Moro znaczy witaj

Moro znaczy witaj

Andrzej Kotnowski – fotograf i podróżnik, swoje zdjęcia zamieścił w albumach „Magia Indii”, „Buddyjskie szlaki”, „Azania – zanikające piękno” oraz w tomikach poezji sufickiej „Gazele” i „Modlitwy Sufich”. Więcej informacji na stronie internetowej www.kotnowski.pl.

Lud ovaHimba zamieszkuje półpustynny region Namibii na północ od niewielkiego miasteczka Opuwo aż po rzekę Kunene. Nazwa plemienia tłumaczona jest jako „lud żebraczy” – z końcem XIX w. część plemion Herero pod naporem innych ludów Bantu musiała bowiem szukać schronienia na buszmeńskich terenach obecnej Angoli i tam prosić o możliwość wypasania trzód. Obecnie, gdy po pół wieku wygnańcy wrócili na dawne terytoria, trudno uwierzyć we wspólne korzenie ovaHimba i pozostałych osiadłych plemion Herero, które w międzyczasie uległy wpływom niemieckich kolonialistów, zarówno pod względem trybu życia, jak i ubioru. Podczas gdy większość Hererów pracuje jako robotnicy rolni lub trudni się handlem w miastach, ovaHimba, półnomadzi, są przywiązani do tradycyjnego stylu życia. Zdumiewa kontrast pomiędzy kobietami Herero, ubranymi w długie, wzorzyste spódnice, bluzki i szale, z chustami fantazyjnie zawiązanymi na głowach, a półnagimi kobietami ovaHimba, noszącymi kuse spódniczki z materiału i koziej skóry. Skąpy strój rekompensują ozdoby z muszli, ciężkie metalowe naszyjniki, bransolety z miedzi i srebra, no i fantazyjnie upięte długie włosy, zlepione czerwoną mieszanką gliny i tłuszczu. Codzienne smarowanie ciała mieszaniną ochry, tłuszczu, popiołu i ekstraktów z roślin ma chronić przed piekącym słońcem, kurzem i insektami, a także zapobiegać odwodnieniu organizmu w tym gorącym, suchym klimacie. Mężczyźni również chodzą w krótkich spódniczkach, mają fantazyjnie zaplecione włosy, przykryte często specjalnymi czapeczkami, ale ciało chronią koszulami.
– Gdy dojeżdżamy do jednej z wiosek, przed chatą ondjuwo, ulepioną z mułu rzecznego z dodatkiem bydlęcego nawozu na szkielecie z gałęzi siedzi naczelnik wioski i pilnuje świętego ognia okuruwo – opisuje swą niedawną podróż do Afryki Andrzej Kotnowski. – Pozdrawiamy go podwójnym Moro i przekazujemy prezenty w postaci woreczka mąki, kilku toreb cukru, herbaty i tytoniu. Zostajemy przyjęci przyjaźnie, co pozwala zajrzeć do chaty naczelnika i rozejrzeć się po wiosce składającej się z kilku chat, magazynów na ziarno i mleko oraz zagrody na trzodę. Cisza i spokój tej spieczonej słońcem ziemi potęgują odczucie, że jest to jeden z ostatnich takich zakątków tradycyjnej Afryki.

Wydanie: 2/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy