W najnowszym (15/2018) numerze Przeglądu polecamy

W najnowszym (15/2018) numerze Przeglądu polecamy

W poniedziałek, 9 kwietnia, w kioskach 15. numer tygodnika PRZEGLĄD. Polecamy w nim:

TEMAT Z OKŁADKI
Zamach na rozum
Tragedia, do której doszło pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., jest najlepiej zbadaną katastrofą lotniczą w historii. Mimo to mamy wielkie smoleńskie oszustwo, które trwa latami. Kto na nim skorzystał? Smoleńskie trumny stały się wehikułem, który pozwolił Jarosławowi Kaczyńskiemu najpierw utrzymać jedność prawicy, a potem zdobyć władzę. Teraz realizowany jest kolejny etap – Smoleńsk ma być nową religią państwową. Czymś, co legitymizuje rządy PiS.
Teorie o zamachu zaczęły się pojawiać niemal od pierwszych godzin po katastrofie. Swoją szansę wyczuł Antoni Macierewicz. Podobnie Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”. I Macierewicz, i „Gazeta Polska” to liderzy smoleńskiego kłamstwa. Trudno zliczyć, ile wersji katastrofy Tu-154 obaj przedstawili, zresztą często wzajemnie się wykluczających. Zero odpowiedzialności za słowo i odrobiny przyzwoitości. Na kłamstwie smoleńskim zarobili „eksperci” podkomisji Macierewicza, którzy „udowadniali”, że nastąpił zamach. W cieniu tej wielkiej operacji różni pomniejsi geszefciarze porobili swoje biznesy. Nakręcono kilka filmów o Smoleńsku, wydano ponad 20 książek, napisano tysiące artykułów o kolejnej teorii zamachu…
Czy gigantyczna operacja, którą prowadził Jarosław Kaczyński, operacja zaszczepienia Polakom religii smoleńskiej, ma szansę się powieść? Oczywiście nie i Kaczyński pewnie już wie o tym. Na takim kłamstwie nie da się zbudować narodowej jedności czy chociażby narodowego pojednania. Tylko że taka jedność, wewnątrzpolski pokój, Kaczyńskiemu nie są potrzebne.

WYWIAD
My kołtuny, półchłopki, półpanki
– W roku 1600 rektor Akademii Zamojskiej wystosował do Akademii Padewskiej zapytanie, co to jest kołtun. No i rozgorzała uniwersytecka dysputa. Nie tylko w Padwie, w całej ówczesnej uczonej Europie: co to jest ten kołtun? No i nie doszli do niczego, prócz tego, że to jest polskie, wyłącznie polskie, arcypolskie: plica polonica – mówi pisarz Marian Pilot. – Pamiętam obserwację jakiegoś podróżnika niemieckiego: na trzech chłopów dwóch ma kołtun. Ale szlachta też! Byli kołtunowi eleganci. Damy miały kołtun fryzowany. Dlaczego nie mają go Rosjanie albo np. Finowie? Bo jedni wynaleźli banię, drudzy saunę. Natomiast tu, nad Wisłą, po dziś dzień panuje gówno powszechne. Jakże znienawidzony był poczciwy przeciwnik gówna, premier Sławoj-Składkowski. Kible po wsiach budował, głupek! A bujnie po dziś dzień rozwijający się kult psiego gówna? Mamy tradycję absolutnie doskonałą. Niemycie nam przystoi, kołtun nami rządzi…
Pańszczyzna była nie do zniesienia, chłopi uciekali. Choć za ucieczkę była kara śmierci. Pan był właścicielem swojego bydła i swojego chłopstwa. Mógł zabić psa, mógł chłopa. Bezkarnie. Dość, że rzucił parę groszy na trumnę. Chłop nie miał żadnych praw, nie był Polakiem, był niewolnikiem, gnojem. A z poddaństwa łatwo się nie wychodzi.

KRAJ
Spółka pod wysokim napięciem
Gdy w 2005 r. koncern Dalkia kupił Zespół Elektrociepłowni w Łodzi, zapewniał załogę, że jest ona największą wartością firmy. Jednak rzeczywistość mocno rozczarowała. Wywierano presję, aby niektórzy zatrudnieni skorzystali z programu dobrowolnych odejść, były zastrzeżenia co do przestrzegania Kodeksu Etyki Veolii (nowa nazwa spółki), spółka przegrała kilka spraw sądowych z pracownikami. Zatrudnienie spadło z 2550 do ok. 1100 osób. Wydajność bardzo wzrosła, ale pozostałym pracownikom „w nagrodę” zabrano wiele przywilejów socjalnych. Bardzo bolesne było nękanie związkowców niewielkiego związku zawodowego Nowa Inicjatywa. Niewielkiego, ale bardzo aktywnego, głośno upominającego się o prawa pracowników. Dziś w Veolii nie ma już tego związku i tych związkowców.

Dąbrowszczacy wracają do Olsztyna?
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Olsztynie uchylił decyzję wojewody w sprawie zmiany nazwy ulicy Dąbrowszczaków, a do tego podważył opinię IPN w sprawie formacji walczącej w Hiszpanii. Sąd stwierdził, że komuniści stanowili tylko 40% składu brygady, natomiast pozostali bojownicy o demokrację w Hiszpanii to ochotnicy: socjaliści, związkowcy, robotnicy, a nawet działacze sanacyjni. Jeśli nawet, co podnosił wojewoda w swoim zarządzeniu, niektórzy komuniści w PRL wynosili Dąbrowszczaków na sztandary, to całe odium nie może spadać na 5-tysięczną formację – stwierdził sąd. Nie można tej brygady uznać za symbol ustroju totalitarnego, tym bardziej że walczyła ona z faszyzmem przed wybuchem II wojny światowej i została rozwiązana w 1939 r. Tymczasem ustawa dekomunizacyjna dotyczy lat 1944-1989.

Diabeł ubrał się w ornat
Bogusław Szczepan Łabędzki, były wieloletni członek PiS, z zawodu misjonarz i katecheta, zatrudniony w białostockim oddziale IPN, obecnie niezależny radny, na ostatniej przed Wielkanocą sesji Rady Miasta Hajnówka zaprezentował „protest mieszkańców Hajnówki”, pod którym podpisało się niewiele ponad 500 osób, bo większość mieszkańców ponad 20-tysięcznego miasteczka, które od lat opiera się „dobrej zmianie” w samorządzie, zignorowało to kuriozum. Według tego protestu winni krytycznego odbioru awanturniczego marszu ku czci „żołnierzy wyklętych” są włodarze i radni miasta, bo uchwałami protestowali przeciw nacjonalistycznemu cyrkowi, maszerującemu pod oknami prawosławnej świątyni. Winni też są Obywatele RP, rzekomo niszczący mienie, budzący niepokój, wywołujący poczucie zagrożenia, a nawet prowokujący burdy uliczne. Ani słowa o Dawidzie P., rzeczywistym organizatorze marszu, którego radny od lat wspiera, choć ten ma bogatą kartotekę w ABW, na policji, w prokuraturze i sądzie.

OPINIE
Zdekomunizowani i ich następcy
Więcej ulic polskich lewicowców znajdziemy w Berlinie niż w naszych miastach. Lewica jest wymazywana z przestrzeni publicznej. Znikają związane z nią nazwy ulic i placów, pomniki i tablice pamiątkowe. Polskie państwo metodycznie usuwa wszelkie ślady lewicowego dziedzictwa. Pamięć Rzeczpospolitej ma być od niego wolna. Rząd, rękoma wojewodów, bezlitośnie wymusza na często protestujących samorządach zmiany nazw i demontaż pomników. IPN wystawił 336 opinii, wskazując 943 ulice jako podlegające ustawie. Skala tych zmian jest ogromna i dorównuje liczbie ulic zdekomunizowanych na początku lat 90. Za tym projektem „przywracania normalności” idzie patologizacja okresu PRL i dokończenie przebudowy porządku symbolicznego. Nowi patroni mają pochodzić z Narodowych Sił Zbrojnych, antykomunistycznego podziemia czy opozycji peerelowskiej. W ostatnim 30-leciu zostali pozbawieni miejsca w pamięci rodaków więzieni i zamordowani działacze robotniczy, partyzanci, ofiary czystek. Ich wszystkich próbuje się wytrzeć z pamięci zbiorowej. To oni są dziś prawdziwie wyklęci. Mają zrobić miejsce dla Jana Pawła II, Ronalda Reagana, Lecha Kaczyńskiego czy partyzantów z Narodowych Sił Zbrojnych. Po ponownym wprowadzeniu kapitalizmu czas na jego faszyzację. W obronie czci socjalistów i komunistów nie staje prawie nikt. Raz zmienione nazwy pozostaną na długo. A Polska wolna od lewicowego dziedzictwa będzie wolną od praw pracowniczych i rozwarstwioną społecznie specjalną strefą ekonomiczną o wielkości całego kraju.

ZAGRANICA
Na niemieckiej mieliźnie
– Nie martw się, mam gdzie spać, Wojtek – mówi Filip, którego w lutym spotkałem przypadkowo w hamburskim metrze. Filip to mój dawny kolega z Bremy, dorastaliśmy na tym samym podwórku. Nie widziałem go ponad 20 lat. Gdy natknąłem się na niego, recytującego jakiś wierszyk i sprzedającego gazetę dla bezdomnych, byłem nieco zakłopotany. Kilkanaście lat temu Filip stracił w tragicznym wypadku siostrę i zaczął ćpać. Odtąd wszystko się zmieniło: rodzina się rozpadła, a Filip wybrał się w długą podróż, która skończyła się w ubiegłym roku na hamburskim przystanku metra Gänsemarkt. Filip rozbił namiot nieopodal głównej promenady Hamburga Jungfernstieg, właściciele chińskiej restauracji pozwalają mu koczować na ich działce. – Mam tam święty spokój, nie płacę czynszu – tłumaczy. Nie chce się ubiegać o pomoc socjalną, bo zgubił dokumenty, zresztą – jak twierdzi – zbierając jałmużnę, zarabia dwukrotnie więcej. Jednak wszystko, co uzbiera, od razu wydaje na narkotyki. Filip siedział kilka razy w więzieniu, ma długi, co w urzędzie od razu by stwierdzono. Woli więc żyć tak, jakby go już nie było. Ale w odróżnieniu od około tysiąca innych polskich bezdomnych w Hamburgu doskonale zna niemiecki, a to często jest główną barierą wyjścia z bezdomności.
Prawie połowa bezdomnych w Niemczech pochodzi z Europy Środkowo-Wschodniej. Do tej pory Hamburg wyróżniał się znakomicie rozwiniętą pomocą socjalną. Dziś czerwono-zielony senat próbuje – podobnie jak w Berlinie – nakłonić osiadłych na hamburskiej mieliźnie do powrotu do ojczyzn.

Zbuntowana Grecja
Grecka ulica jest beczką prochu, która w każdej chwili może eksplodować. Na fali niezadowolenia społecznego władzę w 2015 r. zdobyła mocno lewicowa Syriza, która obiecywała zrezygnować z cięć budżetowych narzuconych przez Unię Europejską. Na tej samej fali do parlamentu dostał się również rasistowski Złoty Świt. Przez lata to ugrupowanie nie miało najmniejszego znaczenia politycznego i było stale marginalizowane jako otwarcie faszystowskie. Teraz jest trzecią siłą w parlamencie. Tworzą je zdeklarowani rasiści, miłośnicy Adolfa Hitlera negujący Holokaust i inne zbrodnie Trzeciej Rzeszy. Akty przemocy dokonywane przez członków Złotego Świtu doprowadziły do postawienia zarzutu, że jest to organizacja przestępcza. Oskarżono ją o kilka morderstw. W siedzibach partii i w mieszkaniach członków niejednokrotnie znajdowano broń palną, kije bejsbolowe czy noże. Greckie media i politycy od lat donosili o powiązaniach skrajnej prawicy ze służbami i niektórymi grupami policyjnymi. Jednak ekstremizm narasta także po lewej stronie. W przeciwieństwie do bojówek prawicy lewicowi anarchiści nie atakują ludzi za kolor skóry czy wyznanie. Ich celem są politycy, korporacje, bankierzy, neonaziści. Część anarchistycznych grup, w szczególności Konspiracyjne Komórki Ognia, wyspecjalizowała się w konstrukcji bomb z niewielkimi ładunkami wybuchowymi, które bardzo często przechodzą niezauważone przez kontrole.

Robotnik, prezydent, więzień
Wszystko wskazuje, że były dwukrotny prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva stanie się wkrótce najbardziej znanym więźniem na świecie. Najwyższy Trybunał Federalny, sześcioma głosami przeciwko pięciu, postanowił 5 kwietnia odrzucić jego apelację od wyroku sądu II instancji skazującego go na 12 lat więzienia za korupcję. Możliwe, że pobyt Luli w więzieniu na razie będzie zaledwie parotygodniowy, bo obrona się nie poddaje, ale szanse na uniknięcie kłopotów przez jednego z najpopularniejszych polityków na świecie są minimalne. Lider Partii Pracujących utrzymuje, że jest ofiarą spisku władzy sądowniczej i prasy. Że prawicowe elity kraju już dłużej nie mogły znieść awansu społecznego biedoty, podniesienia poziomu oświaty dzieci z biednych rodzin. Przyzwyczajony do zmagania się z przeciwnościami Lula, który wygrał walkę z rakiem krtani, zapowiada: „Nie boję się więzienia. Chcę jednak ostrzec elity brazylijskie, że jeszcze wrócimy”. Uwięzienie Luli uniemożliwiłoby mu start w październikowych wyborach prezydenckich, w których do tej pory był zdecydowanym faworytem. Teraz rosną szanse byłego wojskowego i obrońcy dyktatury wojskowej, 63-letniego Jaira Bolsonara. Ten polityk radykalnej prawicy opowiada się za nieograniczoną sprzedażą broni, torturowaniem przestępców i uznaniem legalności zabójstw policyjnych. Jest często porównywany do Donalda Trumpa. Ma na koncie równie kontrowersyjne wypowiedzi: „geje są produktem konsumpcji narkotyków”, „błędem dyktatury było torturowanie, a nie zabijanie”, „policjanci, którzy nie zabijają, nie są policjantami” albo „kobiety powinny zarabiać mniej, bo zachodzą w ciążę”. Ciekawe poglądy jak na człowieka, który na drugie imię ma Mesjasz.

HISTORIA
Amerykański anioł
Amerykański dziennikarz Varian Fry ocalił w czasie II wojny światowej kilka tysięcy ludzi, umożliwiając im ucieczkę z okupowanej Francji. Formalne wsparcie prezydentowej Eleanor Roosevelt, 3 tys. dol. oraz lista z 200 nazwiskami – to była cała zawartość walizki Variana Frya, gdy w sierpniu 1940 r. dotarł do Marsylii, dokąd po wkroczeniu nazistów do stolicy Francji przybyła ogromna liczba niemieckich i francuskich uchodźców. Naziści wprawdzie jeszcze tutaj nie dotarli, ale zdążyli już zainstalować posłuszną wobec nich republikę Vichy. Sytuacja w mieście była trudna do opanowania. Na drugą stronę oceanu pragnęło się przedostać wielu, jednak miejsc było mało. Większość nie miała szans na przeprawę. Fry siłą rzeczy skoncentrował się na nazwiskach wyznaczonych przez nowojorski komitet, który chciał ocalić intelektualny kwiat Europy. Przez ponad rok działał na własną rękę, często wręcz ignorując zalecenia amerykańskich urzędników, wreszcie przestał być tolerowany we Francji. Pod koniec 1941 r. wrócił do Stanów Zjednoczonych, gdzie bynajmniej nie przywitano go kwiatami. Działacze, którzy wcześniej go wspierali, nagle odwrócili się od niego albo coraz ostrzej go krytykowali. W tym kontekście można porównać jego sytuację z losami Jana Karskiego.

KULTURA
Same sobie strzelamy samobója
– W polskim kinie kobiety sobie nie pomagają i to jest fakt – twierdzi Kinga Dębska, reżyserka i scenarzystka. – Moim zdaniem dzieje się tak, ponieważ nie umiemy współpracować, jesteśmy zbyt egoistyczne. W całej Europie sytuacja kobiet w kinie jest trudna. Tylko 14% europejskiego budżetu filmowego trafia w ręce kobiet. Dotacje dostaje ponad 50% kobiet, ale potem te filmy nie są realizowane, bo kobiety mają problem z domknięciem budżetów. Chodzi o to, by przekonać inwestorów do inwestowania. Ktoś musi uwierzyć w nasz projekt. Kobiety są w tym słabsze. Mniej w siebie wierzą. Mimo że w Europie więcej studentek niż studentów kończy szkoły filmowe, to i tak więcej pieniędzy dostają mężczyźni. Pod tym kątem kobiety są na pewno wciąż dyskryminowane, tak samo jak pod kątem zarobkowym. Jednak zastosowanie parytetu nie byłoby dobrym rozwiązaniem. – Wolę, żeby pieniądze dostawały lepsze projekty, bez względu na płeć autora. Ta męsko-damska walka źle wróży. W życiu i w filmie musimy współistnieć. Jeśli będziemy nasilać podziały, to tylko wzmożemy bezsensowną walkę.
Parytet płci w przyznawaniu dofinansowań miałby istotne skutki uboczne. – Może to się skończyć tym, że złe filmy będą dostawać pieniądze tylko dlatego, że są robione przez kobiety. A to jedynie utwierdzi przeciwników w przekonaniu, że nie zasłużyły na nie. Powinnyśmy więc wspierać się już na etapie przygotowania projektu.

Młodzi dochodzą
Kto jest młodym w sztukach pięknych? Definicja wydaje się bardzo trudna, bo dopiero duży dorobek artystyczny i trwałe miejsce na rynku pozwalają naprawdę dostrzec talent. Wciąż zatem uchodzą za młodych twórcy, którzy przekroczyli lat 40, a nawet 50. My postawiliśmy sztywną granicę – 35 lat i ani dnia więcej. Młody musi ostro się przebijać, a trochę starszy ma już tę inicjację za sobą i jest mu nieco łatwiej. Artystów z tego rankingu wiele przy tym łączy. Po pierwsze, są niezwykle pracowici, liczba ich obrazów, rzeźb, grafik i prezentacji zwykle przekracza setkę. Czyli są zdania, zresztą słusznie, że ilość przechodzi w jakość, a ćwiczenie czyni mistrza. Po drugie, większość nadal się uczy, jest słuchaczami studiów doktoranckich albo wiąże się z uczelnią, by asystować przy uczeniu innych. Karolina Jabłońska (1991), Tomasz Kręcicki (1990), Marlena Biczak (1989), Tomasz Trzupek (1989), Jacek Dudek (1988), Edyta Dufaj (1988), Bartłomiej Chwilczyński (1987), Agata Kus (1987), Jan Podgórski (1987), Irmina Staś (1986), Krzesimir Wiater (1986), Dariusz Milczarek (1985), Mateusz Pawlak (1984), Michał Sroka (1984), Michał Stonawski (1984), Bartłomiej Węgrzyn (1984), Artur Blusiewicz (1983).

Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia
– Początkowo zająłem się ilustracją książkową, bo musiałem utrzymać rodzinę – wspomina artysta. – Niewątpliwie tak było, taka była potrzeba chwili. Nie byłem jeszcze znanym malarzem, żeby zarabiać na sprzedaży obrazów. Żeby zarobić, trzeba więc było wejść w książki. Wiedziałem, że ilustracji do książek nie robi się farbami olejnymi na płótnie. Jest to możliwe, ale rzadkie. W ilustracji polskiej było coś charakterystycznego, odrębnego – to za sprawą malarzy zyskała taką oryginalność w świecie, coś, co różniło ją od ilustracji europejskiej, niemal dosłowne związki z malarstwem, bogactwo struktury i technika stricte wyjęta ze studium malarstwa. Mnie od dawna urzekały o zdecydowanej formie, wynikającej z dynamicznego ruchu ręką. Zwróciłem uwagę na biegłość mistrzów japońskich, którzy duży pędzel maczany w wodzie zamieniali w precyzyjne narzędzie. Szpicem mógł ciągnąć cienkie linie, a taki nieściągnięty w formie luźnej miotły malował szeroką plamą. Japończycy są w tym mistrzami. Wiąże się to z umiejętnością kaligrafii, w której gwałtowne ruchy ręką budują kształt litery. Japończycy podobno dostrzegają we mnie coś swojego. Na pewno dlatego polubiłem Chełmońskiego, właśnie ze względu na tę dynamikę. Potem zająłem się pastelami. Głównie stosowałem je w książkach wydawanych za granicą. Potem była ilustracja przestrzenna – technika fotografowanych rzeźb. Potem zacząłem robić coraz większe rzeźby. W ten sposób przypadkowo zostałem rzeźbiarzem.

Fragmenty książki Agaty Napiórskiej „Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia”, Marginesy.

Qulturalia

OBSERWACJE
Niewolnictwo XXI wieku
Stany Zjednoczone są największym więzieniem świata. Wyroki w federalnych i stanowych zakładach karnych oraz aresztach administrowanych przez hrabstwa odsiaduje ponad 2,3 mln obywateli. Na 100 tys. dorosłych Amerykanów przypada niemal 700 więźniów. Wśród nich najwięcej jest właśnie czarnoskórych. Choć stanowią oni jedynie 16% społeczeństwa, wśród skazańców odsetek ten rośnie już do 40%, co czyni ich największą grupą etniczną w amerykańskich więzieniach. Od chwili przekroczenia bram zakładu karnego ich los spoczywa w rękach władz więzienia, które zadecydują, jak przebiegać będzie ich odsiadka. Choć słynna 13. poprawka do konstytucji zniosła niewolnictwo w 1865 r., jej zapisy dopuszczają wykonywanie przymusowej pracy w ramach odbywania kary za popełnienie czynów niezgodnych z amerykańskim prawem. W praktyce oznacza to istnienie w amerykańskiej gospodarce ogromnego rezerwuaru siły roboczej, która może być niemal dowolnie kierowana do pracy w zależności od potrzeb rynku i która jest spełnieniem marzeń wielkich koncernów. Z przymusowymi pracownikami pochodzącymi z więzień w zasadzie nie trzeba się liczyć. Jako skazańcy nie mają praw pracowniczych, takich jak pensja minimalna, dlatego często otrzymują za pracę niecałego dolara za godzinę. Szacuje się, że wartość całego rynku przymusowej pracy amerykańskich więźniów może wynosić aż 2 mld dol. rocznie.

Po chrupaniu ich poznacie
Kubki smakowe Norwegów zdają się niezwykle odporne na ekstremalne doznania, a to z pewnością zasługa jedzenia wszelkiego rodzaju kwaszonych, fermentowanych i suszonych ryb. W czasach wikingów taki sposób konserwowania jedzenia pozwalał przeżyć marynarzom przebywającym na morzu przez długie miesiące, jednak i dziś potomkowie walecznych odkrywców sięgają jeszcze po te specjały. Dań rybnych jest pewnie tyle, ile wiosek i dolin w Norwegii. Z ryby da się zrobić niemal wszystko. Nie ma się zresztą co dziwić pomysłowości Norwegów, skoro jedna z większych gałęzi gospodarki w Norwegii to właśnie rybołówstwo. Norwegia może się też poszczycić eksportem ryb i owoców morza, który jest jednym z najszerzej zakrojonych w skali światowej. Tylko w 2016 r. Norwegowie zarobili ponad 90 mln koron, eksportując głównie łososia. Sam handel z krajami Unii Europejskiej przyniósł Norwegom ponad 60 mln koron zysku – to o 23% więcej niż w roku 2015. Takie wyniki z pewnością napawają Skandynawów optymizmem i sprawiają, że ryby i owoce morza budzą w nich dobre skojarzenia. Nie może więc też dziwić fakt, że jedno z norweskich powiedzonek o szczęściu dotyczy właśnie… łososia. Chcąc określić kogoś mianem pogodnej osoby, powiemy po prostu, że jest ona szczęśliwym łososiem.

Fragmenty książki Anny Kurek „Szczęśliwy jak łosoś. O Norwegii i Norwegach”, Wydawnictwo Poznańskie.

NOWE TECHNOLOGIE
Gdy człowiek będzie bogiem
Josiah Zayner to biochemik z przeszłością w NASA. Zwrócił na siebie uwagę, kiedy w grudniu w internecie przeprowadził na żywo transmisję z zabiegu modyfikowania własnego DNA. 27-minutowy pokaz składał się z ponad 20 minut tłumaczenia, co i dlaczego Zayner planuje zrobić, oraz jednego zastrzyku. Tak bowiem wygląda w praktyce zastosowanie metody CRISPR, która pozwala „wyłączyć” wybrane geny. W tym wypadku naukowiec zdecydował się zablokować produkcję miostatyny, czyli białka ograniczającego rozrost mięśni, w lewej ręce. Celem nie było jednak poprawienie bicepsa, ale zademonstrowanie, jak łatwo dzisiaj czegoś takiego dokonać. „Istnienie technicznych możliwości zrobienia tego nie budzi wątpliwości – naukowcy zrobili to już wiele razy u różnych zwierząt. Jest jednak bariera. Ludzie boją się tego i tylko mówi się o możliwościach zastosowania tego u nich. Chciałem ją przełamać, powiedzieć: patrzcie, narzędzia są tanie, i ktoś z odrobiną wiedzy może przeprowadzać takie eksperymenty”, tłumaczył Zayner, który jest tylko jednym z coraz większej grupy ludzi tworzących ruch tzw. biohakerów.

FELIETONY I KOMENTARZE
Jerzy Domański: Jaruzelska zastępuje dowódców
Bronisław Łagowski: Theresa May wyrusza na wojnę informacyjną
Roman Kurkiewicz: Co nam po tym Smoleńsku?
Tomasz Jastrun: Lud zaczyna wątpić
Agnieszka Wolny-Hamkało: Ta straszna hamartia
Edward Mikołajczyk: W poniedziałek ONZ, w piątek wojna

Wydanie: 15/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy