Agent z ręką w walizce pieniędzy

Agent z ręką w walizce pieniędzy

Czy afera gruntowa, największa spektakularna porażka CBA, zakończy się procesem Mariusza Kamińskiego?

Upalne lato 2006 r. Na kortach we Wrocławiu biega z rakietą tenisową Andrzej K. – radca prawny, wiceprezes Telefonii Dialog. – Lubił szpanować – zezna dwa lata później w sądzie prezes ATM Grupa (producent „Świata według Kiepskich”), który też bywał na korcie. Radcę interesuje ziemia w pobliżu Wrocławia, którą można by „odrolnić”.
– Przekwalifikowanie na działki budowlane daje wielokrotne przebicie za hektar – zapewnia prezesa ATM Grupa. Gdyby więc słyszał o takich terenach, prosi o wiadomość. Prezes odpowiada, że to nie jest temat, w którym on się porusza.
Nie on jeden słyszy takie propozycje biznesowe. Wreszcie o poszukiwaniach przez Andrzeja K. wspólnika do interesu życia dowiaduje się CBA.
Radca prawny ma powody sądzić, że interes się uda, bo zatrudnił u siebie na eksponowanym stanowisku Piotra R., byłego dziennikarza lokalnego Radia Dialog, a wcześniej TVP. R. ma dobre układy z władzami Samoobrony. Warto było się z nim zaprzyjaźnić – to ktoś, kto może załatwić odrolnienie. Trzeba tylko znaleźć chętnego do wyłożenia pieniędzy na koszty. Sprawa jest pilna, bo przyjaciołom komplikuje się w Dialogu – tracą pracę, gdy prokuratura wszczyna śledztwo w sprawie wymuszania łapówek od firm stających do przetargu na wyposażenie Telefonii.
Przygotowywany jest agent, który przed Andrzejem K. odegra rolę zainteresowanego odrolnieniem ziemi za łapówkę. Służby śledcze biorą temat za wiedzą ówczesnego prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. Jest szansa na złapanie w zastawione sidła nie tylko jakiegoś prawnika kombinatora, ale samego wicepremiera Andrzeja Leppera. Niewygodnego koalicjanta partii Kaczyńskich.
Podstawiony funkcjonariusz służb, z dowodem tożsamości na nazwisko Andrzej Sosnowski, będzie udawał biznesmena z Austrii. Powie figurantowi Andrzejowi K., że jest właścicielem 80 ha ziemi nad jeziorem w Muntowie w gminie Mrągowo. Potrzebuje decyzji o jej odrolnieniu, bo chce tam budować hotel. Jeśli będzie zgoda Ministerstwa Rolnictwa na przekwalifikowanie gruntu, pośrednicy zarobią 3,5 mln zł.

Mam to z nimi uzgodnione

14 stycznia 2007 r. Sosnowski po raz pierwszy spotyka się z Andrzejem K. w warszawskiej restauracji Chianti przy ul. Foksal. Ich rozmowa jest nagrywana dzięki małemu aparacikowi w kieszeni agenta.
Andrzej K.: – Akcja jest taka, że ja mam bezpośrednie, face to face, powiązanie z osobą, która to podpisuje po prostu, czyli z Lepperem. Ja więcej panu powiem, ja to mam z nimi uzgodnione…
Kolejne spotkanie wyznaczają sobie cztery dni później we wrocławskim hotelu Best Western.
Zaraz po wyjściu z Chianti Andrzej K. dzwoni do Piotra R. Opowiada mu o spotkaniu z biznesmenem z Austrii, ale przede wszystkim żali się, że po aferze w Dialogu, choć uruchomił znajomości w Prokuratorii Generalnej i Kancelarii Prezydenta, nie ma konkretnej propozycji pracy: – Obiecują, że zadzwonią, a potem cisza.
Również R. po zwolnieniu z Dialogu nie jest w lepszej sytuacji. – Zakopali nas w piasku – mówi o ich ustosunkowanych znajomych.
Obaj widzą ratunek dla siebie w załatwieniu interesu z Sosnowskim. To ich ustawi na kilka lat.
Do restauracji hotelu Best Western Andrzej K. wchodzi mocnym krokiem: rozmawiał, z kim trzeba. Pytanie agenta, kto za nim stoi, zbywa żartem:
– Baterie z komórki wyjąłeś?
Ale piętrzy trudności w załatwieniu sprawy – obieg papierów w Ministerstwie Rolnictwa musi być nadzwyczajny. Taki tryb jest do zastosowania tylko jeden raz. Szkoda marnować taką okazję, chyba że jest wyjątkowo opłacalny zysk.
Sosnowski wyjmuje 10 tys. zł na pierwsze drobne wydatki.
K. bierze je ze słowami: – Ja jestem poważnym człowiekiem, szacuję ryzyko promilowo.
Agent: – Nie było sprawy.
Andrzej K.: – Dokładnie.
Podczas kolejnego spotkania z agentem pada cena za odrolnienie – 7 bądź 8 mln zł. Pieniądze byłyby podzielone na cztery części – dla Leppera (który, jak twierdzi prawnik, „poniżej dużej bańki nie chce rozmawiać”), Andrzeja K., jego ustosunkowanego przyjaciela i kilku urzędników ministerstwa. K. podkreśla swoje poświęcenie: – Ja niestety nie mam z tego tyle, ile bym chciał, ale liczy się robienie kontaktów.
Agent jakby zmartwiony: – To jednak kawał grosza…
Ale nie mówi „nie”. Żegnają się.
K. w najbliższej bramie wystukuje numer komórki Piotra R. Wszystko mu relacjonuje. Nie ma między nimi niedomówień, wszak są przyjaciółmi.
Kolejne spotkanie K. z agentem. Biznesmen Sosnowski namawia prawnika (figuranta, jak określa go w raportach), aby poznał go z tym kimś, kto ma bezpośrednie „przełożenie” na najważniejszą osobę w ministerstwie.
Andrzej K.: – Pan próbuje mnie weryfikować? Ja się bardziej boję, że pan mnie wystawi…
Agent już pojednawczo: – Jedziemy na jednym wózku.
Przy deserze zmieniają temat.
– A co pan robi, jakąś firmę pan reprezentuje czy co? – dopytuje prawnik.
– Handel stalą. Ogólnie import-eksport – pada wyczerpująca ten temat odpowiedź.
Tego samego dnia wieczorem R. dzwoni do Andrzeja K.:
– I co, mów?!
– Do piątku ma być odpowiedź, czy wchodzi w to. Szacuję szanse na 95%. Reszta szczegółów nie przez telefon.
– Aha. Wszystko jasne.
Ale nie wszystko. Bo agent specjalny targował się o cenę łapówki. Stanęło na 3 mln zł gotówką lub 3,3 mln bankowym przelewem. Te 300 tys. poszłoby na wypranie milionów.
– Czyli my na pierwszym etapie nic nie zarobimy – zauważa jakby od niechcenia rzekomy biznesmen z Austrii.
Wtedy radca prawny z ożywieniem: – Pierwszy etap? Ja pana źle zrozumiałem prawdopodobnie.
Agent: – Odrolnienie tylko 12 ha z linią brzegową podniesie wartość gruntu o 3 mln zł.
– My jesteśmy w stanie załatwić całe 80 ha – prawnik łapie przynętę.
Agent: – No to wtedy jest zupełnie inna rozmowa…

Kto to policzy?

Pod koniec lutego Sosnowski i Andrzej K. spotykają się co kilka dni – zawsze przy zastawionym stole. Czuły mikrofon rejestruje każde słowo biesiadników. Z każdego spotkania agent pisze raport.
1 marca donosi: „(…) Figurant powiedział, że odrolnienie załatwia jakiś Piotr. Spodobał mu się mój telefon Nokia z tytanu, wartości 4 tys. zł. Wziął, nie mówił, że chce za niego zapłacić. (…) Zamówiliśmy befsztyk tatarski, pieczoną kaczkę i butelkę Finlandii”.
Jak zwykle płaci agent i jeszcze bawi gościa anegdotami.
Dwa tygodnie później panowie przechodzą przy stoliku na ty. Andrzej K.: – Trochę sobie drinknę.
Agent, pozornie trochę pijany: – Mnóstwo jest ludzi ze świetnymi pomysłami, na których można fajnie zarobić. Do banku nie pójdą.
Andrzej K. nadstawia ucha.
– …Powiedzą: panowie, no nie, a gdzie gwarancje, depozyty?
– Jasne – przytakuje czujnie figurant.
– My już na tyle, że tak powiem, nabraliśmy do siebie zaufania – szepcze agent – że jakby jakiś przedstawiciel komisji sejmowej coś tam podpowiedział. Ale od twojej strony wszystko by szło przez ciebie, a od mojej strony przeze mnie. Nikogo trzeciego, rozumiesz.
K. łapie haczyk, chwali się:
– Mam w Sejmie znajomości, kilka ustaw mojego pióra jest, żeby było śmieszniej. (…) Jeśli są takie klimaty, można ze mną rozmawiać.
Mimo że K. wypił z Sosnowskim bruderszaft, Piotr R. nadal odmawia pokazania „biznesmenowi” twarzy. Ale przyjaciele utrzymują gorącą linię telefoniczną. Między 6 a 14 marca 2007 r. CBA zarejestrowało 913 rozmów i SMS-ów z aparatu Piotra R. Często też korzystają z budek telefonicznych.
6 kwietnia agent przekazuje Andrzejowi K. rzekomy wniosek Urzędu Gminy w Mrągowie wraz z załącznikami potrzebnymi do odrolnienia. Prawnik ma te papiery położyć na odpowiednim biurku w ministerstwie. Uzgadniają, że tydzień przed wydaniem decyzji biznesmen dostanie „cynk, żeby dobrze zorganizować finał”. Radca dzwoni radosny do Piotra R.:
– Wszystko okej, szczegóły osobiście, teraz tylko rzucam hasło: jak wypłacasz pieniądze z banku, to czego oni używają?
R.: – Nie, nie wiem.
– No liczarki. Takie coś bardzo by się nam przydało.
– Aha.
– Bo bez tego ciężko będzie.
Mija jednak 20 dni i decyzji z ministerstwa nie ma. Sosnowski straszy, że jego wspólnicy zażądają zwrotu kosztów idących w setki tysięcy złotych.
K. staje się nerwowy. Na domiar złego nadal jest bez pracy, znów coś nie wypaliło w układach. Żali się przyjacielowi przez telefon (co służby CBA natychmiast nagrywają), że dają mu w zamian „dwie rady nadzorcze farmaceutyczne, ewentualnie rada nadzorcza w telewizji, ale niczego na papierze”. – A tak chciałoby się iść do przyzwoitej roboty – Andrzej K. wzdycha do słuchawki.
– Nie do przyzwoitej, tylko dobrze płatnej – poprawia go R.
R.: – Nie mogę się doczekać, kiedy skończą się nasze wyboje i dostaną niektórzy w zęby, dosłownie.

Podrobiony podpis wójta

Andrzej K. cieszy się podarowaną mu bajerancką komórką, a tymczasem urzędnicy w Ministerstwie Rolnictwa pochylają się nad pismami z Urzędu Gminy w Mrągowie w sprawie o odrolnienie hektarów nad jeziorem. Brakuje podpisu wójta.
Sosnowski informuje o przeszkodzie CBA; tam fabrykują stosowny dokument ze sfałszowanym podpisem wójta Jerzego Krasińskiego.
Uzupełniony wniosek trafia na biurko Agnieszki Z., 25-letniej, pracującej dopiero trzy miesiące urzędniczki. Ona dzwoni do Mrągowa, że brakuje wykazu właścicieli „odralnianych” działek z informacją, czy grunt został nabyty od skarbu państwa. Ale wójt nie przypomina sobie, aby wysyłał takie papiery do Warszawy. Prosi o przefaksowanie wniosku. Chwilę potem z osłupieniem patrzy, co mu spływa na biurko: jego podpis jest sfałszowany.
Z zeznania przed sądem Agnieszki Z.: – Prowadziłam tę sprawę jak każdą, ale wszystko, co się działo obok niej, nie było zgodne ze standardami. Interweniowano z gabinetu politycznego ministra, stanem sprawy bardzo interesowała się dyrektor departamentu obrotu ziemią.
Również świadek Maciej Jabłoński, były wiceminister rolnictwa, podkreślał w sądzie, że miał od Andrzeja Leppera kilka zapytań w tygodniu o to odrolnienie. Wicepremier przedstawiał mu Piotra R. jako przedstawiciela gminy Mrągowo w zakresie odrolnienia gruntów
Lepper zaprzeczył tym zeznaniom.
Jest natomiast niepodważalnym faktem, że na nazwisko Agnieszki Z. przyszła duża biała koperta bez nadawcy z uzupełnieniem wniosku o odrolnienie.

Ja ich nie oglądam, oni nie oglądają mnie

Telefony wysokich urzędników z Ministerstwa Rolnictwa do małej gminy niepokoją autorów intrygi w CBA. Agenci postanawiają zapobiec katastrofie, wyprawiając się do Mrągowa. Jest początek czerwca 2007 r.
Przedstawiają się Krasińskiemu jako funkcjonariusze CBŚ „pod przykryciem”, prowadzący tajne śledztwo. Mówią, że wszystko się wyjaśni 6 lipca. Gdy pojawiają się jeszcze raz, wójt zawiadamia prokuratora, że nachodzą go oszuści podszywający się pod CBŚ.
18 czerwca. Żywo zainteresowana skompletowaniem dokumentów do wniosku o odrolnienie dyrektor departamentu obrotu ziemią konstatuje, że po ingerencjach w gminie jest już komplet. Kładzie teczkę z tymi papierami na biurko Agnieszki Z. i mimo późnej pory każe jej szybko sporządzić wniosek na kierownictwo o pozytywne załatwienie sprawy. Stażystka zanosi wniosek do gabinetu wiceministra Kowalczyka. Drzwi otwiera kluczem sprzątaczka.
Tymczasem Andrzej K. wraca w rozmowie z rzekomym biznesmenem do owych „klimatów” w robieniu pokątnych interesów. Widzi możliwość kupna za bezcen państwowej ziemi, która ze względu na swoje położenie w niedługim czasie będzie warta wielokroć więcej.
– Jeżeli zabezpieczycie interes finansowo – sonduje biznesmena – to się dogadamy. Pytanie wstępne: czy macie kapitał?
– Z tym nie ma problemu, może w każdej chwili dojechać.
– Jeżeli w to wchodzicie, to po sfinalizowaniu sprawy w Mrągowie umawiam spotkanie z człowiekiem, którego oficjalnie nie ma na liście płac w Ministerstwie Rolnictwa, natomiast tak naprawdę jest prawą ręką głównego szefa od takich nieoficjalnych rzeczy.
Agent: – …Znajdź mi słupa, który od razu podpisze wszystkie kwity. Masz problem, jak to załatwić?
Naradzają się jeszcze, jak będzie wyglądało przekazanie pieniędzy za Mrągowo.
Agent: – Dwóch gości przywiezie kasę. Ja wezmę w hotelu apartament, parę godzin trzeba spędzić przy liczeniu. Oni wnoszą walizkę, pójdą sobie, potem ty się zgłaszasz. Sam. Ewentualnie może ktoś po ciebie przyjść, ale pod drzwi, niech nie wchodzi do pokoju. Ja ich nie oglądam, a oni nie oglądają mnie.
Zaraz po rozstaniu z Sosnowskim prawnik telefonuje do swego przyjaciela Piotra:
– Jest jedna rzecz ważna, która nie może czekać.
– No wal.
– Bo ja mu powiedziałem, że dzisiaj lub jutro podam konkretny termin podpisania decyzji w sprawie Mrągowa.
– K… To wszystko jest niestety na niedoczasie.
K. musi się z tego wytłumaczyć przed Sosnowskim. Dzwoni do niego wieczorem:
– No wykrakałeś, sytuacja wygląda nie najlepiej.
Agent: – Co się stało?
– Ja to chromolę. Już wiem, że jutrzejszy termin nie wypali. Nie wiem, co zdecydujesz, ale zobligowali mnie, żebym ci powiedział, że są dwie opcje do wyboru. Pierwsza taka, że kończymy sprawę, zamykamy temat, mów, jakie jest rozliczenie. Powiedziałem im, że pewno właśnie tak zdecydujesz. A oni, że jeszcze jest druga opcja, bo co z tego, że się przesunęło o trzy dni, urzędnicy tak działają… Jestem tak wk… że ręce mi się trzęsą… Nic już nie mów, po prostu zdecyduj…
Agent: – Odezwę się do ciebie jutro, dobra? Muszę się naradzić ze wspólnikami… Na razie.
K. natychmiast dzwoni do Piotra R.
– Czekamy.
O północy telefon od Sosnowskiego. Jeszcze raz namawia Andrzeja K., by poznał go z człowiekiem, który bezpośrednio załatwia sprawę Mrągowa w ministerstwie. Skoro są takie trudności…
Prawnik ma gotową odpowiedź: – Też chciałem tak zrobić, ale ci, z którymi on współpracuje, boją się – nie wiem czego. CBA, prowokacji… Może i tak, bo jeżeli ty jesteś z CBA, to ja już siedzę.
Agent: – Ja ci oddzwonię.
Nazajutrz uspokaja prawnika, że te kilka dni mogą jeszcze poczekać.
Kolejny termin nie wypala. Prawnik, chcąc uratować interes życia, proponuje biznesmenowi, że jego grupa zapłaci umowną karę za spóźnienie. Dają sobie dziesięć dni na załatwienie sprawy. Każdy następny dzień opóźnienia to jest 100 tys. mniej z obiecanej łapówki.
– Możesz też zejść z trzech (w domyśle milionów złotych), jestem w stanie przeforsować, że nie dostaną tyle, tylko np. 2,7; 2,8, coś takiego.
Agent: – Yhmmm.
Andrzej K.: – Chyba że chcesz mi chociaż stówkę odpalić, to też będę zadowolony.
Agent: – No dobra, idę rozmawiać.

Zatrzymanie

5 lipca dokumenty w sprawie Muntowa są wreszcie w komplecie. Dyrektor Departamentu Gospodarki Ziemią i wiceminister Kowalczyk podpisuje pod wnioskiem „Załatwić pozytywnie”. Jeszcze tylko parafka ministra, co jest już właściwie formalnością… Ścisłe kierownictwo zbiera się nazajutrz.
Ale 6 lipca 2007 r. w gmachu Ministerstwa Rolnictwa dzieją się rzeczy dziwne. Świadek Andrzej Lepper opowiedział o tym na sali sądowej: – Koło godziny 6.30 byłem w biurze Samoobrony. Zadzwonił domofon – ktoś prosił, aby go przyjąć, bo ma bardzo ważną wiadomość. Wpuściłem. I ten człowiek mówi od progu: – Panie premierze, wobec pana jest szykowana prowokacja, oni chcą pana wykończyć, proszę uważać.
Lepper odwołuje wszystkie zaplanowane na ten dzień spotkania, również z Piotrem R. (Oskarżony R. wyjaśnił w śledztwie, że umówił się z wicepremierem, bo chciał mu przypomnieć o obowiązku zaszczepienia się w związku z wyjazdem do Konga).
Jeszcze jedna niespodzianka – w programie kolegium, na którym ma być podpisany wniosek o odrolnienie gruntu, nie ma tego punktu z powodu wyjazdu wiceministra Kowalczyka do Brukseli. Ale R. o tym nie wie.
Kolegium jeszcze trwa, gdy w hotelu Fort na peryferiach Warszawy Andrzej K. wita się z agentem Andrzejem Sosnowskim. Ledwo usiedli, wchodzi z walizką rzekomy kierowca rzekomego biznesmena. Kładzie bagaż i znika.
Z zeznań agenta (jako świadka incognito): – K. przeliczył pieniądze i zadzwonił do mężczyzny o imieniu Piotr. „Podbite?” – zapytał. Panowie nie mogli się dogadać, jak mi udowodnić, że papier jest gotowy… Nagle K. przerwał rozmowę i bez słowa szybko wyszedł z pokoju. Walizka z pieniędzmi została.
Andrzej K. wyjaśnił w śledztwie: – Przeliczyłem, zgadzało się: 2,7 mln zł w paczkach nominałów po 50, 100 i 200 zł. R. chciał, aby w związku z tym, że akurat wyjeżdżał do Chin, jego pieniądze zostały w sejfie hotelu Fort. Ale nie potwierdził, że na pewno wszystko jest załatwione. Uznałem go za niepoważnego, postanowiłem zerwać kontakt z obiema stronami.
Ale agent nie odpuszcza. Jeszcze tego samego dnia telefonuje do K. z dobrą nowiną: – Jest decyzja Leppera. Skąd się o tym dowiedział? Po prostu zadzwonił na centralę do ministerstwa. Jakaś urzędniczka potwierdziła. Proponuje zatem spotkanie w klubie 6/12 przy ulicy Żurawiej. Walizka z zawartością będzie do odbioru.
Sosnowski blefował. Ale radca prawny pojechał do klubu i przed wejściem został zatrzymany w swoim nissanie x-trail. Pięć minut później taki sam los spotkał na lotnisku Piotra R.
Andrzej K. tuż po zatrzymaniu napisał w wyjaśnieniu dla CBA, że chodziło mu tylko o „usprawnienie procedury administracyjnej pewnego wniosku o odrolnienie”. Czuje się oszustem, bo biznesmenowi Sosnowskiemu obiecywał „złote góry”, sugerował, że w sprawę zaangażowany jest sam Lepper; zrobił tak w celu zdobycia i trzymania klienta.
Ale następnego dnia uraczył funkcjonariuszy CBA inną wersją: łapówka naprawdę była dla wicepremiera. Miał mu ją zanieść Piotr R.
Trzy dni później premier Jarosław Kaczyński ogłosił na konferencji prasowej, że Andrzej Lepper złożył rezygnację, bo „znalazł się w kręgu podejrzeń”. Chodzi o wielomilionową łapówkę. To sukces akcji CBA. – Prawdziwej pięści władzy państwowej w walce z korupcją – dodał szef biura Mariusz Kamiński.

Proces

Jeszcze rok temu byli przyjaciółmi. Na ławie oskarżonych Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia siedzieli odwróceni do siebie plecami. 36-letni Piotr R. nie ukrywał swego nazwiska przed dziennikarzami. Starszy o cztery lata Andrzej K. przeciwnie. Odpowiadali z art. 230 kk – płatna protekcja. Prokurator napisał w akcie oskarżenia: „Nie ustalono przyczyn, dlaczego nie doszło do przekazania K. pieniędzy”.
Andrzej K. obciążał dawnego przyjaciela, ale nie wyjaśnił, dlaczego nie wziął walizki z 2,7 mln zł łapówki. Czy Piotr R. ostrzegł go, że Sosnowski jest agentem, czy też wystraszył się czego innego?
R. aż do końca procesu nie przyznając się do zarzutów, twierdził, że padł ofiarą swojej naiwności. K. wykorzystał go jako stojącego blisko Samoobrony. Nie bez powodu powiedziano mu w śledztwie, że to nie on sam jest celem, tylko Lepper, którego „trzeba zatopić”.
Mimo dość długiego procesu wiele pytań – również stawianych w mediach – pozostało bez odpowiedzi. Sędzi Dorocie Radlińskiej nie udało się ustalić, czy Piotr R. i Andrzej K. byli w zmowie z wysokimi urzędnikami (zwłaszcza z wicepremierem). Nie wiadomo też, czy doszło do ostrzeżenia Leppera przed prowokacją CBA. Czy w ogóle zdarzył się taki przeciek, bo może szef Samoobrony nie wiedział, że za wnioskiem o odrolnienie kryje się korupcja. (W listopadzie br. warszawska prokuratura umorzyła z „braku dostatecznych dowodów” śledztwo przeciwko Januszowi Kaczmarkowi, szefowi MSWiA w rządzie PiS, oskarżonemu, że zdradził Lepperowi akcję CBA).
Warszawski sąd zajął się tylko tymi, którzy siedzieli na ławie oskarżonych. Na dwa i pół roku więzienia skazał Piotra R. (od połowy procesu przyprowadzany był z aresztu, gdzie osadzono go w innej sprawie), a Andrzeja K., który współpracował z prokuraturą, tylko na 54 tys. zł grzywny.
Dwa miesiące po tym nieprawomocnym wyroku prokuratura w Rzeszowie zarzuciła Mariuszowi Kamińskiemu, wówczas szefowi CBA, nadużycie władzy, gdy decydował o operacji specjalnej w sprawie afery gruntowej. Chodziło o stosowanie na szerszą skalę, nie tylko wobec osób później oskarżonych, różnego rodzaju podsłuchów. W kilku przypadkach odbyło się to nawet bez zgody prokuratora i sądu.
Ponadto funkcjonariusze CBA podrabiali podpisy osób publicznych, np. wójta Mrągowa. A decyzja o odrolnieniu, która miała zapaść na podstawie spreparowanych dokumentów, naruszyłaby prawa właścicieli działek upatrzonych przez CBA.
Prokuratura w Rzeszowie odniosła się też do faktu kontrolowanego wręczenia łapówki. Prawo zakazuje funkcjonariuszom organów śledczych testowania ludzkich skłonności do popełniania przestępstw. Zatem tego rodzaju działania operacyjne za zgodą byłego szefa CBA, były podżeganiem do przestępstwa.
Czy Mariusz Kamiński zasiądzie na ławie oskarżonych?

Wydanie: 51-52/2009

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy