Ciągle w okopach

Ciągle w okopach

Wyście się bili, ale to my wywalczyliśmy wolność – mówi solidarnościowy wojewoda do kombatantów

– Tu wychodziłem, z tego duktu – Wiesław Ciepiera, widząc aparat fotograficzny, staje na baczność. Przysiadamy na pieńkach, bo na polanie jak w raju; w dole ciemna toń jeziora. Zaraz ruszymy usianą stokrotkami ścieżką w kierunku bunkrów. Płk Ciepiera jest przewodnikiem do pohitlerowskiego matecznika nie tylko z racji sekretarzowania w zarządzie pilskiego Okręgu Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. W 1945 roku czołgał się na tej samej ścieżce jako żołnierz 1 Armii WP.
Ofiarnie schodzi na dno rozwalonych fortyfikacji, abyśmy sobie wyobrazili, jaka to była diabelska zapora: kilkupiętrowe bunkry, z własnym agregatem prądu, ujęciem wody, magazynem żywności. Przed nimi pola minowe, zasieki, rowy strzeleckie i przeciwpancerne. A oni szli bez wsparcia czołgów i artylerii, bo wszystko, co ciężkie, utknęło w zaspach…
Walki o Wał Pomorski, ten klucz do Berlina, trwały ponad tydzień, do 10 lutego 1945 roku i była to największa bitwa Wojska Polskiego w ostatniej fazie wojny. Na 15-kilometrowym pasie nieustannego natarcia połowa to była linia jezior, bagien, specjalnie przekopanych kanałów i 35 żelazobetonowych schronów. Niektóre, usytuowane na skrzyżowaniu dróg, kryły się pod sielskimi domkami, z pelargoniami w oknach. Historycy do dziś spierają się, czy w dowództwie Frontu Białoruskiego wiedziano o istnieniu aż takich fortyfikacji.
15-letni Ciepiera razem z 73 tysiącami innych żołnierzy pokonał drogę z Warszawy do Piły pieszo, w ciągu tygodnia. W 55 lat później ułamanym patykiem pułkownik rysuje na piasku usytuowanie niemieckiej armii, kierunki uderzenia. Padają numery pułków, nazwiska dowódców, poległych kamratów. Żałobna lista tych ostatnich jest długa, bo w szturmie z gołymi rękami na bunkry 1 Armia utraciła 5715 ludzi.
Ale po chwili zaszklone oczy znów gasną, przyspieszony oddech wraca do normy. Zbyteczne emocje; choćby na głowie stanął, nie odda mordęgi tamtych dni. Dziś piękny, letni dzień, a wówczas mróz 20 stopni, brakowało jedzenia, paliwa, ich buty i szynele rozlatywały się. Nawet w meldunkach z frontu już nie ukrywano, że armia jest zżerana przez wszy.
Ciepiera nie chodzi do szkół na pogadanki w ramach wychowania obywatelskiego. Wystarczyłby jeden powód: teraz żołnierzy znad Oki nie zapraszają. Ale jest i drugi: tak trudno młodym ludziom opowiadać, że za okupanta z własnej woli szło się do wojska, nawet fałszując metrykę. On przypisał sobie trzy lata.
Nie odpuścił natomiast warty przy pomnikach upamiętniających tamten straszny czas. Wraz z wojennymi towarzyszami, którzy osiedli w Pile, objeżdża linię dawnego Pommernstellung. Sprawdza, czy na tzw. przesmyku śmierci stoi jeszcze w skansenie sprzętu bojowego słynny T-34. Na niestrzeżone, odludne wzgórze łatwo wejść miłośnikowi militariów. Przed dwoma laty usiłował tam ukraść katiuszę pewien wypoczywający w okolicy Niemiec.
Każdy zwiad w teren wywołuje u weteranów z Piły palpitacje serca. Jeszcze miesiąc temu na pamiątkowym kamieniu wisiał orzeł – i nie ma go. Komu przeszkadzał? Gdzie indziej odlutowano tablicę z brązu z wygrawerowanymi nazwami pułków zdobywających Złotów. – Teraz trzeba będzie zawiesić lastriko, takiej przynajmniej nie sprzeda się w punkcie skupu złomu. Jakby było nie dość swojskich wandali z rozpitych, pegeerowskich osad, przyjeżdżają na “akcję” KPN-owcy. Z Torunia, Gdańska. Niszczą pomniki braterstwa broni w przekonaniu, że ruski żołnierz, który szedł na Berlin ramię w ramię z polskim, był i pozostanie naszym okupantem. Nawet, jeśli na polskiej ziemi dosięgła go śmierć.
W Zdbicach oglądamy izbę pamięci ofiar bitwy o Wał Pomorski. Sprawuje nad nią patronat nadleśnictwo Wałcz. Są tam wyeksponowane drzewa z rejonu Wału Pomorskiego. Posiekane odłamkami, porażone martwicą po wojennym pożarze. W gablotkach leży kilka drobnych przedmiotów: nadpalona książeczka do nabożeństwa z obrazkiem św. Tereski, łyżka-niezbędnik, sprzączka od paska, szczerbaty grzebień, zegarek ze wskazówką zatrzymaną na godzinie dwunastej. Nie zdołał ich strawić ogień podłożony przez hitlerowców do stodoły w pobliskich Podgajach, w której znajdowali się polscy żołnierze. – Co roku – opowiada kobieta z naprzeciwka, która przerwała pielenie w ogródku, żeby otworzyć izbę – przyjeżdżał tu jeden pan z Opola. Nazywał się Piwowar. Mówił, że w Podgajach zginął ktoś mu bliski. Stawał nad tą gablotką i tak się zamyślał, nieraz to trwało z godzinę. To ja w końcu zostawiałam go samego i szłam do swojej roboty… A w tym roku nie pokazał się. Może już nie żyje?
Pytamy, czy często otwiera turystom izbę. Odpowiedź jest jakaś niewyraźna, wymijająca. W czym rzecz, dowiemy się dopiero u sołtysa Zdbic, Zbigniewa Mroczkowskiego. Z racji tego, że jest leśniczym, zna plany nadleśnictwa co do przyszłości izby. Otóż… mieszkańcy Zdbic nalegają, aby skończyć już z wojenną martyrologią. Wieś czyha na turystów, zwłaszcza Niemców, wszystko pod nich przygotowane: bielone płoty, zadbane ogródki, obejścia, przydomowe smażalnie ryb (obok jezioro), a tu taki nieprzyjemny akcent. Czy nie lepiej urządzić tam dyskotekę, niechby młodzi się rozerwali. Nadleśnictwo w Wałczu upiera się jednak przy pierwotnej koncepcji.

spaleni żywcem

– Kierunek Podgaje – decyduje Ciepiera – trzeba tam podjechać, zobaczyć, co z pomnikiem. W drodze opowiada o wojennej tragedii, jaka wydarzyła się w tej wsi.
30 stycznia 1945 r. oddziały 1 Armii przekraczają pod Sępolnem i Więcborkiem polsko-niemiecką granicę sprzed wojny. Na wzgórzu nad Gwdą, w miejscowości Flederborn (dziś Podgaje), okopali się hitlerowcy. Dalej droga prowadzi do Jastrowia. W 1 Armii WP rozchodzi się pogłoska, że Podgaje zostały opanowane przez radziecką kawalerię. Łączność zawodzi, wysyłają więc tam zwiadowców. Zostali ostrzelani z cekaemów i moździerzy. Wysyłają silniejszą grupę rozpoznawczą, pod dowództwem ppor. Alfreda Sofki, 24-letniego Ślązaka z Czechowic (szedł od Sielc). Wzmacnia ich pluton karabinów maszynowych ppor. Zbigniewa Furgały.
Już zmierzcha, gdy wychodzą na skraj lasu przed wsią. Wiatr, prószący śnieg utrudniają obserwację. Nic nie zdradza obecności ludzi we wsi. Sofka rozwija kompanię w tyralierę i idą w kierunku pierwszych chałup. Są akurat pośrodku białego pola, gdy odzywają się karabiny… Sofka nakazuje odwrót. Ale wtedy Niemcy otaczają ich od strony lasu.
Hitlerowcy mają rakiety do oświetlania terenu. Polacy są bez szans. Gdy nie ma nadziei na odsiecz, poddają się.
Esesmani pędzą jeńców w kierunku stodoły stojącej pośrodku wsi. Mimo tortur (podporucznikowi Gardzieli zadali 16 ran, a na koniec wycięli serce), wrzasku hitlerowców, że zmuszą te verfluchte polnische bande do mówienia, zwiadowcy nie zdradzają stanowisk swej jednostki.
Od żołnierzy, którzy się uratowali, wiadomo, że nocą Sofka podjął decyzję o ucieczce. Do lasu dobiegło tylko dwóch: podporucznik Furgała i kapral Bolesław Badzelewski. Pozostałych 32 jeńców hitlerowcy spalili żywcem. Świadczyły o tym dostrzeżone na ciałach żołnierzy pęcherze. Wszyscy mieli ręce wykręcone do tyłu, powiązane drutem kolczastym.
Przez kilkadziesiąt lat miejsce mordu – obrysowane zachowanymi fundamentami stodoły – było cmentarzem dla rodzin zabitych i ich towarzyszy broni. Urządzono tam izbę pamięci, stanął skromny pomnik.
Teraz na środku Podgajów w miejscu, gdzie zginęli polscy żołnierze, pyszni się dom handlowy znanej w Poznańskiem firmy Korbanków. Kobieta, która mieszka naprzeciw, nie widzi w tym nic niewłaściwego. Przecież obok stoi pomnik, a plac przed nim jest uporządkowany. Ci, którzy na Wszystkich Świętych zjeżdżają tu taksówkami z całej Polski, mają gdzie postawić chryzantemę. A to, co zostało ze spalonych, wisi w gablocie.
Oglądamy zetlałe kartki z pamiętnika Alfreda Sofki. Pisał go w okopach, na postojach. W jakiej wychował się rodzinie ten chłopak, skoro nie bacząc na zimno, głód, wszy (od tygodni nie myli się, nie zmieniali bielizny), zapisywał sobie z pamięci wyuczony w szkole wiersz Krasickiego: “Święta miłości kochanej ojczyzny (…). Byle cię można wspomóc, byle wspierać / Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać”.
– Ale gdzie jest różaniec? – niepokoi się płk Ciepiera. Przecież w stodole znaleziono różaniec, eksponowano go w izbie pamięci.
Przy jej likwidacji był sołtys, jedziemy więc na skraj wsi, do miejscowej władzy. Sołtys, Tadeusz Piotrowski, owszem przyznaje, że ludobójstwo w stodole było straszne (pewna Niemka, które w czasie wojny mieszkała w Podgajach, a teraz przyjeżdża do rodziny Piotrowskich na wakacje, słyszała owej nocy wycie palonych żołnierzy), ale, niestety, utrzymanie izby pamięci zbyt dużo kosztowało. Gdy więc bogata spółka z Poznania chciała kupić plac, na którym stała stodoła, dogadali się, że miejsce pamięci przeniesie się troszkę dalej. Dla zmarłych to już nie ma znaczenia. Sołtys chwali Korbanków, że wywiązują się z umowy: koło pomnika są kwiatki, a nawet zainstalowali reflektor.
– A co z różańcem? – nie ustępuje pułkownik.
Zawieruszył się w czasie likwidowania izby.

Krótki kurs obalania

W drodze powrotnej do Piły Wiesław Ciepiera jeszcze raz podlicza dostrzeżone przypadki wandalizmu na pomnikach-grobach. Dużo tego, ale pociesza się, że i tak pilscy weterani 1 Armii są w lepszej sytuacji niż ich koledzy np. w Małopolsce. Na Pomorzu, w samorządach siedzi lewica, można więc interweniować, zazwyczaj skutecznie – szkody zostaną naprawione.
Gdy jednak spotkają się na uroczystościach o zasięgu krajowym, np. na zjeździe synów pułku i każdy opowiada, co tam się u niego dzieje, denerwują się tak, że kilku już serce wysiadło.
Nie wie też człowiek, gdzie oczy obrócić, gdy niespodziewanie w drzwiach biura Związku pojawi się Ukrainka, czy Rosjanka, która latami zbierała na bilet do Polski, aby zobaczyć grób swego męża, poległego w drodze na Berlin. A jeśli nie grób, to chociaż tablicę z nazwą pułku, w którym służył.
I cóż okazuje się na miejscu, do którego jechała wiele dni? Z pomnika został tylko postument, a tablica zrzucona. Pierwszą reakcją są łzy, złorzeczenia. Potem zapiekły żal przeradza się w dozgonną nienawiść do wszystkiego, co polskie.
Ich, z 1 Armii też boli nieposzanowanie krwawej ofiary z młodości; ale coraz rzadziej protestują. Postponowani w mediach, wystąpieniach parlamentarzystów, obśmiani na różnych wiecach, pragną tylko jednego – zejść awanturnikom z oczu. To dlatego daremnie szukać w wielu książkach telefonicznych adresu ich Związku. Numer telefonu krąży tak, jak np. w Pile, pocztą pantoflową.
Listy protestacyjne pisali tylko na początku lat 90., gdy rozwalanie pomników było głośnym wydarzeniem. Jako skandaliczne odebrali przerobienie figury gen. Karola Świerczewskiego na posąg gen. Władysława Andersa. (zwłaszcza że zmieniono tylko głowę). Podpisali się pod zbiorowym protestem, gdy w Częstochowie usunięto pomnik wdzięczności dłuta Mariana Koniecznego. Akurat w tym mieście mieli wielu sprzymierzeńców. Przeciwko demontażowi protestowało też Towarzystwo Przyjaciół Częstochowy, przypominając, że pomnik, a właściwie jego pierwotna wersja: drewniany czołg z żołnierzem, trzymającym gałązkę oliwną, został postawiony w roku 1945 decyzją społecznego komitetu, któremu przewodniczył biskup ks. Teodor Kubina. Nic to nie dało. Przez kilka miesięcy na pątniczym trakcie tkwił cokół, pozbawiony już postaci żołnierza w płaszczu, udrapowanym na podobieństwo skrzydeł Nike. Z czasem miejscowi handlarze zaczęli tam wywieszać ogłoszenia o swoich towarach…
Najbardziej ich oburzało, że w wielu miejscach demontaż pomników odbywał się ukradkiem, nocą. W Bielsku Podlaskim pod osłoną ciemności kilku policjantów zdjęło z obelisku trzy tablice z nazwiskami kilkudziesięciu funkcjonariuszy zamordowanych przez NSZ-owski oddział Burego. A przecież w okolicy wiedzieli, że ludzie Burego rozprawiali się ze swymi wrogami jak sadystyczni mordercy: milicjantkę wbili żywą na pal. Bury miał na sumieniu m.in. zamordowanie 50 białoruskich wozaków, którzy pojechali furmankami do lasu po opał.
Bolały manipulacje miejscami, którym należy się wieczny spokój. A to szło jak lawina. W Bydgoszczy pomnik wdzięczności postawiony 1 Armii WP oraz Armii Czerwonej solidarnościowe władze zamieniły na anonimowy pomnik wolności. W miejsce polsko-rosyjskich tablic, upamiętniających prochy rosyjskich żołnierzy, pojawiły się płaskorzeźby związane tematycznie z historią miasta.
Gęsto spadały z postumentów czerwone gwiazdy na Dolnym Śląsku: w Legnicy, Ścinawie, Wrocławiu. W Krakowie anarchiści nad grobami żołnierzy Armii Czerwonej urządzili cyrkowy happening: już w 1990 roku zlikwidowano tam pomnik marszałka Koniewa, który nie pozwolił na użycie ciężkiej artylerii na starym mieście.
Najbardziej bolało, gdy piekło pretensji rozpalali ludzie, którzy ponad pół wieku temu też doświadczyli wojennej poniewierki. Siedlce wyzwoliła od Niemców armia radziecka wspierana przez oddział Kedywu AK dowodzony przez ppor. Dylewicza, który rozminował most kolejowy.
Po wojnie obu ugrupowaniom postawiono za to pomnik. W latach 90. na pomysł jego likwidacji wpadli kombatanci ze Związku Sybiraków, poparci przez Związek Żołnierzy Niezależnych Sił Zbrojnych, Stowarzyszenie Kombatantów Polskich Światowego Związku Byłych Żołnierzy AK i Związek Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego. Pomnik obalał osobiście lider miejscowego KPN, Zdzisław Andrysewicz, właściciel firmy budowlanej.
W Toruniu obelisk z czerwoną gwiazdą miał runąć wedle scenariusza przećwiczonego w 1990 roku na placu Dzierżyńskiego w Warszawie (radosne, sparodiowane “urra” i betonowa głowa Feliksa Krwawego toczy się pod nogi od dwóch dni oczekującego na ten moment tłumu). Ale… zawiodły piły diamentowe. W końcu cięto pomnik plaster po plasterku, przy akompaniamencie protestów rosyjskiej ambasady. Potem ówczesny minister spraw zagranicznych, Dariusz Rosati, musiał wysłać do rosyjskich władz rządowe ubolewanie. Z kolei w Sandomierzu wyrok na pomnik Wasyla Skopenki, który uchronił renesansowe miasteczko przed zniszczeniem wojennym (zginął nad Łabą), padł w atmosferze alarmujących wieści o głodówce dwóch młodych członków organizacji Wolność i Pokój, którzy w imię obalenia pomnika chcieli się zamorzyć na śmierć.
Tylko w kilku miastach mieszkańcy mieli odwagę sprzeciwić się nowej władzy. Taką determinacją wykazali się rzeszowianie, pisząc w 1994 roku skargę do prezydenta Wałęsy. Poszło o przeznaczoną na złom tablicę upamiętniającą nadanie Zespołowi Szkół Mechanicznych imienia 9 drezdeńskiej dywizji piechoty. “Na naszej ziemi – napisali mieszkańcy Rzeszowa – mundur żołnierza polskiego był symbolem bezpiecznego życia. Chronił ludność przed mordem. Żołnierze drezdeńskiej dywizji w wolnym czasie zbudowali aulę dla młodzieży. (…) Jaka będzie gotowość dzisiejszej młodzieży do obrony własnego domu, jeśli była ona świadkiem takiego usankcjonowania przez władzę wandalizmu?”.
Spektakularne likwidowanie pomników z czerwoną gwiazdą ośmieliło hieny cmentarne. Przykład dał Gdańsk. Już w sierpniu 1989 roku na Olimpijskim Wzgórzu, miejscu wiecznego spoczynku 650 żołnierzy radzieckich, nie wykryci sprawcy potłukli 34 nagrobki. Potem powtórzyło się to w Legnicy, Wrocławiu, Tomaszowie Mazowieckim, Łodzi, Poznaniu i innych miastach.

Zdrajcy są wśród nas

Może byłoby im łatwiej upomnieć się o swój honor, wystawić rachunek za młodość spędzoną w okopach, gdyby stali zgodnie pod jednym sztandarem. Ale tak nie jest.
Nad milionem kombatantów w kraju powiewają sztandary 140 różnych organizacji i stowarzyszeń. Największy, skupiający około 71% wszystkich weteranów wojennych, jest Związek Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Akowcy zrzeszyli się w 20 związkach i fundacjach. Jest kilka organizacji sybirackich, katyńskich, działają też związki ludzi leśnych, spadochroniarzy (dwa), synów pułku, Stowarzyszenie Weteranów Wojny Polsko-Bolszewickiej oraz konkurencyjne – Żołnierzy Wojny 1920 roku. Jest Związek Inwalidów Wojennych, Stowarzyszenie Poznański Czerwiec 1956, które skupia nie tylko uczestników tragicznych wydarzeń, ale i “osoby pragnące kultywować pamięć o Czerwcu”. W opozycji do tej organizacji pozostaje Związek Powstańców Poznańskiego Czerwca ‘56 – Niepokonani.
Wszyscy mówią o potrzebie dalszej weryfikacji już przyznanych uprawnień. Pod warunkiem, że ich organizację zostawi się w spokoju.
Urząd do Spraw Kombatantów przeprowadził już jedną dużą czystkę w kartotekach w roku 1992. Wówczas z archiwum wyłączono ponad 30 tysięcy teczek, głównie byłych pracowników UB. Zapał do czyszczenia szeregów opadł po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że zastosowanie zbiorowej odpowiedzialności jest niezgodne z konstytucyjną zasadą równości wobec prawa. Bardzo trudno jest dziś dowieść, że ktoś występując o legitymację kombatanta, wprowadził urząd w błąd. Zgodnie z ustawą, ubiegający się, jeśli nie mają odpowiednich dokumentów, mogą posłużyć się dwoma świadkami. Hochsztaplerzy żerują zatem na brakach w archiwach, starczej demencji. Czasem fałszerstwem musi się zająć prokuratura. Tak było w przypadku rzekomego akowca z Opola, który zorganizował na Jasnej Górze poświęcenie sztandaru… wymyślonego przez siebie pułku akowców na Wołyniu.
Trudno liczyć na obiektywizm Urzędu do Spraw Kombatantów. W 1998 roku min. Taylor zapowiedział projekt ustawy o weteranach polskich II wojny światowej. Stwierdzono tam wprost, że żołnierze GL i AL nie zasługują na tytuł weterana. Była gorąca dyskusja w Sejmie; protestowała opozycja, ale żołnierze AK milczeli. Również ci z powstania warszawskiego, choć oni najlepiej wiedzieli, że w sierpniu 1944 roku obok nich stał batalion szturmowy AL im. Czwartaków.

nie było 1 armii

Weryfikacja nie ma końca. Uchwalona w 1991 roku ustawa kombatancka była dotąd zmieniana 18 razy. W praktyce kolejne zmiany powiększają listę ofiar politycznych czystek. Oto jakże typowa historia pana F. z Kielc, żołnierza 1 Armii WP. Przeszedł szlak bojowy od Żytomierza do Kołobrzegu z takim poświęceniem, że dostał Virtuti Militari. Potem służył w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zmarł w ubiegłym roku. Po ostatniej nowelizacji wdowę pozbawiono świadczeń kombatanckich należnych po mężu. Rozgoryczona, wymazała z tablicy nagrobnej informację o Virtuti Militari zmarłego.
Członkowie Istrebitielnych Batalionów walczących przeciw OUN-UPA musieli udowadniać solidarnościowej władzy, że bronili polskości i swych sąsiadów Ukraińców. Przez kilka lat kierownictwo Urzędu do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych puszczało mimo uszu fakt, że w latach 1942-44 decyzję o organizowaniu polskich placówek samoobrony przed nacjonalistami ukraińskimi podjęło dowództwo AK III Obszaru Lwowskiego i Okręgu Wołyńskiego.
Na terenie województw: lwowskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego, i wołyńskiego, w 203 Istrebitielnych Batalionach służyło 22.796 osób, z czego 80% stanowili polscy chłopcy, nawet nie 18-letni. Gdy na początku 1944 roku tereny te znalazły się w zasięgu działania Armii Radzieckiej, znaczna część Polaków – obrońców placówek samoobrony – została przez władze radzieckie zmobilizowana. Tymczasem Urząd Kombatantów i Osób Represjonowanych zakwestionował w 1998 roku uprawnienia kombatanckie tej formacji wojskowej.
Urząd tendencyjnie pomija Wojsko Polskie walczące na froncie wschodnim. W “Kalendarzu Kombatanta 2000”, wydanym pod auspicjami min. Taylora, taka formacja, jak 1 Armia Wojska Polskiego nie istnieje, choć w końcowej fazie liczyło ono ponad 400 tys. żołnierzy. Zbulwersowane jest odbieraniem im uprawnień środowisko byłych żołnierzy AL. Przewodniczący Rady Krajowej tej formacji, płk Tadeusz Szymański, utracił przywileje kombatanckie dlatego, że w swych wspomnieniach wojennych opisał, jak walczył z bandą Ognia mordującą milicjantów, PPR-owców, a nawet zwykłych górali na Podhalu. Szymański decyzję urzędu zaskarżył w NSA i wygrał. Ale nim zapadł korzystny dla niego wyrok, przez wiele miesięcy był traktowany jako okupant, stalinowiec.
Nie wszyscy wojenni weterani dają sobie radę z tego rodzaju szykanami. Niekiedy frustracje są tak głębokie, że prowadzą do nieodwracalnych tragedii. W Rudnej-Gwizdanowie pod Legnicą popełnił samobójstwo na strzelnicy Antoni L., lider miejscowego koła Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Do Rudnej dotarł z pierwszą falą osadników, więzionych w łagrach NKWD. Po Październiku 1956 roku wstąpił do
ZBOWiD-u. Znany był z tego, że często opowiadał o etosie Polski Zbrojnej. Ale dziś w bogatej Rudnej – w pobliżu Kombinat Miedzi – żyjącej z przygranicznego handlu z Niemcami, mało kogo to interesuje. Miarka goryczy weterana przepełniła się, gdy nie zaproszono go na obchody 50. rocznicy Dnia Zwycięstwa. Napisał testament i wysadził się w powietrze…
Ta okrągła rocznica stanęła kością w gardle również walczącym na Wale Pomorskim. Kombatanci 3, 4, i 6 dywizji piechoty 1 Armii Wojska Polskiego, rozgoryczeni, że w czasie obchodów przemilczano ich trud, napisali do “Polski Zbrojnej”: “Jako społeczeństwo dziwimy się, oburzamy, że nas nie zapraszają na uroczystości do Berlina. A przecież sami nie mamy szacunku dla tych, którzy zginęli i przelali krew na wojennych szlakach wiodących do Berlina. (…) Telewizja publiczna nie zauważyła kołobrzeskiej rocznicy (…)”.

Podrzutki pułku

Podczas gdy prawdziwi kombatanci chylą się już nad grobem, na ich miejsce wchodzą osoby, które nie widziały wojny na własne oczy.
Władysław K. urodził się miesiąc po opuszczeniu przez matkę obozu koncentracyjnego, gdzie więziono ją przez dwa miesiące. Tuż przed aresztowaniem hitlerowcy zastrzelili jej męża, działacza ruchu oporu. Morderstwa dokonano na oczach ciężarnej. K. domagał się legitymacji kombatanckiej, a co za tym idzie, świadczeń socjalnych. Konsekwentnie mu odmawiano. Aż napisał w 1996 roku do niemieckiej fundacji Maximilian Kolbe-Werk. Rychło nadeszła instrukcja, jak ma dalej postępować. Poskutkowało. Wyrokiem NSA otrzymał legitymację. Sąd nie zgodził się ze stanowiskiem urzędu (za poprzedniego kierownictwa, bo obecny szef sam wystąpił o uprawnienia kombatanckie z podobnego jak K. powodu), że osoba fizyczna – bo tylko taką ma na uwadze ustawa o kombatantach – jest człowiekiem dopiero od chwili urodzenia. Takich wyroków zapadło już kilka.
Kombatanci, którzy walczyli z bronią w ręku, w dyskusji nad praktyczną pojemnością ustawy wyciągają z lamusa zapomniane słowo: honor żołnierza. Domagają się, aby osoby, które w fazie życia prenatalnego w łonie matki uwięzionej w obozie koncentracyjnym doznały jak ona cierpień fizycznych i psychicznych, zostały uhonorowane odrębnym aktem prawnym.
To samo powinno dotyczyć domagających się statusu kombatanta członków powołanego przed dwoma laty Stowarzyszenia Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym.
Ale wszystko wskazuje na to, że represjonowani zdążą załapać się do szeregów. I wtedy usuną tych starych, schorowanych, w kąt. Tak jak to zrobił AWS-owski wojewoda w Kielcach, który na zjeździe inwalidów wojennych zabrał głos, aby powiedzieć delegatom: wolność to wywalczyliśmy my, Solidarność.

 

Wydanie: 29/2000

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy