Nauczyciel

Nauczyciel

Przeszczep był obsesją Religi. Już po pierwszej rozmowie z profesorem można było odnieść wrażenie, że o niczym innym nie myśli

Prof. Marian Zembala – kardiochirurg

Miał pan w swoim życiu wielu mistrzów. Jednym z nich, może najważniejszym, był profesor Zbigniew Religa.
– Największym. Był pozytywnie szalony, ale przy tym też miał społeczną wrażliwość Jacka Kuronia. Kuroń był dla niego postacią, na którą często się powoływał. Religa zajechałby pięć zespołów, jeżeli tego wymagałaby sytuacja, jeżeli to pomogłoby uratować chorego. Był jednocześnie kimś niespotykanie świeżym i potrzebnym w polskiej medycynie. Lubił słuchać, lubił się dzielić, dyskutować na argumenty i działać. Jedyne, przed czym nas przestrzegał, to media. Mówił do mnie i Andrzeja Bochenka: „Słuchajcie chłopaki, media was popsują, zostawcie to mnie”. Może miał w tym trochę racji.

Pamiętam, jak kiedyś wyjechał z Zabrza na dwutygodniowy urlop na ryby, a nie zdarzało się to zbyt często, i akurat wtedy przywieziono nam pacjenta, który wymagał natychmiastowego przeszczepu serca. Zero kontaktu z Religą. Wspólnie z Andrzejem zdecydowaliśmy, że nie możemy czekać, że robimy. Wszystko się udało. Jakimś cudem dowiedziały się o tym media i przyszło kilku dziennikarzy, pojawiła się też telewizja. Udzieliliśmy paru wywiadów, licząc na to, że Religa na tych rybach nie będzie oglądał telewizji. I nagle wraca Religa i woła nas do siebie. Siada i mówi: „Słuchajcie, ile zabiegów zrobiliście podczas mojej nieobecności?”. Odpowiadamy z dumą, że 17. Na co on: „To szczerze powiem, że nie za dużo. Dużo jednak czasu spędziliście przed kamerą”. Ani słowa więcej. Te wywiady odbijały nam się czkawką przez kilka tygodni. (…)

Zdradzi pan szczegóły listu, który otrzymał od prof. Religi, a którym zapraszał pana do Zabrza?
– Wtedy jeszcze od docenta Religi. Przypominał w nim nasze wspólne mieszkanie w Polanicy. Nigdy nie zapomnę tego, jak po nocach siedzieliśmy w tym pokoiku i dyskutowaliśmy, pijąc kranówkę wśród kłębów dymu. Pamiętam, jak Religa przekonywał mnie wtedy: „Marian, w Polanicy woda w kranie musi być mineralna. Spokojnie możemy pić”. W liście do mnie napisał mniej więcej tak: „Szanowny Kolego, mieliśmy przyjemność dzielenia jednego pokoju na konferencji kardiologiczno-kardiochirurgicznej z udziałem transplantologa i kardiochirurga prof. Mariusa Barnarda i anestezjologa dr. Curcia w Polanicy. Ponieważ od trzech tygodni jestem w Zabrzu, gdzie będę ruszał z supernowoczesnym ośrodkiem, byłoby mi miło, gdyby zechciał Pan dołączyć do mnie i do mojego zespołu”. To był jego styl! Kto oglądał „Bogów”, ten mógł zobaczyć, jak ten „supernowoczesny” ośrodek wtedy wyglądał. List kończył się słowami: „Zapraszam i czekam”. Później dostałem list od prof. Stanisława Pasyka, dyrektora szpitala, w którym również on zapraszał do Zabrza. Trzecim był bardzo miły list od dr Lili Goldstein, która powoływała się na rozmowy z Religą i Pasykiem i przekonywała mnie, że Zabrze będzie lepszym wyborem od Kapsztadu.

Religa nie był wtedy ikoną.
– Był świeżo po stażu w znanym ośrodku dr. Adriana Kantrowitza w Detroit, w USA i rozsadzała go pozytywna energia, zarażał nią nas wszystkich. (…)

Od razu wiedzieliście, że waszym celem będzie przeszczep serca?
– To była obsesja Religi. Już po pierwszej rozmowie z profesorem można było odnieść wrażenie, że o niczym innym nie myśli. Przeszczep i cel w życiu w przypadku Religi były tym samym. Doskonale wiedzieliśmy, że nie spocznie, dopóki nie przeszczepi serca. Pracowaliśmy jednak wielotorowo. Zaczęliśmy m.in. operować śląskie dzieci, które wcześniej musiały jeździć na operacje do Łodzi lub Warszawy. Szpital ruszył 15 sierpnia 1985 r., a już 5 listopada 1985 r., a więc zaledwie po dwóch miesiącach od uruchomienia, doszło do pierwszej w Polsce transplantacji serca u pacjenta z Krzepic Józefa Krawczyka.

Nie byliście pierwszymi, którzy podjęli się próby przeszczepienia serca.
– Pierwszym, który w Polsce podjął taką próbę, był prof. Jan Moll, ojciec Jacka Molla, z zespołem, profesorami Antonim Dziatkowiakiem i Kazimierzem Rybińskim. Zabieg odbył się w Łodzi 4 stycznia 1969 r. Chwała mu za to. (…) Chory umarł, ale samą próbę trzeba bardzo docenić. Chory, którego wtedy operowano, miał nadciśnienie płucne oraz inne przeciwwskazania, o których pamiętaliśmy przy kolejnych transplantacjach. Religa powiedział kiedyś, że swój przeszczep serca w sposób szczególny dedykuje właśnie prof. Janowi Mollowi.

Prof. Jan Moll nie podjął się jednak drugiej próby przeszczepu. Dlaczego?
– Jego niepowodzenie spotkało się z niesprawiedliwym i niesłusznym ostracyzmem środowiska medycznego. Bardzo to przeżył i dlatego wycofał się z dalszych prób i działań.

Już 5 listopada 1985 r. doszło w Zabrzu do pierwszej próby przeszczepu serca.
– W Holandii nasłuchałem się wiele o przeszczepach. Miałem przecież okazję wypytywać Hitchcocka (prof. François Hitchcock, wybitny kardiochirurg z holenderskiego Utrechtu – przyp. red.) o każdy interesujący mnie szczegół. Byłem jednak teoretykiem, nie widziałem do tej pory żadnego przeszczepu, o udziale w przeszczepie nawet nie marząc. Żaden z nas nawet wcześniej nie asystował przy przeszczepie. Sam Religa nigdy nie widział przeszczepu serca. Wszyscy mieliśmy jedynie wiedzę teoretyczną, jak tego dokonać, ważną, ale nadal tylko teoretyczną. Półtora dnia wcześniej Religa był w Warszawie, gdzie się dowiedział, że mamy dawcę. Moim zadaniem było przygotowanie biorcy, pana Józefa Krawczyka, którego znałem osobiście, oraz przygotowanie dawcy do pobrania.

Znał pan biorcę osobiście?
– Pan Krawczyk pochodził z moich rodzinnych Krzepic. Był bardzo schorowanym rolnikiem. Znałem go od dziecka. Wiedziałem, że jest ciężko chory. Gdy prof. Religa powziął ostateczną decyzję o przeszczepie, od razu pomyślałem o panu Krawczyku. Nie mógł dłużej czekać, na pół roku przed przeszczepem jego organizm przestał reagować na leki.

Kto był dawcą? Jak to się odbyło?
– 20-letni mężczyzna, pan Włodzimierz, ofiara wypadku samochodowego. Dzisiaj serce przewozi się do biorcy w specjalnych pojemnikach. W 1985 r. nie śniliśmy o takich rozwiązaniach, więc musieliśmy przywieźć ciało dawcy, podtrzymując pracę jego serca. Musieliśmy jednocześnie załatwiać zgodę rodziny oraz prokuratury.

Jaka była wtedy pańska rola?
– Podczas rozpoczęcia operacji przy biorcy był Zbigniew Religa z Andrzejem Bochenkiem, przy dawcy zaś ja i Bogusław Ryfiński. Równocześnie, na dwóch stołach w jednej sali, otwieraliśmy zmarłego i pacjenta oczekującego na przeszczep. Przygotowaliśmy dawcę, przygotowaliśmy kardiopleginę jako specjalną protekcję i ochronę przed niedokrwieniem serca. Wtedy poprosiliśmy Religę, który wyciął serce dawcy i zanurzone w wodzie z lodem w warunkach sterylnych ostrożnie przeniósł w misce, gdzie był biorca. Pamiętam, że nigdy w życiu tak się nie stresowałem. Modliliśmy się, by mu się udało. Wszczepił… Po chwili serce wolno podjęło pracę. Wiedzieliśmy, że to nie koniec, ale pomimo wszystko odetchnęliśmy z ulgą. Najtrudniejsze było za nami. Operacja trwała kilkanaście godzin. Nie byliś-
my świadomi pory dnia.

Wszystko było wtedy pierwsze – poczynając od widoku pobranego serca, pustej klatki piersiowej, z której wyciągnęliśmy uszkodzone serce, po widok nowego serca, które zaczyna bić w ciele biorcy. Do tych obrazów dojrzewaliśmy potem przy kolejnych przeszczepach. Poruszające się nowe (dla biorcy) serce ma w sobie jakąś tajemnicę, jakby zmartwychwstania, niepojętą, ale namacalną.

Po szóstym przeszczepie Religa scedował większość przeszczepów na nas, a sam znalazł sobie inny szczytny i trudny cel – mechanicznie wspomagane sztucznymi komorami serce, czyli jak uratować chorego, używając skonstruowanych sztucznych komór, w sytuacji kiedy nie ma odpowiedniego dawcy.

Pamięta pan, jaka była reakcja pana Krawczyka po wybudzeniu?
– Dobrze zapamiętałem te słowa: „Jezus Maria, ja żyję…”. Czuwaliśmy przy nim 24 godz. na dobę. Baliśmy się o pacjenta, ale jednocześnie rozsadzała nas trudna do opisania radość. Przez trzy kolejne doby nie mogłem zasnąć i nie czułem się zmęczony. Padłem dopiero w czwartą dobę, spałem w szpitalu non stop całe dziewięć godzin. Religa był wniebowzięty, w całym szpitalu panowała euforia. Szybko dowiedziały się o wszystkim media. Zrobił się niewiarygodny szum, informacja poszła w świat. Pacjent był stabilny, poszło nam bardzo sprawnie jak na pierwszą operację. Pan Józef Krawczyk wybudził się, rozmawiał, cieszył się widokiem żony Stanisławy i dzieci. Niestety, w szóstej dobie pojawiły się powikłania — niewydolność nerek, zatrzymała się diureza, zbyt szybko rósł poziom potasu. Nie zdołaliśmy uratować pana Krawczyka. Zmarł ósmego dnia po przeszczepie. Nie byliśmy w stanie nic zrobić. Rodzina Krawczyków okazała nam jednak wielką życzliwość, wdzięczność i zrozumienie.

Pierwszy przeszczep nie był pełnym sukcesem, bo pacjent ostatecznie zmarł. Nie mogliśmy jednak na tym poprzestać. Po dwóch dniach przyszedł Religa i mówi, że szukamy kolejnego dawcy. Drugi pacjent, któremu przeszczepiliśmy serce, pan Chruszcz, już kilka dni po operacji zaczął chodzić po szpitalnym korytarzu. Planowaliśmy nawet przeniesienie go w inne miejsce, do sanatorium w Szklarskiej Porębie do ośrodka prowadzonego przez siostry zakonne, gdzie mógłby spokojnie dojść do siebie. Niestety, po 20. dobie pacjent dostał nagle zapalenia płuc, a w ciągu kolejnych dni stał się pacjentem skrajnie niewydolnym. Respirator… Nic to jednak nie pomogło, zmarł. Po latach rozpoznaliśmy u niego zapalenie wirusem cytomegalii, które w tamtych czasach było trudne do rozpoznania. Nie poddaliśmy się. Trzeci pacjent szedł nam źle i zmarł bardzo szybko… Czwarty chory wyszedł już ze szpitala na własnych nogach i tak rozpoczęła się nowa era polskiej transplantologii. Wszystko działo się w ciągu trzech miesięcy.

Trudno się to wspomina z dzisiejszej perspektywy, bo z jednej strony osiągnęliśmy wielki sukces, ale z drugiej nie udało nam się uratować pierwszych trzech pacjentów. Nasz zabrzański sukces oraz życie ponad 1,2 tys. kolejnych pacjentów jest również zasługą tych pierwszych operacji. (…)

Zdarzało się panu posprzeczać z Religą?
– Żeby to raz! Ale tylko o chorego i zawsze merytorycznie. Jeżeli ktoś patrzył na chorego i mówił, że jest 90% szans na to, że nie przeżyje operacji, to w Relidze się gotowało i kazał nam się skupić na 10% szansy. On zawsze brał do siebie tych pacjentów, których bano się operować w innych szpitalach ze względu na zagrożenie życia. Swego czasu krążyła w szpitalu anegdota, że nie wolno pozwolić Relidze odbierać telefonów, bo nawet jak usłyszy, że pacjent nie ma od kilku godzin krążenia, to i tak będzie kazał przywieźć go do Zabrza.

Dostał pan kiedyś jakąś reprymendę od prof. Religi?
– Reprymendę? Raz ochrzanił mnie, i to zdrowo, za to, że nie było mnie w weekend w szpitalu. Dodam jedynie, że był to rok 1985, moja rodzina mieszkała wtedy jeszcze we Wrocławiu i nie widzieliśmy się już od sześciu tygodni. Pracowałem dzień i noc, dzień i noc. W zasadzie nie wychodziłem ze szpitala. Wyjechałem w końcu na weekend, a po powrocie Religa mówi do mnie: „Nic mnie to nie obchodzi. Chorzy wymagali, byś został z nimi na weekend. Byłeś tu potrzebny”. Ale to był chyba jedyny raz, kiedy mi się od niego oberwało. Religa był bardzo merytoryczny i lubił dyskutować na argumenty. Takich dyskusji mieliśmy bez liku.

Prof. Religa raczej nie należał do wyjątkowo opanowanych ludzi?
– W największą furię wpadał, gdy się dowiedział, że któryś z lekarzy przyjął pieniądze od pacjenta. Pod tym względem był bezkompromisowy. I bardzo dobrze. W tamtych czasach korupcja była rakiem, który od środka trawił środowisko medyczne w Polsce. Śmiem twierdzić dzisiaj, że to prof. Relidze zawdzięczamy, że te niechlubne praktyki odeszły bezpowrotnie. Nic nie tłumaczy korupcji. Religa te kwestie rozwiązywał bardzo szybko i zdecydowanie, w obecności całego zespołu. Nie było wtedy dyskusji. Jedno ostrzeżenie, bez cienia szansy na kolejne. Kolejna taka sytuacja oznaczała wywalenie ze szpitala bez śladu współczucia. Podziwiałem tę jego konsekwencję. Uczył, że branie pieniędzy jest kompromitacją i dyshonorem dla biorącego lekarza. (…)

Wspomniał pan o politykach. W 2005 r. sam prof. Religa rozpoczął swoją przygodę z polityką.
– Ta historia, w pewnym sensie, jest dla mnie przestrogą. Prof. Religa powiedział mi kiedyś, że ma wrażenie, że nie sprawdził się jako polityk. Będąc politykiem, można zwielokrotnić zasięg swojego działania, przenieść do skali makro wzory i rozwiązania, które sprawdziły się wcześniej w mniejszych obszarach. Zderzenie z koniunkturalnym sposobem uprawiania polityki może jednak przytłoczyć. Polityka nastawiona na zysk pewnej grupy kłóciła się z przekonaniami Religi. On chciał działać globalnie, w skali całego kraju. To był człowiek, który nie lubił przegrywać, nie lubił iść na kompromis w sytuacjach, gdy wydawało mu się, że rozwiązanie jest proste i nie wolno tracić czasu na dzielenie włosa na czworo. Jak kamień w bucie uwierały go sytuacje, gdy był nakłaniany do czegoś innego, niż dyktowało mu sumienie. Bardzo przeżył, że nie został prezydentem.

Nie godził się z przegraną?
– Na żadnej płaszczyźnie. Był wojownikiem, który zawsze brnął do przodu, po zwycięstwo. Zderzył się jednak z realiami polskiej polityki, która daleko odbiegała od jego założeń. Religa patrzył na politykę trochę w amerykańskim duchu, gdzie podział partyjny jest bardziej klarowny. Mam wrażenie, że bardziej by się odnalazł w tym amerykańskim podziale na republikanów i demokratów. Opowiedziałby się wtedy zdecydowanie po stronie tych pierwszych. Czasami zaskakiwał, kiedy mówił, że z przekonania jest i pozostanie socjalistą z poglądami bardzo bliskimi do wspomnianego tu Jacka Kuronia, którego bardzo cenił. Polski system wielopartyjny nie do końca mu odpowiadał. Mówił mi często: „Wiesz, Marian, ja ich nawet słucham. Słucham i nie rozumiem, co oni do mnie mówią”. Z dzisiejszej perspektywy bardziej trafiają do mnie te słowa.

Jako zespół wierzyliście w jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich?
– Kibicowaliśmy mu. Był silny, obecny w mediach, jego pozycja rosła, liczono się z nim. W swoich poglądach był bardzo proeuropejski, z szerokimi horyzontami. Religa patrzył jedynie w przyszłość, czym ciągnął za sobą tabuny ludzi. Liczyliśmy, że w polityce również będzie podobnie. Doskonale radził sobie z niespodziewanymi sytuacjami. Wkurzał się, ale za chwilę przechodził do działania. Nie siedział w miejscu, z głową w dłoniach, użalając się nad swoją bezradnością. Gdy w Zabrzu, na początku naszej pracy, zdarzały się sytuacje, że brakowało nam praktycznie wszystkiego, począwszy od szwów, to Religa brał telefon i dzwonił do USA, do liderów organizacji polonijnych. Jak zwykle w takiej sytuacji największą pomoc otrzymywaliśmy od państwa Aleksandrii i Stefana Patrasiów oraz organizacji Polish Children’s Heartline. Przesyłali zakupiony sprzęt jednorazowy, kaniule, oksygenatory, szwy chirurgiczne, różnorodne cewniki. Dzięki temu mogliśmy bez większych przerw operować. Bez tej pomocy mielibyśmy poważne problemy.

Profesor ostatecznie wycofał jednak swoją kandydaturę w wyborach.
– I to było dojrzałe posunięcie. Był człowiekiem ambitnym, ale nigdy nie przedkładał własnych ambicji nad dobro wspólne. Przekazał swoje poparcie Donaldowi Tuskowi, który przegrał z Lechem Kaczyńskim. Jeszcze w tym samym roku premier Kazimierz Marcinkiewicz zaprosił go do rządu. Myślę, że jego polityczne ambicje zostały wtedy w pewien sposób zaspokojone. Cieszył się z tego zaproszenia. Wierzył, że uda mu się zrobić coś dla kraju.

Zawsze stał po stronie reformatorów, ale jednocześnie uważał, że tych reformatorów w wolnej Polsce jest zdecydowanie za mało. Miał kilka wzorów, które często przywoływał. Szczególnie cenił dwóch swoich poprzedników: ministra prof. Wojciecha Maksymowicza oraz ministra Marka Balickiego.

Kiedy objął już stanowisko ministra zdrowia, nasze kontakty stały się rzadsze. Dzwonił jednak do mnie zwykle raz w tygodniu, w czwartek lub piątek.

Bycie ministrem zdrowia to bardzo ważny etap w jego życiu. Czuł, że jego misja, która zawsze związana była z pacjentem, przeskoczyła na inne, szybsze i zdecydowanie bardziej decyzyjne tory. Dobrze się czuł w tej roli.

8 marca 2009 r. umiera prof. Zbigniew Religa. Wygłosił pan słowo pożegnania na pogrzebie swojego mistrza.
– Przyjechałem na Powązki dużo wcześniej. Chodziłem po cmentarzu i zastanawiałem się, co mam powiedzieć. Nie potrafiłem zebrać myśli. Prof. Religa był tak wyjątkową postacią, że trudno byłoby uchwycić całość jego osoby w jednym przemówieniu. Musiałem odnaleźć klucz, według którego mógłbym go opisać. Tym kluczem okazało się „dziedzictwo”. Zadałem sobie pytanie: „Co po nim zostanie?”. Chciałem, by nikt nie zawłaszczył sobie Religi, by uniwersalny charakter jego pracy na zawsze pozostał uniwersalny.

Znałem profesora bardzo dobrze. W ostatnich miesiącach życia miał świadomość swojego przemijania, wiedział, że jego dni są policzone. Religa był agnostykiem. Pamiętam jednak sytuację, gdy zmarła nasza młoda koleżanka. Przyszedł do mnie i mówi: „Chodź, zawieziesz mnie do niej”. Pojechaliśmy do kościoła w Gliwicach. Zimno, mroźny styczeń. Siedzieliśmy tam półtorej godziny. Ten Religa, który mówił o sobie, że nie wierzy, siedział w zadumie przez półtorej godziny w kościele. Proszę mi uwierzyć, że gdybym był sam, już dawno bym wyszedł.

Jego spór z Bogiem rozpoczął się tak naprawdę w chwili, gdy zapadł wyrok – rak. Religa był wojownikiem, nie akceptował śmierci. Buntował się! Wyszedł z alkoholizmu, ale nie udało mu się rzucić palenia. Ten drugi nałóg okazał się w jego przypadku bardziej nieszczęśliwy w skutkach.

Pamięta pan wasze ostatnie spotkanie?
– Zadzwonił do mnie w lutym, wieczorem. Mówił, że się kiepsko czuje, ale okej, daje radę. Zaprosił mnie na uroczystość do Pałacu Prezydenckiego, podczas której, jak powiedział, otrzyma od prezydenta Lecha Kaczyńskiego ostatni za życia order. Szczególnie prosił, by dopilnować, że na to spotkanie dotrze pani Aleksandria Patraś i przedstawiciele amerykańskiej Polonii z New Jersey. Mówił, że ma wielki dług wobec pani Aleksandrii Patraś i jej Polish Children’s Heartline. „Pamiętaj, liczę na przyjazd całego zabrzańskiego zespołu”, dodał na koniec. Przybyliśmy w wyjątkowo dużej grupie.

Fragmenty rozmowy z książki Mariana Zembali i Dawida Kubiatowskiego Spotkania. Opowieści o wierze w człowieka, Helion/Editio, Gliwice 2017

Wydanie: 1/2018

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy