Muzyczny keks 2005

Muzyczny keks 2005

Soliści, kompozytorzy, dyrygenci, animatorzy. Kto był wielki, a kto się tylko nadymał Nie tylko prezydenci – Wałęsa z Kwaśniewskim i Kwaśniewski z Kaczyńskim – ściskali sobie dłonie w 2005 r. Fala pojednania objęła też największe postacie i instytucje polskiej muzyki. Chopin mówi – zgódźcie się! Po 30 latach suszy osiągnęliśmy ogromny sukces w pianistyce – Polak Rafał Blechacz został liderem Konkursu Chopinowskiego. Jego zwycięstwo rozlało się jak balsam na członków kilkunastoosobowej komisji konkursowej, w której niemal każdy miał wśród uczestników swojego ucznia. Rafał szczęśliwie nie był wychowankiem żadnego z jurorów. Jako kandydat „ponad układami” swym triumfem odsunął przykre podejrzenia o stronniczość. Wygrali wszyscy. W 2005 r. Chopin pogodził także zwaśnione środowiska przyczajone wokół Towarzystwa im. Fryderyka Chopina oraz chopinologów z Narodowego Instytutu im. Chopina. 9 czerwca, po niemal dekadzie sporów, procesów sądowych i cuchnących kalumni, podpisano trójporozumienie – z Ministerstwem Kultury w roli mediatora – gdzie strony nie tylko godzą się na wspólne działania, lecz także łączą pod jednym szyldem Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina kierowanego przez prof. Ryszarda Zimaka. Nowy, zjednoczony NIFC odtąd będzie przeprowadzał konkursy chopinowskie, zwoził turystów do Żelazowej Woli, organizował konferencje naukowe oraz zabiegał o środki finansowe z kasy państwowej, z Unii Europejskiej i źródeł pozabudżetowych. Nie zapomni nawet o wódce Chopin. Konstruktorem porozumienia, w imieniu Fryderyka Ch., był Waldemar Dąbrowski, minister kultury w poprzednim rządzie. Udało się mu doprowadzić do czegoś, co przedtem wydawało się całkiem nierealne. Przy nich nie zaśniesz Gdyby zacząć szukać, kto jeszcze zapisał się złotymi zgłoskami w polskiej muzyce 2005 r., odpowiedź będzie prosta. Waldemar Malicki. Jest to pianista nieprzeciętny, który dodatkowo swoje występy wzbogaca autorskim komentarzem, niesamowicie inteligentnym, dowcipnym i kulturalnym. Malicki jest niekwestionowanym wirtuozem fortepianu i wyrafinowanego żartu. Grywa absolutnie wszystko, na najwyższym profesjonalnym poziomie, od repertuaru klasycznego (np. rewelacyjne jest nagranie koncertów fortepianowych Bacha; przewyższa nawet zapisy Murraya Perahii) po repertuar kameralny, jazz, występy w duecie i w roli akompaniatora. Jednak wielki talent ujawnia najpełniej w tryskających pomysłowością aranżacjach i improwizacjach fortepianowych. Ten muzyk potrafi zrealizować każdy pomysł, np. pokazać, że tańce z Podhala są muzyką japońską a „Międzynarodówka” nadaje się na pieśń miłosną. Kreacje Malickiego w różnych salach, nie tylko koncertowych, lecz także balowych i restauracyjnych, nie mówiąc o studiu telewizyjnym, skuteczniej popularyzują wartościową muzykę od setek wybitnych, ale przynudzających fortepianistów. Nawet ludzie pozbawieni muzycznych potrzeb i omijający filharmonie szerokim łukiem znakomicie się bawią na występach Malickiego. Brawo, Maestro! Podobną rolę popularyzatora muzyki poważnej odgrywa kwartet smyczkowy Grupa MoCarta, któremu w marcu 2005 r. stuknęło 10 lat. Zespół utworzyło czterech absolwentów Akademii Muzycznych w Warszawie i Łodzi – Filip Jaślar, Michał Sikorski, Paweł Kowaluk i nieżyjący już Artur Renion. Muzycy z tego zespołu są wizytówką polskiej kultury tzw. wyższej, która nie musi się zniżać do rejonów komercji, bo jest także komercyjna. Żartobliwa przeróbka jakiegoś hitu koncertowego nigdy nie jest u nich tandetna. Nawet wyrafinowani melomani kupują bilety na koncerty Grupy MoCarta i ich nagrania z najwyższą radością. Wszak odnalezienie humoru w muzyce to niemal synonim muzykalności, talentu, który dany jest tylko nielicznym. Aria na kretowisku Po 11 latach do Opery Narodowej, czyli Teatru Wielkiego w Warszawie, wrócił Sławomir Pietras, najlepszy dyrektor w tej specjalności. Deski potężnej, bo zatrudniającej ponad 1000 osób instytucji muzycznej były od wielu kadencji areną wojen podjazdowych i zwykłego draństwa. Dyrektorzy często odchodzili w niesławie, pozostawiając pustą kasę. Jeden z niezrealizowanych kandydatów na szefa tej sceny – Bogusław Kaczyński – nazwał całe towarzystwo operowe kretowiskiem. Nastał jednak rok 2005 i Pietras, który ma niezwykłą umiejętność kreowania muzycznych wydarzeń, zaczął swój comeback dwoma wielkimi wydarzeniami. Premierą opery w wielkim stylu „Andrea Chenier” oraz spektaklem kameralnym i eksperymentalnym „Curlew River” Benjamina Brittena. Od razu umieścił poprzeczkę na najwyższym pułapie. Trzeba też pochwalić główne decyzje personalne Pietrasa. Na swych zastępców wybrał artystów światowego formatu, reżysera Mariusza Trelińskiego, który przed „Andreą Chenier” zrealizował m.in. takie wizjonerskie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 02/2006, 2006

Kategorie: Kultura