Dość powieści z happy endem

Dość powieści z happy endem

Chciałem pokazać, jak bardzo bieda jest marginalizowana, spychana, niezauważana


Łukasz Barys – ur. 1997, autor książki „Kości, które nosisz w kieszeni”, laureat Paszportu „Polityki” w kategorii literatura


Jesteś najmłodszym po Dorocie Masłowskiej laureatem Paszportu „Polityki” w dziedzinie literatury, twoja debiutancka powieść zbiera rewelacyjne recenzje. Spodziewałeś się takiego sukcesu?
– Oczywiście miałem nadzieję, że otrzymam nagrodę, ale, szczerze mówiąc, spodziewałem się, że trafi ona albo do Grzegorza Uzdańskiego, albo do Elżbiety Łapczyńskiej, autorów starszych i z większym dorobkiem. Byłem zaskoczony nie tylko ze względu na swój wiek, ale także dlatego, że moja książka to powieść eksperymentalna i śmiała pod względem formy i treści, nie zawsze łatwa w odbiorze. Od razu pojawiły się porównania do Doroty Masłowskiej, nie tylko z powodu wieku, w którym debiutuję, ale również za sprawą charakteru mojej prozy. Takie porównanie to wyróżnienie, ale i wysoko zawieszona poprzeczka.

To jest z czego się cieszyć!
– Tak, ale muszę też przyznać, że z powodu nagrody jestem nieźle zestresowany, czuję presję, bo wiem, że teraz „Kości…” będą czytane nie tylko przez miłośników literatury niszowej, ale również szerzej. Moja książka wchodzi do mainstreamu, choć z założenia nie jest mainstreamowa. Liczyłem, że przeczyta ją około tysiąca osób, a jest już trzeci dodruk.

(W tym momencie dzwoni rekruterka z banku zapraszająca Łukasza na rozmowę kwalifikacyjną).

Słyszę, że wybierasz się do pracy. Myślałem, że po tym wyróżnieniu skupisz się na pisaniu?
– Mam presję, żeby zająć się czymś poważnym (śmiech). CV zacząłem rozsyłać jeszcze przed nagrodą i nie wiem, jak pogodzę staż ze spotkaniami autorskimi. Nie chcę traktować pisania jako głównego zajęcia, wiem, że trudno na tym zarobić, a nie chcę pisać książek na siłę. Trudno mi wymienić jakiegoś autora, który pisze ambitne powieści i z tego żyje na przyzwoitym poziomie. Paszport „Polityki” może dawać złudne poczucie sukcesu – bo wiesz, mówi się, że tę książkę czytają teraz wszyscy, ale ci wszyscy to raptem kilka tysięcy osób, w Polsce bardzo mało się czyta. To z kolei sprawia, że duże wydawnictwa wolą nie ryzykować i nie wydają debiutantów, ale na szczęście są takie oficyny jak Cyranka, która bierze pod swoje skrzydła początkujących twórców i, jak widać, to ryzyko się opłaca.

Mimo wszystko zgadzamy się, że pisanie raczej nie jest sposobem na wzbogacenie się.
– „Kości…” pisałem dla siebie, trochę w trakcie zajęć online, trochę po zajęciach, bez jakiegoś przymusu. Nie wiem, czy potrafię się zmusić, aby codziennie usiąść i pisać. Jeśli wpadnie mi coś do głowy, to piszę. Poza tym miałem z moją książką sporo szczęścia, została zauważona, kilkoro dziennikarzy dobrze o niej napisało. Nie wiem, jak będzie z kolejną. Może ja będę z niej zadowolony, ale nie przypadnie do gustu krytykom albo czytelnikom? Po Paszportach dostałem wiele pytań o następną książkę, więc już czuję, że poprzeczka jest naprawdę wysoko. Chciałbym żyć z pisania, ale musiałbym pisać jakieś felietony, może eseje.

Nie myślałeś o pracy na uczelni, o zajęciu się literaturą naukowo?
– W zeszłym roku obroniłem pracę magisterską na polonistyce – dodam tylko, że tytułem pracy była przyroda w twórczości Justyny Bargielskiej – i moja promotorka namawiała mnie na zostanie na uczelni i doktorat. Jeszcze o tym myślę, bo naprawdę lubię interpretować wiersze, pisać o polskich autorach, z drugiej strony nie wiem, czy faktycznie do tego się nadaję. W prozie mam pełną wolność, a w artykułach naukowych przestrzega się pewnych odgórnie narzuconych zasad, wymagań. To oczywiście nie jest zarzut, trudno wyobrazić sobie uprawianie nauki bez jakichś ram. Po prostu sądzę, że jestem lepszym pisarzem niż naukowcem.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „miałeś wielki kompleks bycia humanistą”, w liceum zaś bałeś się, że jako humanista skończysz w McDonald’s. Skąd taki brak wiary?
– Teraz już nie myślę, że praca w McDonald’s jest czymś gorszym, każda praca jest ważna i powinna być odpowiednio wynagradzana. Mam poczucie, że w świecie komputerów, algorytmów humaniści i słowo pisane są na samym końcu, muszą się dostosować, grać na zasadach, które są im narzucone, przyjąć warunki oferowane przez system. Tak to wygląda niestety. Nie mam już kompleksu bycia humanistą, ale w liceum uczyłem się w klasie matematyczno-fizycznej i nie miałem wówczas odwagi mówić o swoich zainteresowaniach, nawet gdy wygrywałem jakieś konkursy literackie, nie chwaliłem się tym, po prostu się wstydziłem.

„Kości…” to opowieść o kobietach, mężczyźni występują tutaj jedynie w tle. To rzadki przypadek,
by autor mężczyzna tak wiele miejsca w powieści poświęcił kobietom. O dziewczynkach w małym mieście, na prowincji, pisały dotąd głównie kobiety, np. Wioletta Grzegorzewska w „Gugułach” czy Anna Cieplak w „Latach powyżej zera”.

Skąd ten zabieg?
– Zawsze wydawało mi się, że dziewczyny mają gorzej, szczególnie w małych miastach i na wsi. Facet, nawet jeśli nie ma talentu ani wykształcenia, może się zatrudnić jako pomoc na budowie i jakoś sobie radzi. Kobiety skazane są na najgorsze, najgorzej płatne zajęcia albo na zależność ekonomiczną od męża. Wydawało mi się, że moja bohaterka Ula, dorastająca dziewczyna, będzie miała dużo trudniej niż chłopak w jej wieku. Analizowałem sobie historie moich kuzynek i młodszych znajomych dziewczyn, zawsze poczucie smutku było u nich większe. Poza tym Ulę można utożsamić z innymi bohaterkami książki, wykorzystywanymi włókniarkami, brzydką księżniczką Pabianką.

A czy nie jest tak, że pisząc historię chłopaka, siłą rzeczy piszesz o sobie?
– Faktycznie tak mogło być. Jeszcze gdy pisałem pierwszą wersję książki i bohaterem był chłopak, zauważyłem, że buduję postacie matki czy babci na podstawie obrazów własnej rodziny. Nie chciałem, by ktoś znajomy czy z rodziny w trakcie lektury utożsamiał bohatera ze mną, choć oczywiście w Uli jest trochę moich cech, patrzy na świat tak jak ja, a niektóre historie, które ją spotykają, zdarzyły się mnie. Na przykład wspólna jest historia nutrii – zarówno dziadek książkowej Uli, jak i mój hodowali nutrie na futro i mięso.

Bardzo ważnym tematem twojej powieści jest bieda. Ula i jej bliscy należą do grona rodzin wykluczonych – raz, że niepełnych, dwa, że biednych. Nawet jeśli Ula ma jakieś talenty i potrzeby, raczej nie będzie miała szans przedstawić ich światu, podobnie jak uczuć i emocji.
– Chciałem pokazać, jak bardzo bieda jest marginalizowana, spychana, niezauważana. Ula jest przezroczysta, koledzy i koleżanki w szkole jej nie zauważają, a jeśli już, to tylko po to, by wyśmiewać jej biedę. Ula oczywiście chciałaby być inna, chciałaby się zmienić, przebrać, ale nie ma nawet ubrania na sylwestra, więc w końcu nie idzie na imprezę. Słyszy w telewizji, że bieda równa się patologii, i sama w to wierzy – że jest patologią.

A patola nie interesuje się literaturą ani sztuką.
– Taki jest stereotyp i chcę go przełamać, choć trochę. Uważam, że literatura najbardziej do takich ćwiczeń z wyobraźni się nadaje. Ula czyta książki, stara Wacia bardzo chce poznać historię Dory Diamant i Franza Kafki. Nie chciałem wprowadzać jakiejś specjalnej stylizacji językowej, dlatego Ula mówi normalnie. Co ciekawe, niektórzy zarzucali mi, że jak to, Ula jest z takich nizin społecznych i mówi takim językiem literackim, używa metafor. Nie wiem, skąd w ludziach przeświadczenie, że wiedzą lepiej, jak inna osoba widzi świat i co czuje, jakim językiem „powinna” mówić.

Bohaterem są też Pabianice. Czy tworząc tę książkę, oprowadzałeś czytelników po swoich Pabianicach, po miejscach, które lubisz, które są dla ciebie ważne?
– Sądziłem, że nikt nie będzie patrzył na tę książkę przez pryzmat Pabianic. Miały być tłem dla wydarzeń i bohaterki i dziwiło mnie, że miasto w powieści było tak analizowane. Niektórzy zarzucali mi, że przedstawiłem Pabianice jako brzydkie miejsce, ale tak to wygląda w rzeczywistości. Jedziesz autobusem, wysiadasz pod pawilonem Trzy Korony, tam obok są budy z jedzeniem, park, odrapane stare miasto, dawna manufaktura, zamek. Sami mieszkańcy Pabianic w większości przyznają, że ich miasto nie jest ładne ani dobrze zarządzane. Tylko trzeba też pamiętać, że Pabianice wyglądają jak wiele innych podobnych średnich i małych miast w Polsce. Zaniedbane centrum z mieszkaniami komunalnymi i kilka ładnych nowoczesnych bloków.

Każdy rozdział to osobna opowieść, w której biorą udział pabianickie postacie, takie jak Tereska z filmu „Cześć, Tereska”. To bardzo ciekawy wątek.
– Wszystkie postacie mają jakieś odbicie w głównej bohaterce. Ula jest w pewien sposób także Olą, aktorką amatorką z filmu „Cześć, Tereska”. Po roli w głośnym filmie dziewczyna miała szansę wyrwać się z Pabianic, z biedy, miała zaproszenie do Hollywood, gdzie mogła poznać reżyserów, aktorów, ale wybrała dotychczasowe życie. Historia Oli to opowieść o tym, jak nasze pochodzenie wpływa na nas, jak nas determinuje.

Oli się nie udało, po sukcesie filmu dosięgła dna. Nie udaje się też Uli. Książka nie kończy się happy endem, nie ma wielkiej przemiany, morału.
– Mnóstwo jest opowieści o jednostce, która się wyrwała, zmieniła, ale ja napisałem o osobie, która się nie wyrwała, nie miała wielkiego talentu czy szczęścia. Ula jest przeciętna, bywa pyskata, czasem ucieknie na łąkę, by poczytać „Kamienie na szaniec”, ale ostatecznie zostaje w miejscu, w którym jest.

Miałem już dość tych opowieści, które kończą się happy endem, tym, że główny bohater przełamuje swój los i osiąga sukces. Mam wrażenie, że humaniści bardzo często mocniej odczuwają kompleksy klasowe, a one mają na ich życie dużo większy wpływ. W przypadku zawodów technicznych to, skąd pochodzisz, nie ma takiego znaczenia, ale dla humanistów ważne jest to, co wynieśli z domu. Na ich karierę i rozwój duży wpływ ma to, jak się zachowują, jakimi kodami kulturowymi się posługują. Bardzo ciekawie pokazał to Didier Eribon w eseju „Powrót do Reims” – jego sukces okazał się połowiczny. Wyrwał się z robotniczej rodziny, ale nie udało mu się zostać zawodowym filozofem, nie zdobył profesury.

Tytułowe kości to ważny artefakt, pojawiają się na początku i na końcu, gotuje się na nich zupę i wkłada się je pod poduszkę, są refrenem całej opowieści.
– Jako pierwszy napisałem rozdział o cmentarzu. Potem przypomniała mi się historia, gdy jako dziecko znalazłem w ogrodzie kości i dziadek powiedział mi, że to kości nutrii, które kiedyś hodował. Znajdowałem potem wiele kości tych zwierząt, choć nigdy nie widziałem żywej nutrii. I tak jakoś te kości wplotłem w powieść. Niekiedy pojawiają się nieco nieświadomie, czasami są sygnałem śmierci, a najczęściej symbolizują przeszłość, która dosięga Uli i jej towarzyszy.

 

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 6/2022

Kategorie: Kultura, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy