Nastał nam kryzys demograficzny

Nastał nam kryzys demograficzny

Wiele, wiele lat temu, gdy pracowałem w Wojewódzkiej Komisji Planowania Gospodarczego we Wrocławiu, natrafiłem na poważny kłopot: – jak planować rozwój szkół podstawowych, skoro nikt nie wie, ile dzieci będzie do nich uczęszczać. Wpadłem wtedy na dziecinnie prosty pomysł, by nauczyciele, przy pomocy proboszczów i Urzędów Stanu Cywilnego, zaczęli liczyć noworodki. Kurator trochę się krzywił, ale ponieważ był to mój egzaminator z tajnej matury w Mielcu, znakomity człowiek, profesor Biernacki – przeto zgodził się na moje nalegania i za pół roku potrafiliśmy operować porządnymi danymi liczbowymi. Łatwo przygotowaliśmy realny – jak się okazało – plan budownictwa szkolnego.

Zostało mi z tamtych lat upodobanie do obserwowania informacji demograficznych, toteż w pobliżu roku 1980 napisałem w tygodniku “Kultura”, którego byłem felietonistą, dosyć odważny – jak na owe lata – tekst ostrzegający, że oto zbliża się w Polsce deficyt demograficzny. Wybuchła awantura, bowiem Kościół katolicki też bił na alarm z powodu wielkiej liczby aborcji. Uznano zapewne, że agituję za interesami Kościoła i zostałem, już nie pamiętam, przez kogo i gdzie, surowo skarcony. Mógłbym temu i owemu przypomnieć, sięgając do swego archiwum, ale wolę tego nie robić. Raz już zaatakowałem swego ostrego polemistę z tamtych lat, który podjął się rozpocząć, na zlecenie Biura Prasy KC PZPR, ostry atak na mnie za felieton wskazujący, że może by tak różnych moralnych niedostatków PRL przestać upatrywać w szlacheckiej przeszłości kraju – a przyjrzeć się temu, co idzie ze wsi, od tradycji chłopskiej, niepięknej, szczególnie, gdy idzie o stosunek do ludzi starych, już do pracy nieużytecznych. Zabawne było to, że owo zalecenie dania mi po uszach wyszło od człowieka, który w studenckich czasach opowiadał kolegom w akademiku, jak z tymi starymi bywało na wsi. Okrężną drogą ta relacja dotarła do mnie i była impulsem do sformułowania owej karygodnej opinii o chłopach polskich, wzorach wszelkich cnót, jak mnie pouczano. Miałem tego człowieka, co ten atak na zlecenie rozpoczął, za zwykłą, dziennikarską świnię, ale krótko potem ów nieszczęsny wykonawca wyroku na mnie okazał się jednym z najmądrzejszych i najprzyzwoitszych dziennikarzy polskich. Nie myślałbym o moim adwersarzu tak źle, gdybym nie miał poważnego dowodu przeciw niemu. 17 gazet podległych Komitetom Wojewódzkim PZPR zaatakowało mnie mocno niewybrednie. Głównym argumentem w sprawie złego stosunku do starych, zbędnych w gospodarstwie ludzi, było, oczywiście, moje pochodzenie społeczne.
Niech ten wredny obszarnik zamknie mordę i świętego chłopstwa nie kala. Raczej niech pomyśli, co na nim ciąży, ze szczególnym uwzględnieniem targowickiej zdrady i pańszczyzny. Przywykłem do tego, że jak moje pisanie zdobywało uznanie, przywoływano pamięć marszałka Stanisława Małachowskiego, tego od Konstytucji 3 Maja, narodowej świętości. Ilekroć jednak mówiłem coś dla władzy niewygodnego, zaraz pojawiał się brat marszałka, Jacek Małachowski, łotr nad łotry, jeden z głównych animatorów Targowicy. Nie jestem potomkiem żadnego z nich, więc tym bardziej śmiałem się, aliści atak 17 gazet partyjnych, to już nie były żarty, lecz pewna utrata możności publikowania. Teraz niektórzy dziennikarze “Gazety Wyborczej” urządzają na mnie podobne – jak wówczas – polowania. Przywykłem. Komuna garbowała skórę, lecz hartowała charaktery. Skorzystałem.
Wróćmy do demografii. Prosta reprodukcja ludności wymaga, aby kobieta rodziła średnio 2,3 dziecka. Nasze panie jeszcze do niedawna osiągały wskaźnik rozrodczości dużo skromniejszy – wszystkiego 1,8. Ten kłopot łatwo było dostrzec nie tylko w statystykach, z tym, że niektóre ostrzegawcze informacje miały też łatwe do opisania przyczyny natury socjologiczno-ekonomicznej. Ambicje zawodowe kobiet, brak mieszkań dla młodych małżeństw, pokusy konsumpcjonizmu czyhające na młodych, pragnących używać życia póki czas ku temu sprzyja itd. Trzeba jeszcze doliczyć kłopoty z otrzymaniem pracy przez młode mężatki, co jeszcze uważane jest przez pracodawców za pół biedy, ale już macierzyństwo i ustawiczne zwolnienia na opiekę nad dziećmi straszą przed zatrudnianiem takich społecznie pożytecznych istot bardzo silnie.
“Ja rozumiem, że społeczeństwu potrzebne są dzieci, ale dlaczego ja mam za to płacić” – powiedział mi, niby żartem, pewien przedsiębiorca tępiący w swej firmie pracę młodych kobiet. Podobnych przyczyn o podłożu materialnym można wyliczyć bardzo wiele. Jeśli do nich dodać uwarunkowania psychologiczne i moralne, czyli wybieranie łatwiejszej drogi życia, mamy to, co się ostatnio ujawniło, czyli deficyt demograficzny. Więcej nas ubywa, niż się rodzi, więcej małżeństw ustaje, niż się zawiera, i kłopot – jeszcze nie teraz, zaraz, ale w przyszłości.
Gdyby nie powszechnie znany fakt, iż kryzys demograficzny toczy się przez cały świat zamożny, bądź tylko zamożniejący, byłoby łatwo oskarżyć zarówno wprowadzany u nas bardzo nieumiejętnie ustrój kapitalistyczny, jak i wskazać na zanik skuteczności misji duszpasterskiej Kościoła katolickiego. O tej krytycznej sytuacji misji duszpasterskiej chcę napisać za tydzień. Na szczęście, dla myślących czytelników, świata nie da się objaśnić przy pomocy prostych formułek. Obecny kryzys demograficzny jest wynikiem powszechnej zmiany wielu dawnych i cennych wartości. Wrócę do tego.

2 stycznia 2000 r.

Wydanie: 2/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy