Nosi mnie fabularnie

Nosi mnie fabularnie

Mogę czytać Marqueza, ale tematów szukam na ulicy. Bardzo dużo ludzi żyje w małych i średnich miastach i nie miało do tej pory zbyt dużej reprezentacji w popkulturze

Anna Cieplak – animatorka kulturalna i pisarka, ostatnio ukazała się jej książka „Lekki bagaż”

„Lekki bagaż” to twoja czwarta książka, a trzecia z kolei, w której podejmujesz temat dojrzałości, dojrzewania i tożsamości. W „Ma być czysto” opisywałaś gimnazjum, „Lata powyżej zera” to opowieść o dorastaniu na początku lat 2000; bohaterowie tej najnowszej są już dorośli, ale czy dojrzali?
– Trudno jednoznacznie określić, kiedy człowiek staje się dojrzały. To chyba nieuchwytne – pewnego dnia po prostu pojawia się takie wrażenie i jakoś z nim żyjemy dalej. Szukałam w książce różnych ścieżek tej dojrzałości, bo nie ma jednej sztywnej definicji. Można być dojrzałym emocjonalnie, ale kompletnie niedojrzałym społecznie. Bohaterowie „Lekkiego bagażu” nie zawsze radzą sobie z emocjami i zdarza im się trzasnąć za sobą drzwiami, ale z pewnością są dojrzali społecznie – wiedzą, jak działać obywatelsko, jak zmieniać lokalną społeczność, angażują się nie tylko we własne interesy, ale także towarzyszy im poczucie odpowiedzialności za innych ludzi – również tych spoza rodziny czy grona przyjaciół. To potrzebna postawa.

Cała trójka głównych bohaterów wykonuje zawody zaufania publicznego. Olkowy jest nauczycielem, Wera prowadzi fundację, Baśka trudni się dziennikarstwem. Jak na warunki Cieszyna można powiedzieć, że zawodowo sobie radzą.
– Radzą sobie, ale jeśli przyjrzeć się z bliska ich problemom, to już różnie bywa. Na pewno na ich przykładzie można wiele dostrzec w kwestii przemiany obyczajowości. Nie dają się zaszufladkować, nie spełniają konserwatywnych oczekiwań, które mówią, że dojrzali jesteśmy wtedy, gdy założymy rodzinę. Albo weźmiemy kredyt. A przecież można być w pełni dojrzałym, ukształtowanym i realizować się, podejmując inne decyzje. Moje książki są właśnie o tym, że nie ma jednego wzorca szczęścia czy spełnienia.

Jakkolwiek banalnie by to brzmiało, pokazujesz, że życie jest bardziej złożone, niż nam się wydaje.
– Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo miejsce, w którym żyjemy, nas determinuje. Dorastając w danym środowisku, w danym otoczeniu, kształtujemy swoje aspiracje i potrzeby, określamy, kim jesteśmy i kim możemy się stać w przyszłości. Osoby z klasy średniej mają łatwiejszy start, mogą sobie pozwolić na ryzyko – nawet gdy im nie wyjdzie, mogą liczyć na wsparcie rodziny, znajomych, środowiska. Osoby z klasy ludowej mają dużo trudniej – dla nich porażka może być końcem. Dlatego Świeżynka pracuje zarówno w fundacji, jak i w barze, boi się zaryzykować i skupić tylko na pracy w fundacji, bo jeśli I Kropka – uzależniona od grantów i dotacji – się zamknie, to ona straci wszystko.

Werę i Świeżynkę łączy niepewność jutra. Chociaż pierwsza prowadzi fundację, a druga w niej dorabia, obie są prekariuszkami. To poczucie braku bezpieczeństwa występuje u młodych ludzi i w Cieszynie, i w Warszawie. Różnica jest taka, że na prowincji masz mniejsze pole manewru, jeśli coś się nie powiedzie.

Niektóre problemy są podobne niezależnie od miejsca zamieszkania. Chociaż w dużym mieście łatwiej o pracę, to większości młodych ludzi nie stać na zakup mieszkania. Parafrazując zdanie z twojej książki – czasem lepiej mieszkać w Cieszynie, niż wikłać się w kredyt w stolicy.
– Podział na centrum i peryferie nie jest taki prosty, jeśli brać pod uwagę styl życia i rozwarstwienie społeczne. Każde miasto ma jakiś Broadway i jakiś Manhattan, niekiedy styl życia bogatego mieszkańca Cieszyna z klasy średniej jest bliższy mieszkańcom Warszawy niż sąsiadom z ościennej dzielnicy. Różnica objawia się na poziomie dostępności do pewnych dóbr publicznych.

Na pewno jest jedna zasadnicza różnica. W mniejszej miejscowości dyktat większości jest bardziej przytłaczający, trudniej też o anonimowość.
– Działanie społeczne na prowincji wymaga dużo odwagi. Tutaj wszyscy się znają – zdarza się, że osobę, której właśnie pomogłeś, spotykasz po chwili w osiedlowym sklepie. Kiedy organizujesz protest, musisz się liczyć z tym, że ludzie będą wiedzieć i jak coś źle powiesz – to też zostanie zapamiętane. Pewnie słyszałeś o lokalnej aktywistce Gabrysi Lazarek – przez długi czas codziennie protestowała pod cieszyńskim biurem PiS, a później na rynku. Sama. Na początku uważano ją za dziwaczkę, niektórzy ją obrażali, w końcu część osób przyłączyła się do niej. Musiała zawalczyć o szacunek, a w zasadzie robi to codziennie.

W małej społeczności lepiej się nie wychylać.
– Oczywiście są też plusy aktywności w takiej skali. Możemy łatwiej dostać informacje zwrotną, czy nasze działanie jest rozumiane. Na prowincji organizacja protestów wygląda inaczej – trzeba więcej pracy wykonać nogami niż Facebookiem. Musisz połazić po ludziach, opowiedzieć im wszystko, ale dzięki temu szybciej widzisz efekty swoich działań. Czasami osiągasz sukces i dodaje ci to energii, a czasami jest przytłaczające, a ty czujesz się wyczerpany.

Polska prowincja się zmieniła. Po 15 latach w Unii Europejskiej krajobraz wsi i miasteczek wyładniał. Mamy nowe drogi, zadbane urzędy i skwery, ale świadomość obywatelska na prowincji wciąż jest mniejsza niż w dużych miastach.
– Krajobraz może i częściowo wyładniał, ale to nie oznacza, że nie ma ogromnych przeskoków i nierówności między centrum a peryferiami. Małe i średnie miasta pustynnieją i to się nie zmieni, jeśli na prowincji nie zaczną powstawać nowe miejsca pracy i nie poprawi się dostęp do dóbr publicznych, w tym transportu i instytucji. A co do świadomości obywatelskiej, to z nią raczej ogólnie jest słabo.

Jest teraz jakaś moda na małomiasteczkowość. Do popkultury na dobre wprowadził ją twój kolega z Dąbrowy Górniczej, Dawid Podsiadło, o polityce w małym mieście pisał niedawno Krystian Nowak w „Ludziach Dobrej Woli”.
– Mam nadzieję, że „małomiasteczkowość” będzie stałym tematem i na kilku książkach, filmach i płytach się nie skończy. Zwłaszcza że taka przestrzeń otwiera wiele możliwości interpretacji i punktów widzenia, a miasta poza centrum są bardzo zróżnicowane. Wielu ludzi żyje w małych i średnich miastach i nie mieli do tej pory zbyt dużej reprezentacji w popkulturze. Jeżeli już takie ośrodki pojawiały się w publicznej narracji, to w publicystyce, w dodatku najczęściej w sposób przerysowany albo jako wyjątek potwierdzający regułę.

W literaturze pięknej mamy mocny nurt wiejski – Myśliwski, Pilot, ostatnio Płaza czy Weronika Gogola – za to Polska pozawarszawska często pojawia się w reportażu. Obecnie modne są reportaże Filipa Springera, ale wcześniej o Polsce małych miast pisała m.in. Lidia Ostałowska, której dedykujesz swoją książkę.
– Lidia zmarła w ubiegłym roku. Bardzo jej brakuje. Poznałyśmy się, pisząc razem książeczkę dla dzieci o zaufaniu. Lidia zawsze świetnie rozumiała sens naszej działalności ze społecznością w Świetlicy Krytyki Politycznej, z którą byłam związana od 2009 r. Ją naprawdę interesowała Polska peryferyjna. Już w latach 90. była w terenie i widziała, że transformacja nie wszędzie się udała, choć tak wypadało mówić. Nie musiała potem się tłumaczyć jak wiele osób z jej pokolenia, że była głupia. Kiedyś przeprowadziła z nami – zespołem Świetlicy – wywiad, w którym pytała, jak pomagać dobrze. Ja tego nie jestem pewna do dzisiaj, ale spróbowałam opisać taki rodzaj doświadczenia w „Lekkim bagażu”. Jakoś – chociaż fragmentarycznie – na to odpowiedzieć. W wywiadzie nie potrafiłam.

Pisząc powieść, czerpałaś z własnych doświadczeń z pracy w Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie. Książka pełna jest zwrotów środowiskowych i neologizmów. Masz zmysł obserwacji, dlaczego więc nie zdecydowałaś się na reportaż?
– Lubię czytać reportaże, ale bardziej jestem przywiązana do powieści – więcej odpowiedzi dotyczących życia znalazłam w beletrystyce. Literatura piękna pozwala sparafrazować pewne doświadczenia, a mnie samej umożliwiła wgląd w tematy, które trudno mi opisać w codziennej komunikacji czy językiem nauk społecznych. Poza tym za bardzo mnie nosi fabularnie. Lubię ten moment, kiedy wymyślam historie równoległe do tych, których doświadczyłam. Dużo się uczę, kiedy próbuję się wczuć w sytuacje innych ludzi.

Pisarstwo nie jest twoim głównym zajęciem. Poprzednie książki napisałaś po godzinach, tak jakby na boku. Mimo to zostałaś doceniona, otrzymałaś kilka nagród literackich. Myślisz o byciu pisarką na pełny etat?
– Jakieś tam nagrody były (śmiech), ale nadal jestem bardziej animatorką niż pisarką. Literatura ma dla mnie nie tylko jako autorki, ale także czytelniczki, bardzo duże znaczenie. Czasami może być również narzędziem działania. Niemniej jednak muszę też pracować edukacyjnie i społecznie – także dzięki wykorzystywaniu treści literackich – tutaj widzę ogromną przestrzeń do zmiany.

Nie jesteś Marquezem, który z głowy wymyśla swoje Macondo. Potrzebujesz doświadczeń, które potem przelewasz na papier.
– Mogę czytać Marqueza, ale tematów szukam na ulicy. Nie potrafiłabym usiąść przed pustą kartką i twierdzić, że nawiązuję jakiś metafizyczny kontakt z wyższą jaźnią, która mnie prowadzi przez koleje strony powieści. Żyję i nasiąkam pewnymi doświadczeniami i obserwacjami – one później jakoś ze mnie „odpadają” w formie treści. Nie wyobrażam sobie życia tylko z pisania i tworzenia książki za książką. Piszę, kiedy czuję, że mam coś do powiedzenia.

Twoje pisarstwo jest specyficzne, wyróżniające się, mocno środowiskowe. „Lekki bagaż” to bogaty literacki obraz pracy w fundacjach i organizacjach pozarządowych. To wartość, ale niektórym czytelnikom może przeszkadzać – pisała o tym w recenzji Justyna Sobolewska.
– Gdybym stworzyła bardziej przezroczysty język narracji, coś bym straciła. Chciałam oddać specyfikę pracy w organizacji społecznej także na poziomie słów, fraz, zwrotów językowych – ukazać pełen obraz tego świata. On może zgrzytać – ale taki jest język moich bohaterów – raczej szorstki, wymagający wytrwałości. Metafory – jeśli już się pojawiają – są raczej dosadne. Te osoby znajdują się pomiędzy gramatyką urzędniczą a ludźmi. Piszą granty i czasami same są zaskoczone swoim językiem, który ma w specjalistyczny sposób opisywać złożone problemy. Trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby znaleźć w tym środek i odnieść go do autentycznych, a nie papierowych doświadczeń. Wiele osób w Polsce nie wie, jak działają fundacje i stowarzyszenia, albo mają o nich schematyczne wyobrażenie. Organizacje pozarządowe kojarzą się z dużymi podmiotami takimi jak WOŚP, a w rzeczywistości większość fundacji to małe, lokalne stowarzyszenia, skupiające ze trzy osoby w stałym zespole. W „Lekkim bagażu” opisuję wymyśloną historię – jednak na podstawie doświadczeń osób pracujących w trzecim sektorze. I Kropka z „Lekkiego bagażu” jest fundacją, w której skupiam jak w soczewce różne nadzieje i rozczarowania wynikające z zaangażowania społecznego. Myślę, że nie ma zbyt wielu książek na ten temat.

Tytuł książki jest niejednoznaczny. Czy chodzi o taki bagaż, który z jednej strony nie przygniata, nie niszczy, ale z drugiej nie pozwala o sobie zapomnieć?
– Można to czytać na różne sposoby. Myślę, że tytuł – tak jak w przypadku moich poprzednich książek – ma perspektywę otwierającą. Niech każdy ten „lekki bagaż” niesie po swojemu.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 6/2019

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. JAN BRZECHWA
    JAN BRZECHWA 22 lutego, 2019, 09:17

    A MNIE NOSI NA BOKI

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy