Wszyscy jesteśmy ofiarami

Wszyscy jesteśmy ofiarami

Młodych rekrutów FARC dość szybko oswajano z przemocą. Już w pierwszych miesiącach mieli szansę zobaczyć egzekucję na porwanych

Caquetá to był świat poza światem. Poza czasem. Poza cywilizacją. Prąd nie dochodził, dróg nie było. Nie było szpitali, gazet ani książek. Państwo kolumbijskie istniało tu jedynie w teorii. W zawieszeniu. Bez sensu i oparcia.

Wieś nazywała się Remolino Alto Porte Orteguaza. Nie na wszystkich mapach można ją znaleźć. Zagubiona gdzieś w Kordylierze Środkowej, przy granicy z departamentem Huila. Pamiętała o niej jedynie guerrilla. To guerrilla stanowiła tu władzę absolutną. Jedyną. Przychodzili, odchodzili, ale zawsze czuć było ich oddech.

Biologicznego ojca Martha Trujillo nie poznała. Był komendantem FARC, miał dzieci z jeszcze sześcioma innymi kobietami. Zapładniał – znikał, zapładniał – znikał.

– To rewolucjonista, tłumaczyła później matka, rewolucjoniści nie mają czasu na wychowywanie dzieci. Był też człowiekiem niezdolnym do miłości, niezdolnym do wyrażania uczuć, skazanym na samotność, kimś, kto nie dostaje drugiej szansy na tej ziemi. Ruszył na wojnę, w las. Aresztowali go jeszcze przed jej urodzeniem. Być może to prawda, być może nie, ale został rozstrzelany.

Matka miała 15 lat, gdy ją urodziła. A potem rodziła jeszcze sześć razy, niemal rok w rok. (…)

Ojczym był rolnikiem z okolicy, biedakiem, pijakiem i militante, współpracował z ludźmi lasu: z EPL, potem M-19, a w końcu z FARC.

Ojczym nadał jej nowe imię – Yineth, o starym szybko zapomniała. Ojczym był szorstki, ale gdy nie pił, bywał czuły. (…)

Ojczym zgwałcił Yineth, gdy miała cztery lata. Bolało wszystko, czuła, że płynie z niej krew, ale nie zamierzała się skarżyć. Od tego czasu Yineth miała problemy ze snem i z biodrami. Od tego czasu każdą wolną chwilę spędzała na rysowaniu. (…)

Jeden z nauczycieli zapytał kiedyś dziewczynki z jej klasy o relacje z ojcami. Mówiły, co robią razem, w czym są do ojców podobne, za co ich lubią. Mówiły wreszcie, każda po kolei, że ojcowie dotykają je w miejscach intymnych. I tylko jedna z nich zaczęła głośno szlochać.

– Co się stało – zapytał nauczyciel.

– Mój ojciec mnie nie kocha.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Bo on mnie nigdy nie dotykał. Najwidoczniej się mnie brzydzi.

Matka Yineth nie wszystko była w stanie znieść. Miała 23 lata, siódemkę dzieci i ostrą nerwicę, gdy odeszła z domu. Yineth spojrzała na nią chłodno, bez emocji, po czym wróciła do rysowania. Miała osiem lat, nie wiedziała jeszcze, że ponownie zobaczy ją za kolejne cztery. Dopiero wiele lat później, gdzieś w innym świecie, z innymi ludźmi, Yineth pomyśli, że wtedy skończyło się dzieciństwo. (…) Ale cóż było robić? Żyło się. Bo co można innego, prawda?

Zatrudniła się na plantacji kawy. Była teraz najstarszą kobietą w rodzinie. Zbierała kawowe ziarenka, potem jeszcze te cholernie kwaśne owoce lulo. (…) Wstawała przed świtem, karmiła dzieciaki, ubierała, czesała po kolei starym drewnianym grzebieniem – wrzeszczały przy tym wszystkie tak, że słychać było pewnie gdzieś hen, w Putumayo, a może i w Amazonas. Najpierw szli razem. Starsze prowadziła do szkoły, młodsze – pod opiekę żony jednego ze szkolnych nauczycieli. A potem zostawało już tylko dojść na farmę, dwie godziny solidnego marszu. Kiedy śpiewała pod nosem, zawsze szybciej zlatywało.

Nauczyła się pracować na głodniaka. Bo jak się dużo wody pije, głód odchodzi, głód znika, o głodzie przestaje się pamiętać. W domu, kiedy mieszała już w tych garach, pomyślała sobie, że w zasadzie to stała się dla nich nową matką, dla tych dzieciaków, dla sióstr i braci. I była bardzo dumna. Bardzo.

Pracowała też przy sianokosach, przez wiele godzin, za grosze. Zrozumiała wtedy, że świat należy do mężczyzn. Że to oni ustalają zasady i to oni biorą ze świata to, co najlepsze. Okazało się, że jej – jako dziewczynie – płacili połowę stawki chłopców. Ten świat poza światem znów ją zawiódł, ten świat należałoby zmienić. (…)

Ojczym czasem był, czasem znikał, niczym zapasy fasoli i ryżu w domowej spiżarni. Raz zniknął na dwa tygodnie, raz na trzy. Wracał skacowany i wściekły. Wtedy lepiej było do niego nie podchodzić. Jak miał zły dzień – wiązał, kopał, wyzywał, czasem przypalał zapalniczką. Jak mu się ktoś za bardzo w życie wtryniał, wyciągał maczetę.

Yineth uciekała w marzenia. O tym, że życie jednak może być lepsze. Że w przyszłości znajdzie człowieka, w którym się zakocha, wezmą bajkowy ślub. Będzie biała suknia z welonem, druhny i sypanie kwiatów. Gdy padało, spoglądała na perełki deszczu na migdałowcach i czuła się zagubiona w samotności. (…)

Miesiąc po powrocie matki FARC zapukał do ich drzwi, tak jak i do innych domów we wsi. Była noc, smolista, nieprzenikniona. (…) Tłumaczyli bez pośpiechu. Czy wiedzą, jak brzmi pełna nazwa organizacji? Czy wiedzą, co to znaczy? Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Ejército del Pueblo – sylabizowali. Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii – Armia Ludu, prawda? Czy wiedzą, że są tu, w lasach, po to, by ich bronić i chronić? Ich, czyli campesinos. Rolników. Przed ciemiężycielami, przed wrogami ludu, przed oligarchami. Że walczą o prostych, biednych ludzi. O ich prawa. O sprawiedliwość społeczną. Chcą, żeby wreszcie zaczęli żyć jak ludzie, nie jak zwierzęta. Czy wiedzą? No właśnie. Ale Armia Ludu nie może działać bez ludowego wsparcia. Może być krowa, kura, zboże, pieniądze. Może być broń albo buty. A gdy w chałupie nie ma niczego? Może być najstarsze z dzieci.

Ze wsi poszli we trójkę. Chłopak i dwie dziewczyny. Najstarsze z nich miało 15 lat, Yineth była najmłodsza. W sumie tego dnia FARC złowił 43 dzieci. Szli jak zjawy przez selwę, jedno za drugim, tylko na początku rozglądając się na boki. Potem widoki spowszedniały, a monotonia marszu zabiła ciekawość. Szli, nie myśląc. Szli, nie oglądając się za siebie. (…)

Dostała partyzancki pseudonim – jeden z komendantów ochrzcił ją Leydi. Od tej chwili tak się do niej zwracali wszyscy przełożeni. Szybko nauczyła się, że słowo komendanta jest świętością. Że jego rozkazy są wykonywane, zanim zdąży je wydać, nawet zanim je wymyśli, i zawsze sięgają o wiele dalej, niż on sam kazałby im sięgnąć. (…)

Kolejne pół roku to już było ciężkie, poligonowe szkolenie. Surwiwal. Trening militarny, walka wręcz, posługiwanie się bronią. Najpierw – przez dwa miesiące – lekką bronią z drewna, gdzie strzelanie było jedynie symulacją, potem już tą na ostrą amunicję. Dostała do ręki M16 – amerykański karabin. 30 nabojów, ryglowanie w lewo, można strzelać pojedynczo i seriami po trzy. Spodobał jej się. Tak samo jak szkolenie z ładunków wybuchowych. Jak skonstruować bombę, jak i gdzie ją podłożyć, jak samemu przy tym nie ucierpieć? Albo: co to znaczy być zwiadowcą i co to znaczy być szpiegiem? Co to znaczy praca wywiadowcza na tyłach wroga?

Młodych rekrutów dość szybko oswajano z przemocą. Już w pierwszych miesiącach mieli szansę zobaczyć egzekucję na porwanych. Ci, zanim dostali kulę w potylicę, najpierw musieli wykopać sobie groby. I to jest taki obraz, który się pamięta po wielu, wielu latach, czyż nie? To jest takie coś, co świdruje w młodej głowie, coś, co rozsadza mózg od środka, co w nocy spać nie daje, a w ciągu dnia – na niczym nie pozwala się skupić. To jest takie coś, z czym trzeba nauczyć się żyć. Bo cóż można zrobić, prawda? Żyje się. Taki już los zarażonych samotnością.

Zarażonych bezsennością i zapomnieniem.

A potem Yineth-Yira miała zostać pielęgniarką. Na kursie uczyła się robić opatrunki, ale też – jak usunąć ciążę. Dzięki temu Yineth kiedyś uratuje parę nóg i dłoni, parę ludzkich istnień. Dzięki temu dowie się, czym jest obozowa dyscyplina i jaka jest kara za niesubordynację. Aborcja była ważna, bo dziewczyny w obozie miały być żołnierkami, nie matkami. Bez zgody komendanta nikt rodzić nie miał prawa. Zdarzały się więc partyzantki po sześciu czy siedmiu skrobankach, zdarzały się i takie, które zapominały, że są kobietami. Yineth zapamięta taką, która mimo to ukryła i donosiła ciążę. Komendanci w ostatnich tygodniach się domyślili. Spoglądali spode łba, ale byli łaskawi. Poczekali, aż urodzi. Potem pozwolili dziecku wykrwawić się pod drzewem. Matka dostała siedem kul w głowę.

Yineth patrzyła na to bez słowa. Nie zrobiła nic. Bo cóż można zrobić, prawda? Żyło się. Wiedziała już, że nawet moralność jest tylko kwestią czasu.

Tego dnia armia zaatakowała wcześnie rano. Yineth była akurat tuż za obozem. Szybko zrozumiała, co się dzieje, starała się uciec z linii ognia. Zaczęła biec, dwóch żołnierzy ruszyło za nią. Strzelali, strzelali, strzelali. Ale biegła zygzakiem, nie było łatwo ją trafić. Potem usłyszała wybuch i poczuła coś dziwnego. (…)

Ocknęła się trzy dni później na swoim posłaniu – calecie. Obudziła się długo przed świtem i nie otwierając oczu, myślała o tej nieskończonej liczbie lat, które jeszcze musi przeżyć. O tym świecie, który okazał się trudniejszy, niż mogłaby się spodziewać. Poczuła, że brakuje jej tchu i nie jest w stanie ruszać nogami. Później towarzysze opowiedzieli jej o tamtym dniu. Mówili, że wybuch wyrzucił ją wysoko w powietrze. Że straciła dużo krwi. Że już się z nią żegnali. Że nie wierzyli… Że dostała drugie życie. Ale to życie nie wyglądało tak, jak mogłaby sobie wymarzyć. Frustracja rosła.

Na długie tygodnie zaległa w calecie. Kurowała się, leczyła rany, nie ruszała się, ale powoli odzyskiwała czucie w nogach. Na nowo uczyła się chodzić. To były te momenty, kiedy znów czuła się jak dziecko z Caquetá, z ziemi, która nie istnieje. Jak niemowlak, który uczy się raczkować, a potem – chodzić. Wszędzie musiała się doczołgać. Do mesy, do latryny, do magazynu z rzeczami. Do swojego nowego życia.

Czuła wszechogarniający smutek i samotność. Którejś nocy złapała za pistolet i wycelowała w siebie. Nie wyszło. Broń wypadła jej z ręki, nie była już w stanie po nią sięgnąć kolejny raz. Niedługo potem zdecydowała się na poprawkę. Wtedy jednak zauważył ją jeden z komendantów. W ostatniej chwili wytrącił pistolet z ręki. Był zirytowany:

– Jesteś żołnierką. Musisz sobie z tym radzić. Jeśli jeszcze raz będziesz próbowała to zrobić, sam ci pomogę. A teraz daj sobie jeszcze jedną szansę – idź na śniadanie!

Umrzeć jest o wiele trudniej, niż człowiek jest w stanie to sobie wyobrazić – przeszło jej przez głowę. O wiele trudniej. Było to cztery lata po tym dniu, w którym po nią przyszli do Remolino.

Cztery długie lata tej leśnej dorosłości.

Po kolejnych trzech miesiącach stanęła w końcu na własnych nogach. Dosłownie i w przenośni. Wstała i poszła. Były nowe zadania, nowe wyzwania. Adrenalina. Zapomniała o depresji, o próbach samobójczych.

Po kolejnym roku usłyszała rozkaz:

– Pójdziecie do rolnika na farmę, po panelę.

Było późne popołudnie, one dwie. Kiedy wracały, tamta zapytała:

– Czy ty się tu nie nudzisz? Czy nie masz dość? Bo ja bardzo.

Początkowo myślała, że to pułapka, że dziewczyna jest podstawiona, żeby ją sprawdzić. W końcu dała się przekonać. Teraz albo nigdy. Uciekły jeszcze tej samej nocy. Bez planu, spontanicznie.

Po trzech dniach marszu i dwóch nocach na leśnej ściółce dotarły do Armenii, sporego miasta w Eje Cafetero – kolumbijskiej „Osi kawowej”, gdzie produkuje się znakomitą arabicę. Na dworcu autobusowym Yineth czuła, że wszyscy na nie patrzą. Miały na sobie panterki FARC, więc były jak trędowate. Ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Chciała zadzwonić do ciotki; jej numer latami trzymała ukryty w bieliźnie. Wiedziała, że to jedyna osoba, która może jej pomóc, gdy zechce uciec. I ten moment wreszcie nadszedł. Podeszła do automatu telefonicznego i poczuła ogromną bezradność. Po ośmiu latach w Caquetá i pięciu latach w selwie nie wiedziała, jak obsłużyć tę maszynę. Co zrobić, by zaczęła działać? Wtedy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń.

– Mogę pomóc? – za nią stał młody żołnierz kolumbijskiej armii. – Może potrzebujesz monety?

Wyciągnął drobne, wybrał numer. Podał słuchawkę. Ale po drugiej stronie usłyszała tylko przeciągłe pikanie, wreszcie ciszę. Nikogo tam nie było. Żołnierz kupił jej bilet do Neivy w departamencie Huila, gdzie chciała odnaleźć krewnych, dał 20 tys. pesos na drogę – w sumie parę groszy, ale na początek wystarczyło. Uśmiechnął się, pomachał na pożegnanie. Pięć lat po tej nocy, gdy rekruterzy guerrilli zawitali do jej domu, usłyszała od nieznanego, dobrego człowieka:

– Witaj na wolności.

W Huila dowiedziała się o porwaniu matki, śmierci braci i sióstr. Sygnał był czytelny: FARC nie wybacza dezerterom. Siedziała w parku na ławce i ryczała. Ktoś wezwał policję. Zaopiekowali się nią, zawieźli do szpitala. Dali ubranie. Jako ex-guerrillera trafiła na przesłuchanie do SIJIN – policyjnej komórki wywiadowczej. Miała 17 lat, była zbyt młoda, żeby od razu trafić do więzienia, najpierw byłby więc zakład poprawczy, ale potem groziło jej nawet 45 lat za kratami. Pomógł jej jeden z prokuratorów.

– Nie jesteś gotowa na więzienie – mówił. – Ty również jesteś ofiarą tej wojny, jak i my wszyscy w Kolumbii.

Przyjechała do Bogoty. Próbowała gdzieś się zaczepić, ale gdy opowiadała o swojej przeszłości w FARC, znów czuła się jak trędowata. (…)

Miała 1,5 tys. pesos (2 zł) w kieszeni, gdy zobaczyła ogłoszenie: „Panie o atrakcyjnej prezencji – poszukiwane do baru Midas. Do pracy w stringach, przy barze i na scenie”. Nie od razu się zdecydowała. Trzy nieprzespane noce ją to kosztowało, trzy dni prawie bez jedzenia. W końcu zgłosiła się.

Umilała życie przychodzącym do klubu mężczyznom, tańcząc przed nimi w skąpym stroju, roznosząc drinki, czasem – rozmawiając. Nie zgadzała się na nic więcej. Nie takie miało być to jej nowe życie. Dla tych ludzi była Tanią. Dostała kolejne imię, kolejne życie.

Mężczyźni byli, owszem, ale poza klubem. Tej żelaznej zasady się trzymała. Przychodzili, odchodzili, przychodzili… Czasem trudno było zapamiętać ich twarze, ich imiona. Zostały po nich dwie cudowne istoty. Druga zasada brzmiała – żadnego alkoholu. Bez tego prawdopodobnie by przepadła.

Przez 10 lat procesu reintegracyjnego po nocach studiowała psychologię i kończyła kurs rachunkowości – dzięki temu z czasem została asystentką księgowej w firmie doradztwa finansowego. Pracowała też dla ACR (Agencia Colombiana para la Reintegración) – Kolumbijskiej Agencji do spraw Reintegracji. Promowała program, organizowała szkolenia i konferencje na temat demobilizacji i pojednania, pomagała w znalezieniu pracy innym byłym partyzantom.

Regisa Ortiza po raz pierwszy zobaczyła w bogotańskiej siedzibie ACR. A może to on ją wypatrzył? Mówił o sobie, o swoim rozstaniu z żoną w Baranquilli, o tym, że ma dziecko, ale jego rodzina w zasadzie się rozpadła. Ale starał się to wszystko obracać w żart. Śmiał się, gestykulował. Przypadkiem złapał ją za rękę. Dreszcz jej przeszedł po plecach. 14 lat po tym, gdy partyzanci przyszli po nią do rodzinnego domu, poczuła, że znów jest kobietą, nie partyzantką, ale kobietą. Znów poczuła, że dzieje się z nią coś nienormalnego. Że być może wciąż potrafi kochać. (…)

Zwabiła go pokojem, który miała na wynajem. Niedrogo. Brakowało jej na rachunki i na wychowanie dwóch córek, z którymi mieszkała. Wprowadził się i zajął gotowaniem. Popisowe danie? Arroz con coco – ryż z kokosem. (…)

Wróciły marzenia z dzieciństwa. O ślubie i sukni z welonem.

– Kup mi obrączkę – rozkazała, gdy leżeli w łóżku.

Nie śpieszył się, więc zrobiła to sama. Kupiła obrączkę i oświadczyła się Regisowi. Tak, ona jemu. On w końcu przyklęknął i założył jej tę obrączkę na palec – dokładnie tak, jak w jej dziecięcych snach. (…)

A potem zadzwonił telefon. Człowiek po drugiej stronie proponował jej udział w panelu dyskusyjnym. Prosił, by opowiedziała o swoim życiu w selwie, o FARC. Wyszło dobrze, padły kolejne propozycje. Dostawała za to coraz większe pieniądze. Yineth nabierała doświadczenia, coraz lepiej radziła sobie w kontakcie z publicznością. Nigdy nie była nieśmiała, teraz nabrała trochę scenicznej ogłady. Podczas spotkań opowiadała o życiu w selwie. Szczerze, bez upiększania. Również o tym, że najgorsze, co można byłoby teraz zrobić, to udawać, że te wszystkie zbrodnie FARC nie miały miejsca. Albo je rozgrzeszać. Mówiła o tym, że nie ma żalu do świata, do społeczeństwa. O tym, jak trudne doświadczenia ze służby w FARC można przekuć w pozytywne działanie na rzecz lokalnych społeczności i jak ustrzec dzieciaki przed powtórką z niedalekiej w końcu historii. Ale nie zawsze było łatwo. Na jednym ze spotkań, młody chłopak zaczął krzyczeć, że wszystkich partyzantów trzeba zesłać na bezludną wyspę. Niech tam sobie urządzą życie. Że w Kolumbii nie ma dla nich miejsca.

Zaczęto ją zapraszać na wielkie międzynarodowe konferencje. W Meksyku, na konferencji „Od wojny do miłości”, mówiła o sile przebaczania. O tym, że często myśli o ofiarach FARC. O ich rodzinach. O tym, że chciałaby im wszystkim powiedzieć „przepraszam”. I nie ma znaczenia, że to była wojna. Nie ma usprawiedliwienia.

W Chicago po jej prelekcji – wspólnej z dwiema innymi kobietami – widzowie płakali. W opisie spotkania napisano: „Świadectwo Yineth Trujillo pozwala spojrzeć na partyzantów zarówno jako sprawców, jak i ofiary tej wojny. Jako na tych, którzy używali karabinów niekoniecznie dlatego, że chcieli, ale dlatego, że zostali do tego zmuszeni”. (…)

Gdy patrzy w lustro, widzi dużo młodszą kobietę niż 10 czy 12 lat temu. Nie jest już młodocianym wrakiem, jakim była, wchodząc w dorosłość. (…) W szufladzie trzyma gotową już książkę „Sombras y sueńos” (Cienie i marzenia), która jest jej opowieścią o dzieciństwie i dorastaniu. – Musiałam się rozliczyć ze światem – mówi. To całe pisanie było dla niej katharsis. Musiała to zrobić, by zrozumieć swoje dzieciństwo w Caquetá, by zrozumieć matkę, ojczyma, całą resztę.

Yineth Trujillo uśmiecha się, oczy jej błyszczą. Rysuje na kartce i wylicza na palcach.

Ma w domu:
1. kochającego męża,
2. dwie wspaniałe córki (osiem i 12 lat),
3. ogromny telewizor.

Marzenia jednak się spełniają.

Fragmenty książki Macieja Wesołowskiego Café Macondo. Reportaże z Kolumbii, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018

Fot. AFP/East News

Wydanie: 27/2019

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy