Miliony utopione w kładce

Miliony utopione w kładce

Krajanie ministra Widzyka na usuwanie skutków powodzi dostali 3,6 mln zł, siedem razy tyle, ile wyniosły rzeczywiste straty. Nie wiadomo, gdzie się podziały te pieniądze

Afera zaczęła się od mostku łączącego Przyborów z przysiółkiem Moczarki-Głuchaczki. W zasadzie są to dwa mostki – jeden, już na wpół rozebrany, wzniesiony rękami wójta gminy Koszarawa i drugi, dzieło ekipy wójta gminy Jeleśnia. Oba stoją nad rzeczką, niewinną latem, a groźną wiosną i jesienią, gdy wody przybywa. Wtedy nieuregulowany potok potrafi podejść aż pod szkołę i kościół. Tak było w czasie wielkiej powodzi w 1997 roku.
Drewniany most wójta gminy Jeleśnia sprawia wrażenie solidnego. Jak informuje wykonawca, koszty robocizny wyniosły ok. 11 tysięcy złotych, do tego trzeba doliczyć 16 metrów sześciennych drewna. Kładka, bo nie można tego nazwać mostkiem, wykonana domowym sposobem przez wójta Koszarawy, ma za podstawę betonowe kręgi, używane do studni.
– Na to wójt nałożył szynę – opowiada mi mieszkaniec przysiółka. – Z jednej strony zabrakło, więc kazał robotnikom dosztukować drewnem. Strach było przejeżdżać. Raz zsunął się samochód i wyciągaliśmy go koparką.
– Gdy zabrakło podkładu, Puda własnoręcznie wyrwał słupek z drogi i zastosował go jako wypełnienie – śmieje się inny chłop.
Dlaczego wójt Koszarawy własnymi rękami próbował zbudować most, skoro wieś na usuwanie skutków powodzi otrzymała 3,6 mln zł?
Mimo że radni zadali takie pytanie na sesji jeszcze w roku 1999, nie otrzymali odpowiedzi. We wsi mówią, że rządowe pieniądze musiał chyba zagarnąć wójt, bo w przeciwnym wypadku nie tworzyłby tej karykaturalnej inwestycji, zadając sobie trud wylewania betonu do kręgów studziennych, którymi chciał podeprzeć kładkę. Zabrał się za robotę, aby wystawić stosowny rachunek. Ale czy to zbilansowałoby 3,6 mln złotych?
Na ewentualną malwersację nie ma dowodów. Puda powiada, że zbudował most, bo chciał przed zimą ulżyć mieszkańcom. Na wiosnę ruszyłby z inwestycją z prawdziwego zdarzenia. – Mostek zniszczyli sami mieszkańcy, ciągając po nim drewno – tłumaczy wójt. – Sprawa została rozdmuchana w prasie i inspektor budowlany kazał most rozebrać, więc postąpiłem zgodnie z jego decyzją.

Tylko dla swoich

Beskidzka wieś Przyborów od 1974 roku należała do gminy Koszarawa. Z punktu widzenia mieszkańców było to zmarnowane ćwierćwiecze. Przyborów jest większy obszarem, liczy 1830 mieszkańców. Koszarawa – mniejsza, ale bardziej zaludniona, ma ok. 2500 dusz. Wójt Władysław Puda, były wojskowy, rządził tu od kilkunastu lat. I, jak twierdzą przyborowianie, dbał wyłącznie o interesy rodzinnej Koszarawy. – Nie mamy własnego punktu medycznego ani poczty – mówi sołtys Przyborowa, Jan Jodłowiec.
– Od czasu, gdy połączono nas z Koszarawą, wszystko, co działo się w naszej wsi, robiliśmy czynem społecznym, nawet chodniki. Nie było planów zagospodarowania przestrzennego, wszelkie inwestycje, budowy, handel gruntami okazały się nielegalne.
Sołtys nie chce dłużej mówić zza biurka. Prowadzi mnie na wieś. Stajemy przed starą remizą. Mieszkańcy zbudowali nową, więc w budynku chcieli umieścić pocztę. Wójt Puda się nie zgodził.
W tym miejscu jest też przystanek autobusowy. W dawnych czasach autobus kursował osiem razy dziennie, teraz tylko raz. – W latach 70. była tu szkoła dla młodszych klas – informuje sołtys – po połączeniu wsi zlikwidowano ją, a budynki zniszczały. Teraz chałupa jest jakby poczekalnią dla dzieci z tamtych domów (pokazuje ręką na odległe o 2-3 km osiedle na zboczu góry), które trzeba zawieźć do szkoły gminnej. Około 20 uczniów czekając na samochód, bawi się w tych ruderach. W każdej chwili może się tu zawalić dach. Ale Puda na skargi rodziców miał jedną odpowiedź: – Nie podoba się, niech czekają na dworze.

Nieprawdziwe
oświadczenia

Powódź tysiąclecia dotknęła mieszkańców obu wsi, bardziej dotkliwie położony niżej Przyborów. Niektórzy rolnicy stracili plony, ale najbardziej ucierpiały drogi i mosty. Radni szacują, że straty sięgały ok. 500 tys. zł. Tymczasem gmina dostała na skutki zwalczania powodzi ponad siedem razy tyle – ponad 3,6 miliona złotych! Radni z Przyborowa twierdzą, że dokumenty dotyczące wykorzystania takiej sumy pieniędzy sfałszowano, a prawdziwe szkody wyrządzone przez powódź nie zostały usunięte. Wielokrotnie prosili wójta i przewodniczącego Rady Gminnej o wykaz, jak zostały zagospodarowane tak olbrzymie środki przyznane tak małej gminie. W końcu, napisali do wojewody śląskiego: “Wiemy z całą pewnością, że w roku 1997 Pan Wójt Władysław Puda składał władzom zwierzchnim nieprawdziwe oświadczenia na temat szkód powodziowych, przez co podstępnie wyłudził poważne środki finansowe… Kilkakrotnie składaliśmy na sesjach Rady Gminy interpelacje, na które nie udzielono nam konkretnych odpowiedzi. Na ostatnią otrzymaliśmy wymijającą odpowiedź dopiero po upływie miesiąca i 20 dni”.
Wojewoda skierował sprawę do prokuratury w Bielsku-Białej. Wśród dowodów przedstawionych przez radnych Przyborowa jest pisemne oświadczenie dyrektora szkoły nr 1 Tadeusza Brańca (notabene radnego Koszarawy), że nie dostał ani złotówki na remont szkoły po powodzi, natomiast w wykazie wydatków istnieje taka pozycja.
– Podobnie jest z innymi szkodami – twierdzą radni Przyborowa – nie został naprawiony ani jeden most, ani kawałek drogi, nie wyregulowano brzegów kapryśnej rzeki. Z pieniędzy, które otrzymała gmina, na rzeczywiste szkody wydano może 20%. A gdzie podziała się reszta?
Od prawie dwóch lat sprawę bada prokuratura w Bielsku-Białej, której rzecznik Marek Mleczek przed dziennikarzem nabiera wody w usta, tłumacząc, że jeszcze za wcześnie na ocenę i podsumowania. Prokurator Borgieł mówi mi tylko tyle, że sprawa bardzo się rozszerzyła i dotyczy całej Żywiecczyzny. Trwa weryfikacja raportów poszczególnych gmin. W teren wyszło kilka zespołów biegłych, aby na miejscu ocenić spożytkowanie pieniędzy przeznaczonych na usuwanie skutków powodzi. Już w tej chwili jest kilkadziesiąt tomów akt. Do Przyborowa żadna komisja jeszcze nie dotarła, mimo, że byli drugą (po Świnnej) wioską, która zwróciła uwagę na nieprawidłowości.
– Zwróciliśmy się też z zaproszeniem do pana Widzyka, aby osobiście zobaczył, co zrobiono z rządowymi pieniędzmi – mówi sołtys. Zaproszenie wysłano w maju 1999 roku. Do tej pory nie nadeszła żadna odpowiedź.
Tymczasem Jerzy Widzyk nie raz od tamtej pory gościł prywatnie w Koszarawie. – Przyjeżdża do leśnego ośrodka, tzw. Tajchu, i odpoczywa tam w towarzystwie wójta Pudy i radnych z Koszarawy – twierdzą przyborowscy radni. – Żeby prominentów nie wytrzęsło po drodze, z pieniędzy na zwalczanie skutków powodzi wybudowano tam asfaltową drogę.
Przyborowscy radni twierdzą też, że większość robót remontowych w gminach żywieckich wykonywały firmy związane z żoną pana Bugaja, który był przedstawicielem ministra ds. usuwania skutków powodzi w Krakowie.

Oceni mnie Pan Bóg

Od wielu lat trwały próby rozłączenia skłóconych wsi. Po aferze z pieniędzmi na powódź przyborowianie ostatecznie postawili na swoim i na początku tego roku przeszli pod gminę Jeleśnia. Powstały więc dwie sąsiadujące gminy – 9-wioskowa Jeleśnia i kadłubowa, 1-wioskowa Koszarawa. Gmina Jeleśnia również dostała fundusze na usuwanie skutków powodzi.
– Łącznie otrzymaliśmy 1,7 miliona złotych – informuje wójt Władysław Mizia – ale wystąpiliśmy o dalsze środki, bo do remontu pozostał nam most i drogi. Gdybyśmy dostali wcześniej tyle, ile potrzeba, remont mostu kosztowałby ok. 200 tysięcy złotych, teraz będzie kosztował cztery razy tyle.
Władysław Puda całą sytuację skwitował krótko: – Decyzji o odłączeniu Przyborowa nie chcę komentować, bo wydały ją najwyższe władze. Jeśli chodzi o moją osobę, to uważam, że od oceniania jest Bóg.
Kiedy pytałam wójta Pudę o wielkość środków, przyznanych na usuwanie skutków powodzi oraz wykaz, na co je wydano, albo nie pamiętał sum, albo był nieuchwytny, albo nieprzygotowany do rozmowy.


Minister się przygląda
W związku z koniecznością usuwania skutków powodzi tysiąclecia, Rada Ministrów przewidywała wzrost zadłużenia zagranicznego Polski o 300 milionów dolarów, a krajowego o 2,5 miliarda złotych. Stworzono Narodowy Program Odbudowy i Modernizacji. Zastanawiano się nawet nad wprowadzeniem specjalnego, tymczasowego podatku, poprzestano jednak na podniesieniu akcyzy. W wywiadzie dla “Dziennika Zachodniego” z 2 kwietnia 1998 roku, minister Jerzy Widzyk, pełnomocnik rządu ds. usuwania skutków powodzi, mówił: “Nie martwię się o pieniądze, ale o to, czy samorządy potrafią sprostać procedurze dokumentacyjnej potrzebnej do uruchomienia linii kredytowych. Podpisaliśmy umowę z Bankiem Światowym, a tych pieniędzy nie można wydać ot tak, ale zgodnie z regułami Banku. Minął czas fajerwerków, a nadszedł okres solidnej roboty. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy gmina nie wyda zgodnie z przeznaczeniem pieniędzy, o które wystąpiła. Skrzętnie przyglądam się poczynaniom gmin”.

Wydanie: 12/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy