Nieposkromiony wulkan muzyki

Nieposkromiony wulkan muzyki

Jerzy Maksymiuk: kocham muzykę, żyję nią, myślę dźwiękami. Mam nadzieję, że wszystko będzie mi wybaczone

Maksymiuk? 60? 70? 80? To niemożliwe! Tak reagowali miłośnicy muzyki na kolejne okrągłe urodziny mistrza. Wciąż emanował młodzieńczą energią, nieposkromionym temperamentem i poczuciem humoru właściwym osobom, których wiek się nie ima. A teraz Maksymiukowi strzeliło 85 lat! Trudno w to uwierzyć.

Janusz Marynowski był jeszcze dzieckiem, gdy pierwszy raz usłyszał orkiestrę dyrygowaną przez Maksymiuka. Tamte wrażenia wspomina dziś: – Widać było, że grają, ale nie było słychać, że grają. Coś niezwykłego! Jak można stworzyć wrażenie napięcia, zupełnego piano, z którego nagle powstanie forte, co jest dowodem najwyższego mistrzostwa? Maksymiuk potrafił tak pokierować orkiestrą.

Nic dziwnego, że później Janusz Marynowski zaczął karierę jako kontrabasista w orkiestrze założonej przez Jerzego Maksymiuka, a z czasem stał się dyrektorem tego, co powstało z Polskiej Orkiestry Kameralnej, czyli Sinfonii Varsovii.

Ostatnio Sinfonia Varsovia zagrała na 25. Wielkanocnym Festiwalu Beethovena w Filharmonii Narodowej. Maestro wystąpił w obszernej białej koszuli wypuszczonej na spodnie, a na nosie miał ogromne okulary. Jego dyrygenckie ruchy odbiegały daleko od potocznych wyobrażeń – zachowywał się tak, jakby prawą ręką przybijał młotkiem gwoździe albo ubijał kotlety tłuczkiem. Koncert odbywał się bez publiczności, ale obraz z kamer i dźwięk za pośrednictwem internetu szedł na cały świat.

Jerzy Maksymiuk ma ogromną, przemożną chęć przemawiania do słuchaczy. Staje na dyrygenckim podium, rozgląda się i albo przed koncertem, albo po jego zakończeniu ma ochotę coś powiedzieć. A obsługa prawie nigdy nie jest przygotowana, by podać mistrzowi mikrofon. Mówi więc tylko do pierwszych rzędów. Najczęściej coś zabawnego o muzyce, o kompozytorach, anegdotę zasłyszaną, a może wymyśloną przez siebie. Na przykład o słynnym fińskim kompozytorze Jeanie Sibeliusie, autorze świetnych symfonii, poematu „Finlandia” i „Smutnego walca”. Mówi się, że Sibelius skomponował o wiele więcej muzyki, ale sporo zapisanych nut, nawet „VIII symfonię”, spalił w piecu. – Ja też komponuję – dodaje dyrygent – ale nie mam odpowiedniego pieca. Zabieram głos – komentuje swoją manierę gadania do publiczności – jednak nie zawsze to się podoba. Raz jedna pani powiedziała: „Proszę już grać”.

Ale Maksymiuk nie rezygnuje ze swoich upodobań. – Kiedyś w Filharmonii Szczecińskiej – wspomina – odśpiewałem z nastoletnim melomanem fragment „Koncertu na obój i harfę” Witolda Lutosławskiego. Dopiero potem go zagrałem.

Szkoda, że nikt nie zapisywał tych opowieści Maksymiuka o muzyce, bo z tego powstałaby pasjonująca książka, zwierciadło wyobraźni i ogromnej wiedzy. Utyskiwał w tych historyjkach na skostniały repertuar wielu znakomitych orkiestr zagranicznych, z którymi przyszło mu pracować. Można podejrzewać, że gdy przez osiem lat szefował zespołowi BBC Scottish Symphony Orchestra, musiał na ten czas zawiesić spontaniczne pogadanki, nie mówiąc już o dopasowaniu się do angielskiego poczucia humoru. Wiadomo – Brytyjczycy mocno tkwią w tradycji. Z wczesnych zagranicznych kontaktów muzycznych zachowała się anegdota, jak po pierwszym spotkaniu z brytyjskimi impresariami koncertowymi maestro chciał powiedzieć coś miłego, ale jeszcze niezbyt dobrze mówił po angielsku. Zamiast zwyczajowego nice to meet you (miło państwa poznać) powiedział: nice to eat you (miło państwa zjeść). Ta pomyłka wcale nie popsuła kontaktów z Brytyjczykami. Występy rewelacyjnej Polskiej Orkiestry Kameralnej wywołały zachwyt Anglików, choć przecież najlepsze w świecie orkiestry kameralne powstały właśnie u nich.

Muzycy różnych orkiestr i zespołów, z którymi Maksymiuk choć przez chwilę współpracował, mają w pamięci jego niestandardowe zachowania i odzywki. Czasami przychodził na próbę z wielką walizką wypełnioną ubraniami, ale wyjmował z niej tylko duży budzik, nakręcał go i nastawiał np. na pół godziny. Próba była najczęściej ciężka, wszyscy patrzyli na zegar i czekali, kiedy wreszcie zadzwoni. W którymś momencie Maksymiuk wyłączał jakby nigdy nic budzik i ciągnął próbę. Pewnego razu, gdy próba się skończyła, dyrygent niezadowolony z jej przebiegu użył wulgarnego słowa: – Wszyscy jesteście ch… Zapanowała konsternacja, ale jedna ze skrzypaczek zachowała zimną krew i zapytała: – A ja? – Pani też – wypalił dyrygent. Do tego należy się komentarz. Kapelmistrz wyznaje: – Kocham muzykę, żyję nią, myślę dźwiękami. Mam nadzieję, że wszystko będzie mi wybaczone.

Maksymiuk ma wiele ciekawych powiedzeń wiążących się ze sferą płci. Na przykład mawia, że właściwie cała muzyka klasyczna jest oparta na jednym schemacie porównywalnym do kontaktów męsko-damskich. Najpierw kompozytor przedstawia dwa tematy, jeden to mógłby być mężczyzna, drugi – kobieta. Później te tematy łączą się ze sobą, czasem lirycznie i w zgodzie, ale niekiedy wybucha straszna kłótnia. W zakończeniu oba tematy powtarzają się, następuje rozwiązanie i koniec. Ta całość to forma sonatowa. Tak się pisało przez wieki.

Piękną opinię dyrygent wyraził też o żonie, Ewie Piaseckiej-Maksymiuk. – Dostałem od niej dużo więcej, niż Don Giovanni otrzymał od wszystkich swoich kobiet.

Pani Ewa bardzo dba o męża, jest prywatnym impresariem, pilnuje go podczas wszystkich koncertów, a czasem powstrzymuje przed najbardziej kontrowersyjnymi zachowaniami. W zasadzie muzyk nie powinien publicznie oceniać innych muzyków, ale Maksymiuk niekiedy wybucha. Zdarzyło się, że zaczął głośno wyrażać krytyczne uwagi o jakimś utworze Henryka Mikołaja Góreckiego. Gdyby nie pani Ewa, byłoby nieprzyjemnie.

Chyba żaden dyrygent z taką pasją i pracowitością nie przygotowuje się do koncertów. Maksymiuk przepisuje ręcznie partytury utworów symfonicznych, bo wtedy najlepiej rozumie, co kompozytor chciał przekazać muzykom i słuchaczom. Dziś nuty się przepisuje, jeśli jest taka potrzeba, na komputerze, i wpuszcza do drukarki, ale on woli metody XIX-wieczne. To, co przepisze, gra na fortepianie i wtedy nawet czyta między wierszami, co np. Beethoven chciał osiągnąć, a co mu się nie udało, bo żadna orkiestra nie jest w stanie wykonać jego zamysłu. Wyposażony w tę wiedzę idzie na próbę i usiłuje jednak dokonać czegoś niezwykłego. Jeśli się uda, to porównuje włożony wysiłek muzyków do startu rakiety z przylądka Canaveral na Florydzie.

Zdarza się, że przed próbą maestro spaceruje po parku i własnoręcznie wystruganą batutą dyryguje w myślach i w rzeczywistości utworem, który ma w uszach, w swojej ogromnej muzycznej pamięci. Podczas takich spacerów spotykał kiedyś skromnego mężczyznę, niespecjalnie ładnie pachnącego, i zaprzyjaźnił się z nim. Prowadził z nim długie rozmowy, a nawet zapraszał na swoje koncerty, bo czemu nie. A żeby było już zupełnie nietuzinkowo, na pytanie o ulubiony zapach odpowiada: – Zapach polskich snopków z dodatkiem krowich kup. Ale dodaje, że czasem korzysta z kobiecych perfum i dezodorantów.

– Jestem raczej smutnym człowiekiem – mówi o sobie. – Wesołego tylko udaję przy ludziach.

Waldemar Dąbrowski, dziś dyrektor Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, wcześniej minister kultury, a jeszcze wcześniej urzędowy opiekun Polskiej Orkiestry Kameralnej stworzonej przez maestra, napisał na urodziny Jerzego Maksymiuka: „Każde spotkanie z taką osobowością jest wielkim przywilejem. Czasem to moment wstrząsu, przeżycie dramatyczne, inspirujące do niełatwych, nierzadko bolesnych przemyśleń, konfrontacji choćby i z samym sobą. Czasem chwila ukojenia, dającego wytchnienie od intensywności otaczających nas zdarzeń. Kiedy indziej jeszcze żart, który jak iskra wyzwoli wybuch śmiechu, uwalniający nas z rutyny, konwencjonalnych form i gestów”.

Fot. Tomasz Paczos/Fotonova

Wydanie: 17/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy