac sie sluzba-to nie XXI w.Nie popieram bgutalizacji ale.
    Dokładnie znane są straty zbrojnych organów władzy ludowej (4018 milicjantów, 1615 funkcjonariuszy UB, 3729 żołnierzy WP, KBW i WOP, 495 członków ORMO – razem 9857 osób). Jak obliczył Tadeusz Kosowski, wśród ofiar podziemia zbrojnego było
    też 5043 bezbronnych cywilów, w tym 2655 rolników i 691 gospodyń domowych oraz 187 dzieci do lat 14. Ocenia się, że po stronie „wyklętych” zginęły 7672 osoby. Zginęło też 1980 wojskowych radzieckich. Łącznie zginęło

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy