Niedotykalna milionerka

Niedotykalna milionerka

Nowa śmietanka

Z Suszantem Gaikwadem umawiam się w galerii handlowej tuż przy wielkopowierzchniowym salonie z kosmetykami polskiego Inglota. Patrzę na młodego faceta w garniturze, szefa firmy, która zajmuje się zarządzaniem markami w mediach społecznościowych i ma ok. 70 klientów. Trochę głupio mi pytać go o pochodzenie. Ale w końcu sami skrzyknęli się pod wspólnym sztandarem dalitów biznesmenów, więc jednak się ośmielam i pytam:
– A co właściwie was odróżnia?

Indyjska Izba Przemysłowo-Han­dlowa Dalitów w 2005 r. miała 100 członków – osiem lat później ma ich już 3 tys. Są wśród nich założyciele banków inwestycyjnych, rafinerii, zakładów produkcyjnych i handlowych, firm software’owych, sieci hoteli i szpitali, instytutów szkoleniowych i agencji marketingowych – pełen przekrój. Rekiny biznesu z niskich kast pojawiają się na okładkach indyjskich tygodników, pozują w eleganckich biurach, na tle nowych samochodów. Większość to przedsiębiorcy w pierwszym pokoleniu, kilku z nich to milionerzy. Niektórzy nadal dobrze pamiętają, jak musieli jeść szczury i martwe ptaki, po kilka kilometrów chodzić pieszo do szkoły i zarabiać na czesne roznoszeniem gazet.
– Jedyna różnica między nami a nimi polega na tym, że my jesteśmy przynajmniej jedno pokolenie do tyłu. – Suszant nie ma kompleksów (…). – Moja mama ma tylko cztery klasy szkoły podstawowej, a ojciec pracuje jako robotnik w fabryce. Jestem pierwszą osobą w rodzinie z dyplomami inżyniera i MBA.

W Indiach Master of Business Administration robi się z biegu, od razu po dyplomie magistra, żeby podnieść swoją wartość na bardzo konkurencyjnym rynku. Za dwuletnie studia trzeba jednak zapłacić bajońskie 1,5 mln rupii. Suszant nie wydał na naukę ani grosza, bo skorzystał z puli miejsc administracyjnie zarezerwowanych dla kast upośledzonych.

Istnieją różne rodzaje kastowych przywilejów. Są punkty za pochodzenie na studiach; niektóre stanowiska w urzędach dostaje się z kastowego klucza; także parlament zarezerwował pulę miejsc dla polityków z nizin. Wszystkie kastowe przywileje bez wyjątku są źródłem powszechnej zawiści.
– Etat w szkole publicznej w cen­trum miasta kosztuje około miliona rupii – narzeka nauczyciel gimnazjalny, z którym wracam pociągiem z odległych plemiennych części metropolii. – Nie stać mnie na to.
Codziennie poświęca cztery godziny na dojazd do pracy zatłoczonym pociągiem i złość go bierze na tych, którzy dostali posadę sposobem. Może więc nie należy się dziwić, że ci, którzy akurat nie są z żadnej dyskryminowanej grupy, też czują się dyskryminowani?
– To jest mit – odpala Suszant. – Żeby dostać się do mojego liceum, trzeba zdać z wynikiem 99,6% w otwartym naborze, a próg dla kandydatów z grup dyskryminowanych to 95% – wylicza. – Tylko 4% różnicy, a ta i tak stale się zawęża. (…)
Na razie 45% Hindusów to kasty zacofane. Potężna armia analfabetów z komórkami w rękach, powiedziałby Asim Sarode.
– Nie mają szans na wykształcenie bez rządowego wsparcia – twierdzi Suszant. – Nie stać ich na bilet kolejowy, a co dopiero MBA. Ale następne pokolenie nie będzie już potrzebowało żadnych preferencji. (…) – Kiedy ruszą do przodu, Indie będą świadkiem niespotykanego rozwoju – zapowiada. – Nadeszła ich pora.

Z małą pomocą przyjaciół

Nad statuetką Buddy w gabinecie prezes Sarodź wisi duże czarno-białe zdjęcie ostatniego właściciela fabryki. Przemysłowiec Kamani z tego właśnie pokoju zarządzał resztkami rodzinnego imperium. Spotykał się z Gandhim i Nehru i obok innych starych klanów biznesowych kładł podwaliny pod przemysł niepodległych Indii. Podobno jego synowie nie umieli się dogadać i dlatego fabryka padła (ale być może to tylko pomówienie). Właśnie wtedy do „kobiety, której wszystko się udaje” przyszła delegacja zdesperowanych robotników.
– Nie miałam zamiaru zostawać kapitalistą – zapewnia Kalpana Sarodź. – Chciałam im tylko pomóc.
Kamani Tubes było pierwszym, i od razu trzeba dodać, nieudanym socjalistycznym eksperymentem rządu Indiry Gandhi. Ponieważ zakład i tak ledwie dyszał, przekazano go na własność pracownikom. To, co nastąpiło potem, było łatwe do przewidzenia.

– Kiedy firma ma 3,5 tys. właścicieli, nikomu nie chce się pracować.

Po latach przejadania pożyczek rząd w końcu zadecydował, że miarka się przebrała i firma pójdzie pod młotek. Gorączkowo szukano nowego właściciela cudotwórcy, który odciągnąłby zakład znad krawędzi bankructwa.

– Ktoś taki musiałby być szaleńcem – przyznaje pani Sarodź, która nie tylko podjęła się zadania, lecz także już po trzech latach wyprowadziła firmę na prostą.
– Ale jak to możliwe? – nie dowierzam. – Przecież to był kompletny bankrut.

Gdyby każdy mógł zbić majątek na sprzedaży metalowych szaf – myślę podejrzliwie – to wśród 200 mln dalitów byłoby dzisiaj nie 3 tys., ale co najmniej 20 mln biznesmenów”. Prezes Sarodź rozwiewa moje wątpliwości.
Krótka odpowiedź brzmi: z małą pomocą przyjaciół. Dłuższa jest taka: Kalpana Sarodź skrzyknęła 10 wspólników, którzy włożyli swoje pieniądze do wspólnej kasy i jako spółka pozyskiwali kapitał z rynku. W sądach i osobiście u ministra finansów nowa prezes załatwiła umorzenie karnych odsetek i wyczyściła sprawy własności gruntu. Dzięki niej fabryka została objęta specjalnie na tę okazję stworzonym programem dla chorych firm, który pozwalał na różne ulgi. Kapitał społeczny zaowocował. Wszystkie należności spłaciła przedterminowo. A od 2011 r. ma zyski.

Na razie jest jedyną kobietą w towarzystwie niedotykalnych milionerów, ale za to wartą 100 mln dol. z hakiem. Jej imperium nadal rośnie. Właśnie weszła w produkcję stalowych prętów dla przemysłu budowlanego, ma udziały w rozbudowującej się cukrowni, planuje wydobycie boksytu, a ostatnio wyprodukowała film fabularny, oparty na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w 2006 r. w jednej z wiosek w Maharasztrze. Zamordowano tam rodzinę dalitów w dość typowy sposób i według litery starego prawa: matka i córka zostały nago oprowadzone po wsi i wielokrotnie zgwałcone na oczach tłumu, trzech synów zlinczowano, po czym całą rodzinę zamordowano, a ciała wrzucono do kanału. To pierwszy z filmów, które Kalpana Sarodź ma zamiar produkować pod szyldem KS Creations. Tu członek zarządu firmy i mąż pani Sarodź w jednej osobie chce złożyć końcowe oświadczenie:

– Mam nadzieję, że każdy mężczyzna uzna filozofię mojej żony: kobieta nie jest słaba, kobieta jest silna. Nie będę jej wspierał, ona będzie wspierać mnie.
Ojciec Manu chyba się w grobie przewraca.

Skróty i ilustracje pochodzą od redakcji

Reportaż z książki Joanny Irzabek “Indie Spółka z o.o.”, Imprint, Dom Wydaniczy PWN, Warszawa 2014

Foto: RESEASU-ASIE.COM

Strony: 1 2 3

Wydanie: 1-2/2015

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy