Muskuły europarlamentu

Muskuły europarlamentu

Zamiast nowej komisji w Unii polityczne zaskoczenie i nowa równowaga władzy

Zamieszanie w Brukseli – tak można określić nastroje, ale także rytm zdarzeń, jakie w ostatnich dniach stały się udziałem instytucji Unii Europejskiej. Po raz pierwszy w historii ustalony bieg zdarzeń w UE, w ramach którego karty atutowe trzymali w rękach szefowie rządów państw członkowskich i komisarze komisji brukselskiej, został zanegowany. Zamiast tradycyjnego przyklepania przez Parlament Europejski składu nowej komisji – której członków desygnowały wcześniej poszczególne stolice Unii – doszło do politycznego oporu, i to tak silnego, że przyszły przewodniczący Komisji Europejskiej, Portugalczyk José Manuel Barroso, nie miał lepszego wyjścia, niż… poprosić eurodeputowanych o odłożenie głosowania nad składem nowej komisji, bo teraz by je przegrał.
Praktyczne efekty impasu z 27 października to m.in. kłopoty starych komisarzy, którzy muszą jeszcze pozostać na stanowiskach, choć wielu znalazło już sobie nowe zajęcie od 1 listopada, i

chaos w biurach

w Brukseli, w których nie wiadomo kto rządzi.
Nowa komisja miała rozpocząć pracę w oddanym ostatnio do użytku po trwającym wiele lat remoncie gmachu Berlaymont. Przeprowadzki już trwają, przed budynkiem wyładowywane są meble i sprzęt biurowy, ale – jak ogłosiło biuro prasowe komisji – nowi komisarze wprowadzą się tam, dopiero gdy nowa komisja zacznie pracę. Także urzędnicy szykujący się do odejścia wraz ze starą komisją muszą teraz podpisywać załączniki do swoich kontraktów, przedłużające ich współpracę z komisją Romana Prodiego.
Kłopoty organizacyjne i zawieszone nowe plany życiowe eurokratów to przykry, ale potrzebny koszt zmiany politycznego układu sił w strukturach zjednoczonej Europy. To w pewnym sensie zbieg okoliczności, ale rozszerzeniu Unii Europejskiej do 25 krajów członkowskich towarzyszy postępująca emancypacja instytucji europejskich, które zaczynają walczyć o własną, należną im pozycję polityczną. W tym samym czasie rozpoczął się proces przyjmowania nowej konstytucji europejskiej, której podpisanie odbyło się w miniony piątek w Rzymie (teraz Europa ma dwa lata na ratyfikację tego dokumentu przez poszczególne państwa), a która tworzy zarys prawdziwie zjednoczonej Europy – nie tylko gospodarczo, lecz także społecznie i politycznie.
Incydent z zablokowaniem składu nowej komisji za kilka lat będzie tylko wspomnieniem. Ale jego znaczenie jest poważne. Przez lata europarlament był właściwie kwiatkiem do kożucha przy głównych instytucjach unijnych – właśnie komisji i Radzie Ministrów, czyli spotkaniach szefów rządów. Klucze do decyzji politycznych leżały w biurkach w stolicach narodowych, władza biurokratyczna – w gabinetach komisarzy europejskich.
Dopiero niedawno parlament w Strasburgu

z synekury dla polityków

na emeryturze i takich, którzy nie mieścili się w parlamentach narodowych, zaczął się przekształcać w instytucję kontrolującą i akceptującą coraz więcej spraw europejskich. Powszechne wybory europejskie uczyniły z eurodeputowanych prawdziwych reprezentantów woli Europejczyków.
Obecną awanturę o komisję Barrosa wywołały głównie kontrowersyjne wypowiedzi jednego z kandydatów na komisarza, Włocha Rocca Buttiglionego (pisaliśmy o tym tydzień temu). Ale eurodeputowani nie chcieli także w (nieformalnym) rządzie Unii widzieć pani komisarz, która była zawodową lobbystką, ani polityka niemającego pojęcia o sprawach energetyki, którą miał się zajmować.
Pokazali, że traktują swoją odpowiedzialność za losy Europy poważnie i – to istotne – zgodnie ze swoimi formalnymi kompetencjami.
Przy okazji zaś, chcąc nie chcąc, otworzyli nowy rozdział w historii UE – czas prawdziwej konfederacji narodów europejskich.


Komentarze prasy

W Europie, której główną wadą jest deficyt demokracji, deputowani do parlamentu w Strasburgu dokonali poważnego przełomu i pokazali, że Europa nie jest definitywnie na prawo.
„Le Monde”, Paryż

Parlament Europejski pokazał, że jest zdolny do wywarcia silnego wpływu na najistotniejsze sprawy UE.
„The Guardian”, Londyn

Barroso popełnił błąd, wdając się w konfrontację z parlamentem. (…) Wygrali (na tym) jedynie szefowie rządów, konkretnie ci, którzy uwielbiają słabą komisję i słaby Parlament Europejski i chcą umocnienia wpływu narodowych rządów.
„Süddeutsche Zeitung”, Monachium

To nie tylko porażka Barrosa, lecz także porażka narodowych rządów. (…) Sprzeciw eurodeputowanych przeciwko kandydatom na komisarzy skierowany był też przeciwko sposobowi, w jaki rządy nominują kandydatów na urzędy w UE.
„Frankfurter Allgemeine Zeitung”


Niechciani komisarze
– Włoch Rocco Buttiglione, wiceszef komisji, komisarz ds. sprawiedliwości, wolności obywatelskich i bezpieczeństwa, chadek – za poglądy na temat gejów, kobiet i rodziny.

– Holenderka Neelie Kroes, komisarz ds. polityki konkurencji, liberał – rozliczne konflikty interesów z powodu bogatej kariery w biznesie; okazało się, że „zapomniała” ujawnić, iż była płatną lobbystką koncernu Lockheed Martin.

– Węgier Laszlo Kovacs, komisarz ds. energii, socjalista – przesłuchania wykazały, iż o swym resorcie nie ma zielonego pojęcia.

– Łotyszka Ingrida Udre, komisarz ds. podatków i unii celnej – ciągnie się za nią niewyjaśniona sprawa nielegalnego finansowania jej Partii Rolników i Zielonych.

– Dunka Mariann Fischer Beol, komisarz ds. rolnictwa i rozwoju wiejskiego – potencjalny konflikt interesów, gdyż jej mąż jest farmerem hojnie subwencjonowanym z kasy UE.

Wydanie: 45/2004

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy