Miłość bliźniego i policzek

Miłość bliźniego i policzek

Na skroś mitów naszych

Powiada Nowy Testament: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą. (…) Jeśli cię kto uderzy w [jeden] policzek, nadstaw mu i drugi! Jeśli weźmie ci płaszcz, nie broń mu i szaty!” (Łk 6,27-29). Bardzo łatwo krytykować to zalecenie, zestawiając je z faktami jawnego jego naruszania przez chrześcijan, także dostojników Kościoła rzymskokatolickiego, którzy potrafią wypowiadać się tak oto (cytaty za kwartalnikiem „Bez dogmatu”): „Szatan przemawia poprzez wpływowe gremia radykalnych ateistów, czyli tzw. wolną prasę”; „przeciw religii rozlegają się jazgotliwe protesty maleńkich grupek ludzi spod znaku nieprzyjaciół Krzyża i Ewangelii. (…) Dla mnie są echem odwiecznego głosu zbuntowanego przeciw Bogu szatana”; „Niech cień Twego krzyża rozjaśni ich [ochrzczonych Polaków] umysły, by zrozumieli, że nie da się pogodzić krzyża z ludźmi (…), którzy nie potrafią zgiąć kolana przed znakiem zbawienia”; „Polska będzie albo katolicka, albo nie będzie jej wcale”.
Trudniejsze niż tego rodzaju krytyka jest uprzytomnienie sobie rzeczywistej odkrywczości etyki Jezusa z Nazaretu. Przypuszczam, iż sens istotny – do dziś dla wszystkich nas ważki – przytoczonego na wstępie zalecenia jest następujący.

Mam obowiązek życzliwości

wobec innego, także człowieka wartościującego inaczej, a nawet nieprzyjaciela swego, najpierw dlatego, iż nigdy nie mogę być całkowicie pewny, że mój sposób oceny jest jakoś „moralnie lepszy” niż ten, jakim on się powoduje. Nikt wszak nie wie z całkowitą pewnością, co jest dobre, a co złe. Nikt nie może więc nikogo odsądzać od czci i wiary w materiach moralnych. Muszę życzliwie podejść do bliźniego swego, najpierw dlatego że nie mogę być pewien, iż mnie jawi się dobro, a jemu nie. Ale nawet jeśli w przypadkach oczywistych jestem w pełni przekonany, iż sposób oceny przez bliźniego jest naganny, a mój – słuszny, nawet wtedy muszę go traktować życzliwie. Sposób oceny właściwy każdemu człowiekowi jest wszak wynikiem jego drogi życiowej i nabytych na niej doświadczeń, o czym my mamy pojęcie niewielkie lub zgoła żadne. I po prostu nie wiemy, jak sami byśmy zdecydowali, będąc w jego położeniu. Bardzo łatwo potępiać bliźniego za „naruszenie piątego przykazania”. Ale jeśli sprawa dotyczy np. kradzieży pożywienia dla rodziny? Jak zachowałby się wyniosły moralista, gdyby mimo starań sam przez długie lata nie mógł zdobyć pracy? Nakaz życzliwości dla bliźniego zobowiązuje więc do zdobycia należytej wiedzy o ocenianej osobie.

Nakaz życzliwości zakłada

też pewne zachowania. Mamy mianowicie obowiązek ujawniania tej postawy współrozumienia ocenianemu. Mamy wreszcie – jeśli rzecz dobrze pojmuję – obowiązek współrozumieć bliźniego nie tylko w cztery oczy, ale również zamanifestować tę skłonność do zrozumienia jego czynu wobec otoczenia społecznego. Były wieloletni więzień polityczny PRL, który potrafił, wchodząc na salę sądową, podejść do oskarżonego gen. Kiszczaka (jak pamiętamy, jednego z architektów Okrągłego Stołu) i uścisnąć mu dłoń na powitanie, taką właśnie postawę ujawnił.
Norma „miłuj bliźniego swego” znaczyłaby więc w tej interpretacji tyle: winniśmy żywić życzliwość wobec bliźnich oraz życzliwość tę im, a także publicznie, okazywać.
A co z zaleceniem „nadstawiania drugiego policzka”? Sądzę, że tu Jezus z Nazaretu po prostu przesadził, zjawisko to dość pospolite u wszystkich wielkich odkrywców. Co daje się z tego zalecenia utrzymać, rozumiem – może mylnie, rzecz do dyskusji – następująco. Mamy obowiązek z góry założyć dobrą wiarę w stosunku do każdego człowieka. Ale jeśli się przekonamy o jego stałej wrogości wobec nas, mamy prawo się bronić. Bronić, czyli wyrządzać mu zło, ale z zachowaniem postawy życzliwości; żywienia postawy nienawiści etyka Jezusa z Nazaretu zakazuje nam zawsze. Tak więc mamy obowiązek „nadstawić policzek” raz czy dwa. Ale przecież nie zawsze! Ustępując zawsze, ośmielalibyśmy jeno ludzi wrogo do nas usposobionych do ponawiania aktów agresji. A także demoralizowalibyśmy ludzi skądinąd skłonnych do dobroci – pokazując, że życzliwość dla bliźniego nie ma sensu, bo właśnie przyczynia się do zła.
Pomijając tego rodzaju „przeszarżowania”, trzeba stwierdzić, że etyka Nowego Testamentu jest rzeczywiście piękną etyką. O ileż ludzie byliby lepsi, gdyby ją na co dzień realizowali… Jak mają jednak realizować, skoro ich kościelni przełożeni wypowiadają się tak, jak to wyżej cytowano? Dodam, iż cytaty te nie są dobrane złośliwie. Przeciwnie – są to wszystko wypowiedzi

co najmniej biskupów

polskiego Kościoła katolickiego; sięgając niżej, można by znaleźć jeszcze gorsze rzeczy. Cytaty te nie są też „wyrwane z kontekstu”. Cokolwiek bowiem pierwszy z biskupów powiedział poza tym w cytowanym kazaniu, to faktem lingwistycznym pozostaje, że w tym jednym zdaniu wyraził swą nienawiść do mikroskopijnej mniejszości ludzi żyjących twarzą w twarz z 95-procentową większością katolików, a przecież mających odwagę pozostawać – od szkoły do hospicjum – sobą. I każdy, kto czyta ze zrozumieniem po polsku, jasno to widzi. Kto przeczy temu, że zdanie to wyraża nienawiść do ateistów, albo nie zna dostatecznie dobrze polskiej mowy, albo jest moralnym krętaczem.
Nie sądzę jednak, by w owych wypowiedziach biskupów przejawiał się jakiś „głos szatański”. W wypowiedziach tych przejawia się czynnik zupełnie ziemski, zgoła pospolity w każdej instytucji światopoglądowej – żądza monopolu na rząd dusz. Na jej ołtarzu składa się – nie pierwszy raz w dziejach Kościoła – wielką etykę Jezusa z Nazaretu.

Autor jest filozofem, profesorem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

 

Wydanie: 13/2004

Kategorie: Opinie
Tagi: Leszek Nowak

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy