Marek w starciu z morzem

Marek w starciu z morzem

Ludzie przychodzą tylko po to, żeby zobaczyć, jak wygląda ktoś, kto właśnie kogoś stracił

Mirela liczy wszystkie minuty, urywki chwil, które mogłyby jej Marka uratować. Gdyby nie facet w sklepie, gdyby nie latawiec. Być może nigdy by tego chłopaka nie spotkali. A teraz, gdyby tylko mogła pójść do Hadesu, toby po Marka poszła.

*

20 lipca 2015 r., wakacyjny poniedziałek.

Gąski koło Mielna. Ponad 521 km od rodzinnej wioski. Sześć godzin jazdy drogą S3.

Dochodzi 13.00. Leniwa godzina, taka na sjestę, zwłaszcza że pogoda grymaśna, jesienna. Pierwszy dzień po ulewach i silnym wietrze. Pierwsze chwile, kiedy można wyjść na plażę. Morze od świtu jest wzburzone. A wczesnym popołudniem wścieka się już na dobre.

Bije falami o brzeg tak mocno, że spacerujący od strony Sarbinowa Marek, jego żona Mirela i córka Gosia nie słyszą własnych słów.

Wszędzie czerwone flagi. Najwyższy alert pogodowy, zakaz kąpieli. Fale zagrażające zdrowiu i życiu. Poza kilkoma drepczącymi brzegiem śmiałkami nikt nie odważa się nawet do nich zbliżyć.

Na wyznaczonym, strzeżonym kąpielisku „Gąski 210” od ul. Latarników dużo spacerowiczów. Robią zdjęcia, kręcą filmy. Patrzą na ponadmetrowe fale z nieskrywanym podziwem, jakby z ekscytacją. Zbyt wysokie, żeby człowiek dał sobie z nimi radę. Porywanie się na taki żywioł to już nie wyzwanie. To szczyt kretynizmu.

Jakiś pies podbiega do uderzającej o brzeg wody. Szczeka, gdy fala na ostro zmywa piasek, po czym ucieka z piskiem. Czegoś takiego dawno w Gąskach nie było. Jakby morze żyło własnym życiem. Jakby chciało wystąpić z brzegów i pożreć wszystko wokół. Jakby gdzieś tam, w środku, toczyła się walka na śmierć i życie.

Marek też robi zdjęcia. Rzadko trafia się taki widok. Gosia biega z latawcem. Latawiec się zrywa. Raz i drugi. Marek go naprawia. Te wszystkie ułamki sekund ułożą się później Mireli w głowie. (…)
– Mieliśmy nadzieję, że pogoda się poprawi, sztorm ustanie. Że wyjdzie w końcu słońce. W Sarbinowie zjedliśmy wczesny obiad, wypiliśmy kawę. I plażą wracaliśmy już na kwaterę.

Dosłownie kilka kroków dzieliło ich od zejścia z plaży. Kilka sekund i wściekłe morze zniknęłoby z pola widzenia. Ale właśnie wtedy, w ostatniej chwili zauważają na brzegu rozhisteryzowaną parę młodych ludzi.

– Byli po kolana w wodzie, krzyczeli w kierunku fal. Nie wiedzieliśmy, czy w morzu jest dziecko, czy ktoś starszy. Ale dla Marka to i tak nie miało znaczenia. Patrzę na niego, a on już zaczyna się rozbierać. I mówi spokojnie, jak to on: „Żonka, masz klucze do pokoju i telefon”. Prosi go, żeby nie szedł, że wezwą pomoc. Że morze jest wzburzone, a ten, kto wszedł do wody pomimo takich warunków, jest nieodpowiedzialny. Głupi. Że Marek nie powinien się aż tak narażać. Przytrzymuje go nawet lekko za rękę. Za lekko. Marek ją uspokaja, ściąga ubranie i w samych szortach biegnie już przez plażę.

– Może gdybym trochę mocniej przytrzymała go za rękę, toby nie pobiegł – Mirela nie kryje łez.

Ale wtedy, na brzegu, wierzy, że się uda. Marek jest silny, wysportowany. I pływa jak ryba. Nurkuje. Woda nie ma przed nim tajemnic. Mirela chwyta jednak za telefon i dzwoni pod 112 po pomoc. Na plaży jest dużo osób, zbierają się kolejni gapie, ale po telefon nie sięga nikt. A przecież potrzebna jest pomoc. Mirela początkowo wzywa ją nie dla Marka, tylko dla tonącego. Bo przecież Marek sobie poradzi. Kiedy dyspozytor dopytuje, w którym dokładnie miejscu się znajduje, ze zdenerwowania plącze jej się język. Nie potrafi określić, gdzie dokładnie jest. Przecież oni tych Gąsek jeszcze nie znają, są tu pierwszy raz w życiu. Mirela nie wie, które to zejście na plażę, jak je rozpoznać. Pyta ludzi, szuka drogowskazów, nazw. Biega od jednej osoby do drugiej, potyka się na piasku. Serce wali jej jak oszalałe, pojawia się panika.

– Kiedy później uzmysłowiłam sobie, że wszystko rozegrało się tuż obok pola namiotowego, zaledwie o krok od naszej kwatery… Tak niewiele brakowało, żeby nas już nie było w pobliżu. (…) Po wezwaniu pogotowia próbuje coś zrobić. Biegnie do jakichś mężczyzn, którzy mają materac. Błaga, żeby pomogli Markowi. Próbują. Naprawdę próbują, ale fale są tak silne, że nie dają rady nawet wejść do wody.

Gosia też biega po plaży, krzyczy, żeby pomóc jej tatusiowi. Boi się fal, siły morza. Ma dreszcze. Udziela się jej niepokój. Dwóch młodych mężczyzn wskakuje do wody z deską, prawie taką samą, jaką Marek chciał kupić po drodze z Sarbinowa. Mężczyznom udaje się wyciągnąć niedoszłego topielca na ląd. A potem przyjeżdżają ratownicy z WOPR. W tym szaleńczym żywiole nawet oni potrzebują kilkunastu minut, żeby dotrzeć w pobliże Marka. Gdyby fale nie były tak wysokie, może daliby radę szybciej. Może Marek miałby szansę i nie wpadłby w najgorsze nurty cofające. A tak, łapie oddech raz za razem. Żeby wytrzymać. Ratownicy próbują do niego dopłynąć, ale siła wody jest ogromna. W końcu Marek wynurza się na powierzchnię w rozpaczliwej pozie igreka. Na znak, że potrzebuje pomocy. Ale ratownicy są już wtedy na brzegu, zajmują się uratowanym. Marek musi radzić sobie sam. Robi wszystko, żeby przeczekać nurt, żeby wrócić. Mirela:

– Ta poza igreka to ostatni raz, kiedy go widziałam. Potem zniknął pod wodą. Gapie na plaży komentują, krzyczą. Ktoś płacze, ktoś się modli. Ktoś inny robi zdjęcia.
– To były najgorsze chwile w moim życiu. Ludzie nie pomagali. Co chwila słyszałam, jak ktoś mówi, że Marek jest bez szans. Że mu się nie uda. I wśród tych gapiów znajduje się jedna jedyna młoda kobieta, która okaże się światełkiem w tunelu. Mirela nie wie nawet, jak miała na imię, pamięta tylko, że jej mąż miał niecodzienne imię: Dobromir lub Dobrosław.
– Uspokajała nas, wspierała, okryła kocem. Czekała z nami do przyjazdu karetki. Nawet później, zanim zabrali nas do szpitala, cały czas była tuż obok. I bardzo jestem jej za to wdzięczna.
Czas mija, Mirelę odrobinę wycisza zastrzyk uspokajający. Marka wciąż nie ma. Ludzie przychodzą tylko po to, żeby je zobaczyć. Kobietę i dziewczynkę trzęsące się z przerażenia w miejscowej karetce. Żeby zobaczyć, jak wygląda ktoś, kto właśnie kogoś stracił.
W drugiej karetce leży uratowany, 16-latek z okolic Częstochowy. Na plaży był z siostrą i jej chłopakiem. Popisywał się, chojrakował. Mirela siłą powstrzymuje się, żeby do niego nie podbiec i nie wykrzyczeć prosto w twarz, że to przez niego Marka teraz nie ma. Że gdyby nie jego głupota, nieodpowiedzialność, Marek nie musiałby ryzykować.
– Nigdy nie przeprosił. Może musi do tego dorosnąć? Zrozumieć, jak dużą ofiarę poniósł mój mąż, żeby uratować mu życie. Jedynie podczas rozmowy telefonicznej z dziennikarzem realizującym reportaż o moim Marku coś tam mówili razem z matką, że jest im przykro, ale to za mało. Nie czuję w ich słowach szczerości i ludzkiego żalu. Nie mogę się z tym jeszcze pogodzić.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 42/2016

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy