Misja wśród swoich

Misja wśród swoich

Znajomość języka polskiego nie może być wykładnikiem polskości

Rozmowa z ks. Andrzejem Węgrzynem
Ks. Andrzej Węgrzyn jest kapelanem Polaków w Urugwaju, sekretarzem Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej.

– Czy ksiądz jest misjonarzem?
– To zależy w jakim rozumieniu. Takim typowym misjonarzem sensu stricte, kiedy duchowny jedzie w region, w którym religia katolicka jeszcze nie istnieje, głosi ją po raz pierwszy i organizuje życie kościelne, to na pewno nie jestem. Natomiast często za misjonarzy uważa się również wszystkich tych księży i zakonników, którzy pracują poza granicami swego kraju. Ja już od kilkunastu lat pracuję w Ameryce Łacińskiej, tam nauczyłem się języków hiszpańskiego i portugalskiego, i żyję w oddaleniu od swojego kraju. W tym sensie jestem misjonarzem.

– Ale to nie jest praca szczególnie ciężka czy niebezpieczna?
– Nie, bo przebywam w środowiskach cywilizowanych, a nie wśród jakichś dzikich, ludożerców itp. Urugwaj, Argentyna, pewne rejony Brazylii pod względem rozwoju społecznego przypominają Europę, choć oczywiście ludzie mają tam inne zwyczaje, tradycje, mentalność. To może sprawiać trudności, zwłaszcza na początku. Mnie trudno było zrozumieć mentalność ludzi w Brazylii, gdzie byłem od 1984 roku. Po kilku latach zaczyna się jednak myśleć trochę ich sposobem, nie irytuje już ich styl życia. Z początku, być może, młody misjonarz stara się dostosować wszystko do swojego obrazu, a stąd wynikają pewne nieporozumienia i rozterki, a nawet rozczarowania i niepokoje. Ale kiedy już zrozumie, że nie należy ludzi dopasowywać do siebie, ale siebie do ludzi, wszystko wygląda lepiej. Zaczynamy żyć ich życiem i lepiej się rozumieć.

– Na czym polega praca kapelana Polaków w Urugwaju?
– W Urugwaju jestem od roku 1996. Należę do Towarzystwa Chrystusowego, które generalnie niesie posługę religijną Polakom przebywającym za granicą. Zostało założone w 1932 r. przez prymasa Augusta Hlonda. Należymy do prowincji południowoamerykańskiej, w której działa ok. 40 księży, m.in. dwóch jest w Argentynie, a jeden w Urugwaju, reszta w Brazylii, gdzie mieści się też Dom Prowincjalny. W latach 80. zaistniała potrzeba pracy religijnej wśród Polaków w Urugwaju, bo docierały tam licznie statki rybackie z Polski, a ich główną bazą było Montevideo, stolica tego kraju. Każdy statek miał na pokładzie ponad 70 osób załogi, w sumie okresowo na tym terenie przebywało 5 tysięcy ludzi z Polski, którzy potrzebowali duszpasterza. Tak było do niedawna. Teraz rybołówstwa polskiego w tym rejonie już nie ma, statki handlowe przybywają tutaj na krótko. Duszpasterstwo marynarzy i rybaków skończyło się, ale kilka lat temu prezes USOPAł, Jan Kobylański, zwrócił się do nas, aby duszpasterstwa nie porzucać, w samym Montevideo mieszka przecież ok. 3 tys. Polaków z dawnej emigracji, mieści się też centrala USOPAŁ, gdzie przydałby się sekretarz.

– Jak wygląda praca księdza?
– Okazuje się, że obecnie więcej czasu zajmuje mi kierowanie sekretariatem tej organizacji niż praca duszpasterska; poza tym zajmuję się hobbystycznie techniką komputerową, co pomaga w kontaktach np. z redakcją “Głosu Polski”, organu prasowego Związku Polaków w Argentynie i USOPAŁ, który jest wydawany w Buenos Aires. Urugwaj jest państwem około 3-milionowym, położonym nad Oceanem Atlantyckim, między Argentyną a Brazylią. Działają tutaj dwa stowarzyszenia polskie, Towarzystwo im. Józefa Piłsudskiego oraz Unia Polsko-Urugwajska, w siedzibie której znajduje się polska kaplica, ufundowana, wyremontowana i zaadaptowana przy pomocy prezesa USOPAŁ, Jana Kobylańskiego. Tutaj co niedzielę odprawiane jest nabożeństwo w języku polskim.

– Jakie jest zainteresowanie Polską wśród południowoamerykańskiej emigracji?
– Duże i ciągle rosnące. Widać to np. na łamach “Głosu Polski”, który dzięki łączności internetowej zamieszcza informacje całkiem aktualne. Ze względu na różnicę czasu czytelnicy np. w Argentynie dowiadują się o pewnych zdarzeniach w kraju nawet wcześniej niż rodacy z polskich gazet. Ideą “Głosu” jest przede wszystkim integrowanie miejscowego społeczeństwa, dlatego udostępnia się również łamy wszystkim tym, którzy zechcą się wypowiadać w sprawach polonijnych.

– “Głos Polski” część tekstów drukuje również w języku hiszpańskim.
– Ci, którzy mieszkają w małych ośrodkach, zachowali język lepiej niż w dużych miastach. Znam dobrze życie polonijne w Brazylii. Na wsi zdarza się, że nawet emigranci w szóstym pokoleniu zachowali polską świadomość i język. W dużych miastach telewizja i szkoła sprawiają, że szybciej się zapomina ojczystą mowę. Mimo to ludzie czują się Polakami; dlatego uważam, że znajomość języka polskiego nie może być wykładnikiem polskości. Ważne jest przywiązanie do tradycji, zwyczajów, zwłaszcza religijnych. Okazuje się, że młodzi lubią polską kulturę ludową, poszukują więc korzeni, wiadomości z kraju itd. W Ameryce Południowej nie ma, niestety, dostępu do polskiego radia ani polskiej telewizji nawet za pośrednictwem satelity. Jedynie Internet pozwala szybko zdobyć potrzebne dane, nawiązać kontakt, ale już z odbiorem obrazu i dźwięku jest kłopot, bo telefoniczne linie przesyłowe nie są najwyższej jakości, a poza tym komputer jest jeszcze wciąż dość drogi. To wydatek rzędu tysiąca dolarów. Nie wszystkich Polaków na to stać.

– Mieszkańcy Ameryki Łacińskiej polskiego pochodzenia nie są przecież najbiedniejsi?
– Są tu jednostki bardzo bogate, ale na ogół Polacy stanowią grupę niższą-średnią, a już rolnicy są na ogół niezamożni. Dlatego tak ważna jest działalność organizacji polonijnych, gmin religijnych; istnieje potrzeba wszelkich kontaktów.

– Prezes USOPAŁ, Jan Kobylański, upomina się głośno o dostęp do polskiego słowa, o możliwość transmisji programu polskiej telewizji.
– Kontakt z polską telewizją może być ważnym impulsem dla zachowania lub odrodzenia polskości. Na co dzień ci ludzie mówią jednak po hiszpańsku lub portugalsku. Tak samo jest z językiem używanym w kościele. Ja również musiałem się nauczyć odprawiać nabożeństwa i głosić kazania w obu językach, a ponieważ są one do siebie dość podobne, więc zwykle miałem z tym kłopoty. Zdarzało się, że nie zawsze wiedziałem, w jakim języku w danej chwili mówię. Dopiero po kilku dniach pobytu w Brazylii mogłem się zupełnie świadomie przestawić na portugalski.

– O Brazylii mówi się, że to największy katolicki kraj na świecie. Czy ksiądz potwierdza tę opinię?
– Formalnie wszyscy są ochrzczeni, ale życie religijne w tym ogromnym kraju toczy się odmiennie niż u nas. Np. na północy Brazylii niektóre parafie są terytorialnie większe od Polski, zdarza się więc, że kapłan zaledwie raz do roku dociera do danej miejscowości, aby odprawić mszę. Na bardziej zurbanizowanym i gęściej zamieszkanym południu kraju jest dużo lepiej. A już Polacy mieszkający np. w, liczącym 1,7 mln ludności, Montevideo są w sytuacji komfortowej. Co niedzielę mają mszę w swoim kościele i do tego po polsku.

Wydanie: 46/2000

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy