W najnowszym (16/2018) numerze Przeglądu polecamy

W najnowszym (16/2018) numerze Przeglądu polecamy

W poniedziałek, 16 kwietnia, w kioskach 16. numer tygodnika PRZEGLĄD. Polecamy w nim:

TEMAT Z OKŁADKI
Nowa pułapka emerytalna
– Emerytury z rynku finansowego to wielka, kosztowna iluzja – ostrzega prof. Leokadia Oręziak. – Pracownicze plany kapitałowe (PPK) to system bardzo podobny do OFE. Projekt ustawy o PPK został przedstawiony przez rząd Mateusza Morawieckiego w połowie lutego br. Proponowany system ma stopniowo objąć wszystkie podmioty, zarówno prywatne, jak i publiczne, zatrudniające co najmniej jednego pracownika. Kluczowym elementem PPK jest automatyczne włączenie do programu pracowników w wieku do 55 lat. Autorzy liczą, że z 11,4 mln pracowników, którzy byliby objęci PPK, aż 75%, czyli 8,6 mln osób, z niego nie zrezygnuje. Wycofanie się z PPK będzie bowiem oznaczało dla pracownika konieczność zwrotu składki powitalnej i dopłat rocznych. Emerytury mające pochodzić z inwestowania na rynku finansowym nie dają żadnego bezpieczeństwa na starość. Jest to swego rodzaju ruletka, z której korzyści czerpie na ogół jedna strona, druga zaś, czyli pracownik i przyszły emeryt, ma ponosić koszty i straty. Największym beneficjentem PPK będą instytucje rynku finansowego i związane z nimi elity gospodarcze i polityczne. PPK mają być zarządzane przez Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (TFI), ale o to prawo zabiegają też PTE, banki i firmy ubezpieczeniowe. Wszystkie te instytucje, w większości przypadków należące do zagranicznego kapitału, z ogromnym entuzjazmem odnoszą się do projektu PPK. Liczą na nowe wielkie zyski, gdyż dzięki niemu na rynek finansowy co roku kierowany będzie wielki, bo sięgający 10-15 mld zł, strumień pieniędzy z wynagrodzeń pracowniczych i środków publicznych. Bezsens rozwiązań o masowym charakterze, typu PPK czy OFE, wynika z tego, że najpierw, gdy na rynek płyną duże strumienie pieniędzy ze składek, rosną ceny akcji oraz innych aktywów finansowych. Prowadzi to do powstawania baniek spekulacyjnych. Pękają one co pewien czas w wyniku załamań giełdowych, co na ogół drastycznie redukuje wartość rynkową aktywów zgromadzonych w funduszach.

KRAJ
Kobieta na wysokości
W zeszłym roku było w Polsce 3,2 tys. osób z uprawnieniami operatora żurawia wieżowego. W tym 20-30 kobiet. Agata Popek dwa lata temu otrzymała uprawnienia I Ż, czyli prawo do pracy na żurawiach wieżowych. Przy tych uprawnieniach nie ma żadnego ograniczenia wysokości żurawia. Brak lęku przestrzeni to podstawowy wymóg dla osób pracujących na żurawiach. Poza tym solidność, dokładność, odpowiedzialność, koncentracja. To cechy bardzo kobiece, trudno zatem się dziwić, że panie znakomicie sprawdzają się w tej pracy. Dla kolegów z budowy płeć operatora nie jest obojętna. Przy kobiecie od razu stają się sympatyczniejsi, nie używają wulgaryzmów. Kiedyś jeden z kierowników powiedział Agacie, że jej obecność łagodzi obyczaje. Ale nie jest im łatwo. W kabinach nie ma zasłon przeciwsłonecznych czy klimatyzacji, więc w upalne dni warunki są nie do wytrzymania. W zimie z kolei jest zimno. No i problem z WC. Kiedyś operatorzy żartowali, że kobiety może by się sprawdziły w tym zawodzie, ale najpierw muszą nauczyć się załatwiać do butelki. Panie rozwiązały ten problem – nabyły specjalne lejki silikonowe, które umożliwiają siusianie na stojąco – tak jak panowie – do butelki. – W kabinach są dziurawe, powykrzywiane siedzenia, bez regulacji i podłokietników, szyby brudne od betonu, farb i tłustych substancji, podziurawione podłogi – mówi Magdalena Szpunt z Wrocławia. – Chcielibyśmy mieć normalne, bezpieczne warunki pracy. A na razie mamy 20-letni sprzęt i musimy wejść po drabinie na wysokość 20. piętra (czyli ok. 60 m) albo wyżej. To ok. 15-20 minut wchodzenia. Tymczasem w Szwecji, Holandii, Francji czy Niemczech każdy żuraw o wysokości powyżej 30 m musi mieć windę.

ZAGRANICA
W co gra Orbán?
– Nie jest dla mnie zaskoczeniem wyborcze zwycięstwo Viktora Orbána – twierdzi prof. Bogdan Góralczyk, dyrektor Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego. – Orbán jest silny słabością opozycji. Po pierwsze, nie potrafiła ona się odnieść do zaledwie dwóch punktów całej kampanii wyborczej Fideszu. Te dwa punkty to imigranci oraz Soros z liberałami. Ani w jednej, ani w drugiej kwestii opozycja nie skonfrontowała się z władzą. Natomiast nieustannie konfrontowała się między sobą. Czym Orbán kupił Węgrów? Na Węgrzech wzrost gospodarczy wynosi ok. 4%. A Orbán, przewidując wybory, podniósł realne zarobki 5-10%. Ludzie zatem uznali, że jest dobrym gospodarzem. 199-osobowy parlament prawie się nie zmienił. Fidesz ma jeden mandat więcej, niż miał, i dzięki temu zdobył kwalifikowaną większość, pozwalającą zmieniać konstytucję. Może zatem robić, co chce. W dodatku Na Węgrzech praktycznie już nie ma żadnej prasy opozycyjnej. Bo Orbán przy pomocy podstawionego sołtysa ze swojej wsi, Lőrinca Mészárosa, wykupił wszystkie dzienniki, również lokalne. Na Węgrzech nie ma fenomenu o nazwie Polsat czy TVN. Mają tam jedną słabą telewizję opozycyjną i ze dwa, trzy tygodniki o charakterze liberalnym, które można zignorować.

Fatalny przebieg testów
Nie udała się decydująca próba amerykańskich rakiet dla Redzikowa, która odbyła się 31 stycznia 2018 r. Z eksperymentalnego kompleksu startowego w Kuwai na Hawajach wystrzelono do pocisku celu, imitującego rakietę balistyczną średniego zasięgu, nowy prototypowy amerykański przeciwpocisk firmy Raytheon – Standard Missile 3 (SM-3) Block 2A. Była tu już druga nieudana próba. Jej scenariusz przewidywał odpalenie z pokładu transportowca pocisku celu gdzieś nad Pacyfikiem. Po wejściu na dużą wysokość miał on imitować lot balistyczny pocisku średniego zasięgu, a więc podobnego do tych, jakimi dysponują Iran, Korea Północna czy Rosja. Start i lot pocisku miał wykryć radar TPY-2 Raytheona, uruchamiając procedurę startową badanego przeciwpocisku, wyposażonego w samodzielny interceptor, czyli kierowany pocisk, który unicestwia nadciągający cel energią kinetyczną zderzenia. Fiasko obecnego testu może wpłynąć na tempo realizacji programu rozmieszczenia całego nowego lądowego systemu przeciwpocisków amerykańskich w Europie, a dokładnie w bazie w Redzikowie, i w Azji, czyli w Japonii, która partycypuje w znaczący sposób w kosztach rozwoju SM-3 Block 2A.

Partia w Partii Pracy
Momentum to oddolny ruch, zainicjowany w 2015 r. w celu wsparcia wyboru Jeremy’ego Corbyna na lidera Partii Pracy. Ruch przyciągnął przede wszystkim ludzi poruszających się wcześniej na marginesie polityki – na ogół w socjalistycznych partiach politycznych, związkach zawodowych i na skraju lewego skrzydła laburzystów. Dziś organizacja, w którą się przerodził, zrzesza przeszło 40 tys. członków, ma przedstawicieli w Narodowym Komitecie Wykonawczym laburzystów, trzęsie ich polityką i jest koszmarem dla konserwatystów, których władzę coraz mocniej podkopuje, a także dla umiarkowanych laburzystów. 40-tysięczna, zaangażowana partia wewnątrz partii daje sporo możliwości oddziaływania na politykę kadrową na wszystkich szczeblach. Nie brakuje wprawdzie głosów, że możliwości Momentum są ograniczone i organizacja może działać skutecznie niemal wyłącznie w Londynie, ale niewielu jest chętnych, by to sprawdzać. Nic nie wpływa w końcu na polityka tak skutecznie, jak groźba utraty stołka. Sama grupa jest świadoma swoich ograniczeń i stara się rozwijać działalność. Sięga na przykład po doświadczenia amerykańskiej kampanii Berniego Sandersa, której organizatorzy szkolili Anglików. Stara się działać u podstaw.

Jakobin XXI wieku
Podczas ubiegłorocznych wyborów prezydenckich Jean-Luc Mélenchon zdobył prawie 20% głosów. Krótko po wyborach jego lewicowo-populistyczna partia France Insoumise (Niepokorna Francja) stała się najbardziej widoczną opozycją wobec neoliberalnego rządu Emmanuela Macrona. Choć France Insoumise nie ma wystarczającej liczby posłów, aby wywierać wpływ na prace Zgromadzenia Narodowego (17 deputowanych na ogólną ich liczbę 577), właśnie ten ruch z jego przewodniczącym wyrastają dzisiaj na głównego lidera opozycji społecznej przeciw rządom Macrona. France Insoumise ma większe ambicje niż bycie hegemonem na francuskiej lewicy. Ugrupowanie Mélenchona chce przejąć klasę średnią, a więc twardy elektorat partii liberalnych i centroprawicowych. Jego przesłanie ma trafić do wszystkich, którzy czują, że ich dobrobyt i pozycja społeczna mogą być zagrożone. A tych nad Sekwaną jest coraz więcej. Najbliższy sprawdzian dla ugrupowania za rok, kiedy odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Na razie Mélenchon wzywa do następnych demonstracji. Na 19 kwietnia szykowany jest Wielki Wiosenny Marsz przeciwko liberalnym reformom Emmanuela Macrona.

Dzień Niepodległości jak Dzień Katastrofy
70 lat temu, 14 maja 1948 r. David Ben Gurion, późniejszy premier Izraela, ogłosił niepodległość swojego kraju. Deklaracja w pierwotnym założeniu miała zagwarantować równość społeczną i polityczną niezależnie od wyznania, rasy i płci. Jednak z powodu kolejno wywoływanych konfliktów na tle narodowościowym te obietnice nie zostały spełnione, a Palestyńczycy musieli opuścić swoje domy leżące w nowych granicach i zamieszkać w obozach dla uchodźców na terenie całego Bliskiego Wschodu. Dlatego rokrocznie w Dzień Katastrofy – jak nazywają ten moment Palestyńczycy – demonstrują tysiące osób, by zwrócić uwagę świata na ich problemy. Tegoroczne demonstracje w Strefie Gazy przy granicy z Izraelem miały być pokojowe, ale niestety wyszło jak zwykle. Pogrążeni w biedzie i kryzysie humanitarnym Palestyńczycy chwycili za kamienie, na co służby izraelskie odpowiedziały ostrą amunicją. Tylko w pierwszych dniach kwietnia od kul izraelskich zginęło ponad 30 osób, ponad trzy tysiące zostało rannych. Ta statystyka wyjątkowo szybko rośnie. Podczas relacjonowania demonstracji izraelskie siły zabiły fotoreportera Yassera Murtaja. Dziennikarz został postrzelony przez snajpera w brzuch, chociaż miał kamizelkę z napisem PRESS. To nie jedyny przypadek ataku na media. W ostatnich dniach ciężko rannych zostało dziewięciu reporterów.
Sytuacja w Strefie Gazy jest dramatyczna. Na 360 km kw. wciśniętych między Izrael i Egipt żyje 2 mln osób, z czego 1 mln to uchodźcy, którzy są tu od 1948 r. Regularnie brakuje wody, prądu, jedzenia, a na dostęp do służby zdrowia mogą liczyć tylko najbardziej cierpiący. Od 2006 r., kiedy w Strefie Gazy wybory wygrał radykalny Hamas, granice z Izraelem i Egiptem pozostają zamknięte, a droga morska jest ściśle kontrolowana. Mieszkańcy nie mogą swobodnie podróżować ani szukać pracy poza Strefą. Oczywiście w światowych mediach rząd izraelski mówi, że dba o nas – mówią Palestyńczycy. – Jeśli dba, to niech da nam być niezależnym państwem. Poradzimy sobie.

OPINIE
Sędziowie, róbcie swoje
Solidnie uzasadnione orzeczenie, zgodne z zasadami prawa obroni się przed każdą krytyką, zwłaszcza polityczną – zapewnia Jarosław Szymczyk, w latach 2004-2016 prokurator, obecnie adwokat. Chodzi o to, aby orzekający sędziowie korzystali ze swojej wiedzy (znajomości procedur i zasad prawa) właśnie pragmatycznie i w ten sposób bronili swojej niezawisłości. Byłoby to swoiste przeciwstawienie rozumu, profesjonalizmu, wiedzy fachowej – bylejakości legislacyjnej i populizmowi wykorzystywanemu w podrywaniu zaufania społeczeństwa do wymiaru sprawiedliwości. To przekonanie potwierdzają przykłady z historii, np. z okresu stanu wojennego. Prof. Adam Strzembosz, były minister sprawiedliwości i I prezes Sądu Najwyższego, przedstawił następujące fakty: „Stan wojenny był ciężką próbą dla sądownictwa i różne sądy w tym czasie różnie się zachowywały. Na przykład sądy krakowskie – świetnie. Sąd warszawski – wbrew obiegowej opinii – ogromnie przyzwoicie. 48% wyroków sądów pierwszej instancji wojewódzkiej w sprawach politycznych to były wyroki uniewinniające, gdy normalnie uniewinnienia to 2-4% wyroków”.

Do wyborów według alfabetu
Alfabetycznie ułożone listy są jedyną drogą do współpracy partii lewicowych – twierdzi prof. Janusz J. Tomidajewicz, wieloletni członek władz Unii Pracy. – Obecnie na lewicy wszelkie próby wspólnego działania politycznego rozbijają się nawet nie o różnice programowe, ale o animozje liderów, zaszłości historyczne i wzajemną podejrzliwość. Przy takim obrazie lewicowej opozycji olbrzymia część jej wyborców może uznać, że nie ma w czym wybierać, i albo nie weźmie udziału w wyborach, albo zagłosuje na wyraziste, w dodatku oferujące pewien program socjalny PiS. Czy dla lewicy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Dotychczasowe doświadczenia z budowania wspólnych lub koalicyjnych list na lewicy pokazują, że nawet jeśli na poziomie kierownictw poszczególnych partii lub organizacji istnieje tzw. wola polityczna jedności, to przy układaniu list pojawiają się targi o miejsca i liczbę kandydatów. Ułożenie listy kandydatów danego komitetu wyborczego zgodnie z jego preferencjami nie jest wcale bezwzględną koniecznością. Istnieje możliwość zbudowania listy w sposób neutralny, składając tym samym decyzję o wartości poszczególnych kandydatów w ręce samych wyborców. Ten sposób to ułożenie listy kandydatów komitetu na zasadzie alfabetycznej. Oczywiście postawi to przed partiami lewicowymi wiele wyzwań i narazi je na dodatkowe ryzyko. Przede wszystkim konieczne będzie przeprowadzenie odpowiedniej akcji informacyjnej i perswazyjnej, by przekonać wyborców lewicy do tego sposobu głosowania. Niezbędne będzie również przekazanie odpowiedniej wiedzy o kandydatach oraz reprezentowanych przez nich ruchach i partiach. Ponadto kampania na rzecz kandydata czy partii w ramach jednej lewicowej listy nie może być kampanią negatywną.

PRZEGLĄD ZWIĄZKOWY
Fiasko nowego Kodeksu pracy?
Nowe prawo pracy nie może pogarszać sytuacji pracowników, tym bardziej że mamy trwały wzrost gospodarczy, podkreśla Andrzej Radzikowski, wiceprzewodniczący OPZZ po zakończeniu prac przez Komisje Kodyfikacyjną Prawa Pracy. W przyjętych projektach znalazły się rozwiązania, nad którymi warto prowadzić dalsze dyskusje w Radzie Dialogu Społecznego. Są to m.in.: domniemanie istnienia stosunku pracy, wyższy dodatek za pracę w nocy, wprowadzenie 26-dniowego wymiaru urlopu wypoczynkowego dla wszystkich pracowników bez względu na staż pracy czy obligatoryjność inicjowania rokowań układowych przez pracodawcę zatrudniającego co najmniej 50 pracowników, u którego działa zakładowe przedstawicielstwo związkowe. W nowym kodeksie pojawiły się też bardzo niekorzystne rozwiązania dla osób pracujących w mikroprzedsiębiorstwach – firmach zatrudniających mniej niż 10 pracowników, jak możliwość wypowiedzenia umowy o pracę bez wskazania przyczyny uzasadniającej wypowiedzenie czy radykalne ograniczenie ochrony pracownic w okresie ciąży.

KULTURA
Szkoda czasu na łubu-dubu
– Indywidualizm nie jest u nas specjalnie doceniany – uważa Michał Bajor, piosenkarz i aktor. – Wprost przeciwnie, mam od jakiegoś czasu smutne wrażenie, że wręcz jest odrzucany. Mamy być tacy sami i we wszystkim równi. Mojej zgody na to nie ma. Kraj, żeby się rozwijać, tak jak to jest w dużej części cywilizowanych społeczności, musi mieć indywidualistów i elity, które podnoszą poprzeczkę. Choć znam swoje miejsce w szeregu, to mam również poczucie swojej ceny i historii, w której części związanej z kulturą i sztuką mam już jakieś miejsce. Nie będę udawał, że tak nie jest. Nie lubię fałszywej skromności… Od debiutu w wieku niespełna 16 lat aż do dzisiaj miałem bardzo, bardzo dużo szczęścia. Celebrytą na tamte lata i obecność w publikatorach też byłem. Pracowałem z największymi reżyserami filmowymi i teatralnymi, nagrałem 20 płyt z kompozycjami i tekstami najlepszych twórców, zagrałem i zaśpiewałem z plejadą aktorstwa i najlepszymi wykonawcami kilku pokoleń. Wreszcie nagrałem dla telewizji kilka pełnych recitali i dałem kilka tysięcy koncertów. A końca nie widać.

Qulturalia

MEDIA
Pani jeszcze nie wie, jak wygląda piekło
– Często piszę o problemach kobiet, o ich codziennej dyskryminacji mówi Justyna Kopińska, dziennikarka prasowa, autorka reportaży. – W sprawach kryminalnych ofiarami są zwykle kobiety albo dzieci. Sami biegli sądowi podkreślają, że dziecko jest najgorszym świadkiem, a kobieta mniej wiarygodnym niż mężczyzna. Wystarczy zajrzeć do statystyk dotyczących karalności gwałtów – prawie połowa sprawców dostaje wyroki w zawieszeniu, kolejni śmiesznie niskie kary. Przy wyborze tematu muszę się opierać na intuicji. Jeżeli ktoś potrafi ująć temat w jednym zdaniu i to jedno zdanie od razu mnie zaboli, wiem, że będzie z tego reportaż. Tak było w przypadku reportażu o siostrze Bernadetcie („Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie”). Przeczytałam po prostu: Pani jeszcze nie wie, jak wygląda piekło. A to piekło trwało wiele lat.

Jak karać za fake newsy
Na kilku prawicowych amerykańskich portalach internetowych pojawiła się ostatnio informacja, jakoby Malia Obama, 19-letnia córka byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, obecnie ucząca się na pierwszym roku na Uniwersytecie Harvarda, została zawieszona w prawach studenckich za napisanie w ramach pracy zaliczeniowej eseju o „wyobrażonym świecie bez białych ludzi”. Sensacji jednak wielkiej z tego nie było. Uczelnia szybko zdementowała te doniesienia. Historia okazała się wyssanym z palca fake newsem. Takich kompletnie zmyślonych, półprawdziwych lub niepełnych informacji w sieci są codziennie setki, być może tysiące. Na szczęście coraz więcej krajów wprowadza przepisy przeciwko dezinformacji. W parlamencie Malezji przedstawiono projekt ustawy wprowadzającej karę potencjalnie aż do 10 lat pozbawienia wolności za świadome upublicznianie i kolportowanie nieprawdziwych informacji. W przypadkach przewinień na mniejszą skalę, bądź nieświadomego działania, zamiast więzienia grozić będzie kara pieniężna o równowartości nawet 125 tys. dol. Nie wiadomo jeszcze, w jakim kształcie ustawa zostanie uchwalona przez parlament – opozycja nawołuje do zmniejszenia kary więzienia i zmiany niektórych sformułowań z dokumentu. Zgodnie z niemieckimi regulacjami jeśli zarządca treści internetowych nie zareaguje w ciągu 24 godzin na dostępne w jego medium treści kwalifikowane jako mowa nienawiści, zwłaszcza oparte na nieprawdziwych informacjach, może się liczyć z karą pieniężną sięgającą aż 50 mln euro. O potrzebie ściślejszej regulacji rozpowszechniania informacji w internecie i weryfikowania ich źródeł oraz jakości coraz częściej mówi się też w USA, zwłaszcza w obliczu coraz większych kłopotów Facebooka. Jednak aby tworzyć prawo skutecznie przeciwdziałające dezinformacji, potrzebujemy nowej, znacznie lepiej zaznajomionej z technologią klasy politycznej.

OBSERWACJE
Tutaj nie ma wi-fi, zapomnij
Indian Tsachilas zostało tylko ok. 2 tys. Zamieszkują prowincję Santo Domingo de los Tsachilas w Ekwadorze. Wielu z nich stara się żyć tak jak przed laty. Bez wątpienia jednak są jednymi z pierwszych ludzi, którzy osiedlali się na tym trudnym terenie w dżungli. Podstawowym źródłem ich utrzymania jest uprawa roli, rybołówstwo, polowanie i zbiór dzikich owoców. Między sobą posługują się językiem tsafiqui, choć młodzi Tsachilas wolą już mówić po hiszpańsku, spychając rdzenną mowę w zapomnienie. Coraz chętniej porzucają też tradycyjne stroje i próbują żyć jak inni Ekwadorczycy. Tsachilas wyróżniają się fryzurą. Mężczyźni golą włosy po bokach, a te na czubku farbują na czerwono, układając je tak, by powstało coś w rodzaju czapeczki. Do farbowania służy im roślina achiote, rosnąca w każdym zakamarku wioski Chigüilpe. Indianie ozdabiają także ciała, pokrywając je liniami i symbolami słońca oraz księżyca. Tradycja malowania wywodzi się z czasów, gdy Tsachilas walczyli z ospą. W Chigüilpe mówi się, że wszystko się zmieniło, kiedy wielki szaman Tsachila poprosił Wielkiego Ducha, aby ten wskazał mu rozwiązanie problemu. Został wtedy zaprowadzony do krzaka achiote. Indianie wysmarowali się rośliną, a w podzięce za to, że udało im się przetrwać, zaczęli regularnie malować włosy. Od tego czasu zdobienia stały się ich znakiem rozpoznawczym wśród plemion Ekwadoru.

Starożytne świątynie rozkoszy
Prostytucja pojawia się w Helladzie po Homerze, i to w dość niezwykłej formie. W Koryncie, przy świątyni bogini miłości Afrodyty. Jak donosił Strabon, służyło jej tam ponad tysiąc hierodul, prostytutek świątynnych, za sprawą których wyznawcy „łączyli się” z boginią. Kobiety trafiały tam m.in. jako dary od wiernych. Prostytutki nie musiały być przywiązane do żadnej świątyni, mogły pracować w domu, na ulicy, w portykach budynków czy nawet na cmentarzach. O ile nie zachował się żaden opis greckiego domu publicznego, o tyle rzymski znamy chociażby z charakterystyki autorstwa Juwenalisa. Brutalny opis domu schadzek – brudnego, okopconego, przesiąkniętego potem – wydaje się odpowiadać rzeczywistości. Około 100 r. n.e. było w samym Rzymie ok. 32 tys. prostytutek, nazywanych m.in. meretrices oraz nonariae (czyli „dziewczynami godz. 9”, bo po tej godzinie rzymskiej rachuby dnia, czyli około naszej 14, zwykle mogły wychodzić na ulice). Dla porównania w stosunkowo niewielkich, mających hektarów, kilkunastotysięcznych Pompejach zidentyfikowano aż 30-35 miejsc, w których świadczono usługi seksualne. Prostytutki były rejestrowane i opodatkowane, więc na seksbiznesie zarabiało też państwo.

Fragmenty książki Adama Węgłowskiego „Wieki bezwstydu. Seks i erotyka w starożytności”, CiekawostkiHistoryczne.pl.

ZDROWIE
Pasożyt – wróg czy przyjaciel?
– Choroby pasożytnicze ludzi w porównaniu do okresu sprzed wielu lat czy do krajów tzw. Trzeciego Świata nie są u nas częste i bardzo groźne – twierdzi dr Piotr Borkowski, specjalista w dziedzinie chorób zakaźnych. – Można starać się ich unikać. Obecnie najczęściej pojawiają się pasożytnicze choroby odzwierzęce, pochodzące od psów i kotów, dla ludzi niezbyt groźne. Natomiast toksoplazmoza, którą w Polsce średnio ma co trzeci człowiek, manipuluje nami w postaci uśpionej. Tego najczęściej występującego na świecie pasożyta nabywamy drogą pokarmową; w 80% z mięsa wcześniej zarażonych zwierząt i w 20% z wody, brudnych rąk, warzyw zanieczyszczonych kocimi odchodami. Występowanie chorób pasożytniczych zmarginalizowało się. Nasz poziom cywilizacyjny i większa higiena stanowią dla nich zaporę. Ale paradoksalnie niektóre pasożyty występują teraz częściej. Owsiki, wszawica u dzieci. To rzecz wstydliwa, bo nawet w stolicy co czwarte warszawskie przedszkole zgłasza występowanie owsików lub wszawicy. Wszyscy myśleli, że mamy to już za sobą, a tymczasem pasożyty wróciły. Ale nie dotyczy to tylko polskich miast. W Nowym Jorku też są.

Mistrzowie kontroli umysłów
Na człowieku żeruje ponad 1400 różnych pasożytów – a to tylko liczba znanych nam gatunków. Nieznane czekają na odkrycie. Należy przyjrzeć się pasożytowi, który może zagrażać naszym umysłom. Tym pasożytem jest toksokara. Celia Holland z Trinity College w Dublinie twierdzi, że pasożyt ten obniża funkcje poznawcze, co od dawna umyka uwadze naukowców. Toksokara zbiera nierównomierne żniwo, jeśli chodzi o narodowość grup żywicieli. Okazało się, że aż 23% afroamerykańskich dzieci było nosicielem pasożyta w porównaniu z 13% dzieci pochodzenia latynoskiego i 11% dzieci białych. Całkiem możliwe, że pokrzywdzone mniejszości osiągają gorsze wyniki w nauce nie tylko z powodu ogólnie znanych czynników, takich jak niedożywienie czy gorszy poziom edukacji, ale również z powodu pasożytów w ich głowach. Hordy mikroskopijnych manipulantów zasiedlają nasze ciała, a przecież nie wszystkie życzą nam źle. Tak naprawdę niektóre z nich – nazwijmy je, zresztą zgodnie z prawdą, symbiontami – mogą nam nawet poprawiać humor i dostarczać innych korzyści. Dla nich liczy się to, jak się czujemy i co robimy. Ostatecznie mają więc udział w naszym przetrwaniu.

Fragmenty książki Kathleen McAuliffe „Pasożyty w twoim mózgu”, Wydawnictwo Czarna Owca.

FELIETONY I KOMENTARZE
Jerzy Domański: Silni w gębie
Jan Widacki: Prokuratura dobra na wszystko
Roman Kurkiewicz: Odpomniczyć Polskę
Ludwik Stomma: W co wierzy Polak
Tomasz Jastrun: Lud i Bóg
Edward Mikołajczyk: Miecugow by tego nie zrobił

Wydanie: 16/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy