Mord na gen. Zagórskim

Mord na gen. Zagórskim

Polemika z Krzysztofem Wasilewskim

Zadowoleniem napawa każdy artykuł przywracający pamięci postać gen. Włodzimierza Zagórskiego, tak jak ten Krzysztofa Wasilewskiego „Mord na gen. Zagórskim” (PRZEGLĄD nr 33).
Lektura tekstu niestety nieco rozczarowuje. Autor twierdzi, że nikt dotychczas nie rozwikłał zagadki zaginięcia generała. Czy jednak – żeby tak twierdzić – nie warto byłoby znać efektu wysiłków tych, którzy takie próby już podjęli? Z pewnym niesmakiem przyjmuję, że Autor, przywołując w bibliografii starsze pozycje książkowe, nie odnotowuje pracy najnowszej, mojego autorstwa, „Sprawa generała Zagórskiego. Zabójstwo prawie doskonałe”. Szkoda, bo jej lektura mogłaby pozwolić przynajmniej na uniknięcie kilku rażących błędów.
Nie jest np. prawdą, że Piłsudski i Zagórski – jak pisze Autor – niczym podchmieleni nastolatkowie od razu zapałali do siebie niechęcią. Było wprost przeciwnie. Dopóki ich interesy były zbieżne, Zagórski i Piłsudski współpracowali (choćby sprawa usunięcia gen. Baczyńskiego z funkcji komendanta Legionów). Ich konflikt miał zaś racjonalne podłoże i był wynikiem m.in. odmiennych koncepcji co do przyszłości Legionów oraz rywalizacji o władzę nad wojskiem.
Wbrew Autorowi zapewniam, że oficerowie Legionów w ogromnej mierze szanowali i podziwiali Zagórskiego. Przeciwne mu było tylko środowisko pierwszobrygadowe, skupione wokół Piłsudskiego, ale i tu z wyjątkami.
Dalej, zdaniem Zagórskiego, nie tyle cechy osobowościowe dyskwalifikowały Piłsudskiego jako dowódcę – jak błędnie wywodzi Autor – ile po prostu brak wykształcenia i doświadczenia w tym kierunku, co uniemożliwiało współpracę. Przyszły marszałek nie potrafił pisać nie tylko rozkazów, ale i meldunków sytuacyjnych, a sfera logistyki i taktyki wojskowej była mu wówczas obca.
Trudno też przyznać Krzysztofowi Wasilewskiemu rację, że adwokaci Zagórskiego nie mieli problemów z abolicją podczas procesu w Marmaros-Sziget, skoro przez pierwsze tygodnie procesu przyznawano, że dla Zagórskiego jako głównego oskarżonego nie ma ratunku (co znajduje odbicie w dziesiątkach relacji z epoki – choćby w dziennikach Zdanowskiego). Późniejsza abolicja była efektem nie tyle starań adwokatów, ile zmienionej sytuacji geopolitycznej i kiełkującego już rozpadu cesarstwa austro-węgierskiego.
Trudno też – wbrew Autorowi – znaleźć logiczny związek między krytykującym Zagórskiego artykułem z pisma socjalistycznego a koniecznością opuszczenia przez niego armii. W czasach wolnej przedmajowej prasy każdy ważniejszy generał był poddawany krytyce (choćby przyszły marszałek Rydz-Śmigły).
Określenie głównego rywala, a mówiąc wprost, wroga (który anonimowo pisał szkalujące go artykuły) gen. Zagórskiego – czyli płk. Rayskiego – jako jego współpracownika razi, tym bardziej że zabieg wydaje się celowy, bo oszczerstwo Rayskiego Autor przywołuje jako… opinię współpracownika.
Wacław Kostek-Biernacki oczywiście nigdy nie był komendantem więzienia na Antokolu, a o jego roli w sprawie Autor więcej mógłby doczytać w mojej książce.
Błędów rzeczowych, na szczęście mniejszego już kalibru, jest więcej. To dobrze, że pisze się o gen. Zagórskim. Niech jednak za zainteresowaniem idzie w ślad staranność.
Andrzej Ceglarski


Od autora
Pan Andrzej Ceglarski słusznie zarzuca, że nie wykorzystałem jego najnowszej książki. Pozycja sprzed zaledwie kilku miesięcy jest bogata w szczegóły, niemniej – wbrew temu, co pisze Autor – nie daje ostatecznej odpowiedzi na to, co się stało z gen. Zagórskim. Wszelkie wyjaśnienia są tylko hipotezami, które prawdopodobnie nigdy nie zostaną wyjaśnione. Wykorzystanie tej książki z pewnością wzbogaciłoby artykuł o ciekawe szczegóły, jednak, moim zdaniem, nie wpłynęłoby na ostateczny kształt tekstu.
Nigdzie w tekście nie porównałem Zagórskiego i Piłsudskiego do „podchmielonych nastolatków”, jak to sugeruje Autor listu. Zarówno w ocenie relacji obu wojskowych, jak i stosunku oficerów do Zagórskiego posłużyłem się cytatem ze znanej i cenionej książki Zbigniewa Cieślikowskiego. Trudno byłoby w krótkim artykule wikłać się w szczegóły krótkotrwałej współpracy Zagórskiego i Piłsudskiego, skoro efekt był znany – obaj aktywnie siebie zwalczali. Stwierdzenie pana Andrzeja Ceglarskiego, że „oficerowie Legionów w ogromnej mierze szanowali i podziwiali Zagórskiego”, jest podobnym skrótem myślowym, który można interpretować na wiele sposobów i równie wiele można mu zarzucić.
Autor listu najwyraźniej niedokładnie przeczytał mój artykuł, bo piszę w nim dobitnie, że obok cech osobowościowych Piłsudskiego Zagórski zarzucał mu małe umiejętności wojskowe: „Równie źle [Zagórski] oceniał jego umiejętności taktyczne”.
Co do procesu Zagórskiego, faktem jest, że nie został skazany i objęła go cesarska abolicja. Faktem też jest, że gdyby było to zadanie trudne, Zagórski nie zostałby tak szybko zwolniony. Co do argumentu o wpływie sytuacji geopolitycznej na decyzję o abolicji, w zupełności się z nim zgadzam, o czym zresztą przekonywałem, pisząc, że decyzja była podyktowana m.in. tym, że „imperium Habsburgów chyliło się ku upadkowi”. Nigdzie nie sugerowałem, że cytowany tekst z „Robotnika” był bezpośrednią przyczyną odejścia Zagórskiego z wojska. Podałem go jako przykład medialnej nagonki.
Mogę się zgodzić z argumentem, że określenie płk. Rayskiego jako współpracownika Zagórskiego było nietrafne. Wynikało jednak z faktu, że obaj pracowali w Departamencie Żeglugi Powietrznej i pozostawali w zależnościach służbowych. Myślę więc, że chociaż niefortunne, to usprawiedliwione jest nazwanie współpracownikami osób pracujących w jednym departamencie.
Natomiast pan Ceglarski ma rację, że Wacław Kostek-Biernacki nie był komendantem więzienia na Antokolu. Pomyliłem go ze Stefanem Dąbem-Biernackim, który stworzył regulamin dla więzionych wojskowych po zamachu majowym.
Krzysztof Wasilewski

Wydanie: 2016 37/2016

Kategorie: Polemika

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy