Soczysty jak Pożar w Burdelu

Soczysty jak Pożar w Burdelu

Urząd Patentowy odmówił uznania nazwy kabaretu za zastrzeżony znak towarowy
Urząd Patentowy RP odmówił uznania nazwy popularnego kabaretu literackiego Pożar w Burdelu za zastrzeżony znak towarowy, tłumacząc m.in., że słowo burdel ma charakter wulgarny, a taka nazwa narusza porządek publiczny. Polemikę z decyzją podjęła sama minister kultury i dziedzictwa narodowego Małgorzata Omilanowska, uzasadniając, że język polski jest z natury soczysty.
Maciej Łubieński, współtwórca Pożaru w Burdelu, uważa, że Urząd Patentowy „nie jest od tego, by stać na straży publicznej moralności”. – Jesteśmy grupą teatralną, która otrzymuje wsparcie od instytucji państwowych. Skoro pani minister kultury nie boi się określenia Pożar w Burdelu, to Urząd Patentowy mógłby jej zaufać w tej kwestii.
Zapowiedziano odwołanie od decyzji urzędu, a my zapytaliśmy ludzi z „branży”, co sądzą o sprawie. Andrzej Mleczko uważa, że kabaret powinien dostać swój znak. Krzysztof Daukszewicz mówi, że przecież burdel w języku staropolskim oznaczał bałagan, więc w czym problem? Michał Ogórek z kolei uznaje, że burdel w nazwie nie jest znów taki wulgarny. – Ale już przed zastrzeganiem jako znaku towarowego nazwy „Polskie gówno” bym przestrzegał, a nawet protestował – dodaje. – Jestem przeciwko wulgaryzacji naszego języka i obyczajów.
Językoznawca prof. Jerzy Bralczyk nie przesądza żadnego rozstrzygnięcia i uważa, że to kwestia wyczucia językowego. Słowo burdel w języku potocznym oznacza nieporządek, bałagan. Stało się nazwą nie tylko domu publicznego, ale też określeniem, które ma przekazać pewne emocje. Choć ma piętno wulgaryzmu, w języku potocznym specjalnie nie razi.
– Używacie ostrego języka, który bardziej śmieszy, niż oburza. To jakiś przepis na sukces, żeby zaciekawić, a nie zniesmaczyć? – zapytaliśmy po jednym ze spektakli artystów Pożaru.
– Jeśli ma zniesmaczyć, niech zniesmaczy. To nie jest sztampowy kabaret, który ma tylko i wyłącznie bawić. Chodzi o wywołanie emocji. Na nasze spektakle przychodzą ludzie, którzy chcą się wyrwać z marazmu i nudy polskiej sceny kabaretowej. Jeśli chcąc wywołać wrażenie, trzeba rzucić „kurwą”, robimy to. Jako burdel artystyczny możemy pozwolić sobie na tworzenie nieczystych form, które są wyrazem naszych inspiracji i fantazji. Umówmy się, nikt z ratusza nie dałby nam pieniędzy na spektakl o wódce, metrze i wyborach samorządowych. n


Siła argumentów
Dr Zbigniew Pinkalski, radca prawny, ekspert z dziedziny prawa własności intelektualnej, mediów i reklamy
W opisanej sytuacji racja leży pośrodku – z jednej strony decyzja Urzędu Patentowego miała podstawę w przepisach ustawy Prawo własności przemysłowej, a z drugiej kabaret w ramach odwołania może doprowadzić do jej odwrócenia. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że UP nie zakazał kabaretowi używania nazwy Pożar w Burdelu, a jedynie odmówił nadania jej specjalnej ochrony. Urząd musi dbać o spójność całego systemu ochrony znaków towarowych i jego powagę. Ponieważ ta sprawa jest wyjątkowa, zgłaszający znak powinni odwołać się od decyzji UP i przedstawić argumenty wskazujące, że sformułowanie nie ma charakteru obscenicznego w odniesieniu do usług, które chcą oznaczać tym znakiem. Ścieżka odwoławcza umożliwia rewizję decyzji zarówno przez sam UP, jak i sąd administracyjny. Niemniej to zgłaszający powinni wykazać, że mamy do czynienia z przejawem „soczystości” języka polskiego i powinno się tu zastosować taryfę ulgową.
Podobne sytuacje zdarzają się na świecie. Np. w unijnym urzędzie rejestrującym znaki towarowe zgłoszono znak towarowy „Fucking Hell” jako oznaczenie piwa. Początkowo urząd odmówił jego rejestracji, ale w odwołaniu zgłaszający podnieśli, że to oznaczenie nie ma charakteru wulgarnego, gdyż chcą oni warzyć piwo w austriackim miasteczku Fucking, a Hell jest określeniem rodzaju piwa na obszarach niemieckojęzycznych (piwo jasne). Urząd przychylił się do tej argumentacji i znak zarejestrowano.

Wydanie: 9/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy