Mistrz na zakrętach

Mistrz na zakrętach

Ludzie z materiałów odpornych

Oczywiście pamiętamy, że Wajda nakręcił też „Człowieka z marmuru” (1976), ale – znowu – zapominamy, ile go to kosztowało. Warto pamiętać, że w latach 70. Wajda nie podpisał ani jednego listu protestacyjnego przeciw cenzurze czy maltretowaniu robotników radomskich. Wiedział doskonale, że to skończy się dla niego tak samo jak dla Agnieszki z „Człowieka z marmuru” kręcenie na własną rękę filmu o przodowniku pracy: odebraniem kamery, ekipy, funduszy. Odmówił także podpisania protestu przeciw aresztowaniu Siergieja Paradżanowa, wybitnego opozycyjnego reżysera ukraińskiego. Władze zarzucały mu zarówno opozycyjność, jak i homoseksualizm. A był to przecież kolega, który zmagał się w tej samej części świata z podobną dyktaturą. Pisarze tamtej epoki wspominali, że Wajda mawiał: „Jak piszesz – nie podpisuj; jak podpisałeś – to się nie dziw”.

O smutnych losach byłych przodowników pracy Wajda słyszał już na początku lat 60. Tematem zainteresował wziętego scenarzystę Aleksandra Ścibora-Rylskiego, który za czasów socrealistycznej młodości napisał dla zarobku kilka sylwetek murarzy rekordzistów dla serii wydawniczej „Biblioteczka Przodowników Pracy”. Ale żeby nakręcić taki film, trzeba było mieć pozwolenie z samego Komitetu Centralnego. Tymczasem po korytarzach Domu Partii zaczęto szeptać, że ten Wajda zamierza nakręcić film o latach stalinowskich i będzie rozliczał wysoko postawionych towarzyszy. A przecież większość z nich właśnie w tamtym systemie zaczynała kariery. Mowy nie ma! Temat dostał ciche, ale skuteczne embargo. Wajda nie naciskał. Do pertraktacji można było wrócić dopiero po 14 latach. Za Gierka panował trochę większy luz, poza tym nadarzył się towarzysz, który nie bał się wziąć odpowiedzialności za powstanie filmu. Był to ówczesny minister kultury Józef Tejchma. Sam był zetempowskiego rodowodu i cieszył się, że opowieść o kolegach z czasów jego młodości wejdzie na ekrany. „Wolę wspólnie z Wajdą przegrać, niż wspólnie z Filipskim wygrać”, powtarzał. Kiedy film trafił na ekrany – I sekretarz Edward Gierek dał zezwolenie na projekcję tylko w czterech niewielkich warszawskich kinach – rozpoczęła się histeria. Na wieść, że Wajda nakręcił film wymierzony w partię, ludzie ustawiali się w tasiemcowych kolejkach. U koników ceny biletów biły wszelkie rekordy. W dodatku gruchnęła plotka, że film ma być lada dzień wycofany, więc trzeba się śpieszyć. Jury Festiwalu Filmowego w Gdańsku, gdzie obraz pokazano, udawało, że go w ogóle nie widzi. Ale część zgromadzonych tam krytyków filmowych zdecydowała się nagrodzić Wajdę premią w postaci cegły. Władze festiwalu nie zgodziły się, by odbyło się to podczas końcowej gali. Cegłę wręczono więc podczas własnej imprezy na schodach budynku, w którym odbywał się festiwal. Wajda – w końcu laureat Oscara – uważał ową cegłę za swoje najważniejsze trofeum. Telewizja nadała film po raz pierwszy dopiero podczas „karnawału Solidarności” w maju 1981 r.

„Człowiek z żelaza” powstawał już w zupełnie innej Polsce, a przecież z oporami. Kiedy Wajda zjawił się w sierpniu 1980 r. w stoczni (na bramie rozpoznano go i natychmiast wpuszczono), któryś z robotników zaproponował: „Niech pan zrobi film o nas”. Rzucił nawet tytuł: „Człowiek z żelaza”. Tej prośby nie sposób było zignorować. Scenariusz Wajda zamówił u tego samego Ścibora-Rylskiego. Sam poszedł na rozmowę do gen. Jaruzelskiego, ówczesnego ministra obrony, z prośbą o wypożyczenie od wojska czołgów do rekonstrukcji scen masakry grudniowej z 1970 r. Generał odmówił.

Zdjęcia ruszyły w styczniu 1981 r. Od początku jednak piętrzyły się trudności. Do sceny strzelania do robotników potrzebne były milicyjne mundury, a kierownictwo MO odmówiło ich wypożyczenia. Zostały one jednak cichcem wyprowadzone z magazynów przez sympatyka Solidarności w szeregach milicji. Samochody milicyjne sprokurowano w ten sposób, że wozy wypożyczone do filmu pociągnięto farbą wodną na niebiesko. I doklejono duże, kartonowe litery MO. Film ukończono późną wiosną 1981 r., a już w czerwcu Wajda zaczął jeździć z nim po kraju i pokazywać go robotnikom – od Stalowej Woli, przez Poznań, po Gdańsk. Ze sceną, którą nawet najżyczliwsi współpracownicy radzili mu wyciąć. Chodziło o zdanie partyjniaka, który tuż po podpisaniu Porozumień Sierpniowych studzi entuzjazm redaktora Winkiela: „Panie Winkiel, co pan taki zmartwiony, przecież to porozumienie nie jest ważne, żadne normy prawne nie uznają umów zawartych pod przymusem”. 13 grudnia okazało się, że Wajdy nie zawiodła intuicja. O ile „Człowieka z marmuru” pokazano w Cannes półlegalnie i poza konkursem, o tyle „Człowiek z żelaza” został oficjalnie wydelegowany na festiwal dokładnie w tym momencie, gdy „sprawa polska” była na ustach całego świata. No i Złota Palma, a potem nominacja do Oscara. Dość – przyznajmy – koniunkturalna, bo drugi „Człowiek…” jest znacznie słabszy niż pierwszy, w dodatku to typowa fabułka socrealistyczna à rebours. No i Janda jako zbolała Matka Polka – zupełnie nie do przyjęcia…

Strony: 1 2 3

Wydanie: 42/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy