Niewygodna prawda

Zapiski polityczne
21 maja 2003 r.

Mam coraz większą ochotę na zmianę tytułu moich „Zapisków”. Zachęca mnie do tego coraz bardziej krytyczna obserwacja dookolnej rzeczywistości. Nadałbym moim zapiskom miano „Zapisków z domu wariatów”, a może nawet „Zapisków ze świata obłąkanych”.
Skłania mnie do takiej zmiany sprawa prof. Łapińskiego, który odważył się wpierw zaatakować handel lekarstwami – dość, a może nawet bardzo niekorzystny dla ludzi chorych – zaś teraz powiedział kilka słów prawdy o tym, co się dzieje w polskiej czy też polskojęzycznej prasie. Niestety, „prawda w oczy kole”, jak brzmi stare przysłowie. Profesorowi zaczęto wylewać na głowę pomyje, a ponieważ pełni on organizacyjną ważną funkcję partyjną w SLD, partia także się wzięła za niego, odcinając się energicznie od prawdy głoszonej odważnie przez uczonego.
W rozważaniach o „postępku” posła Łapińskiego mówi się i pisze o niestosowności atakowania ludzi mediów, a zupełnie milczy o zasadniczej sprawie, jaką jest oczywista dla mnie prawdziwość zarzutu, który zresztą można rozciągnąć szerzej, niż to uczynił profesor. Ustawiczny atak mediów na rząd Leszka Millera jest faktem trudnym do podważenia. Nie jest to tylko wytykanie błędów, co byłoby warte pochwały i uznania. Atak na lewicę w przekonaniu wielu środowisk jest, po jej już drugim z rzędu zwycięstwie wyborczym, całkowicie uzasadniony. Każdy taki kolejny sukces to dla prawicy coś znacznie więcej niż zwykła porażka w politycznych zmaganiach. To kolosalne upokorzenie, którego nie można wybaczyć.
Spora część środowisk prawicowych uważa, że kompromis w stosunkach z lewicą jest zupełnie niemożliwy. Lewicy należy się bowiem tylko klęska i odsunięcie na margines, zaś rządzić ma prawica i jej sługi, choćby te rządy były pasmem nieudolności i nieuczciwości, co przecież przy każdym sukcesie wyborczym prawicy możemy do upojenia obserwować.
Przeważająca część mediów zarówno polskojęzycznych, jak i czysto polskich jest do głębi duszy prawicowa. Jedną z przyczyn są urazy wyniesione z niedawnej przeszłości, a także nieczyste sumienie wielu piszących i gadających po radiostacjach i programach telewizyjnych, z których spora część do dzisiaj żyjących i czynnych autorów była na usługach reżimu totalitarnego. Wszak nie było w Polsce PZPR-owskiej środowiska równie sprostytuowanego jak właśnie te grona ludzi z mediów, sztuki i literatury. Krakowski list 53 wybitnych postaci z tego kręgu domagających się w stalinowskim procesie surowych kar dla księży z kurii krakowskiej nie jest jedynym dowodem. Niestety, moralna labilność tych środowisk jest ich trwałą cechą, toteż nic dziwnego, że obecnie model służenia tym, którzy mają siłę i pieniądze, jest znowu aktualny. A forsę mają zagraniczni właściciele mediów, dlatego znaczna część środowiska im się wysługuje. Nieustający atak na lewicę jest trwałym elementem tej służalczości.
Nie jest dla mnie natomiast zrozumiałe, dlaczego ta sama tendencja występuje czasami wręcz masowo w mediach zwanych publicznymi, chociaż prawica nieustannie bredzi, wbrew faktom, o lewicowych skłonnościach mediów publicznych. Ale – zgodnie z powiedzeniem – jeśli fakty nie zgadzają się z dominującą opinią… tym gorzej dla faktów.
Dochodzi do tego wszystkiego poważna zmienność wyborczych upodobań głosujących, którzy nieustannie tropią i popierają nie same partie i orientacje polityczne, ale ich obietnice wyborcze. Tak było z ostatnim zwycięstwem lewicy. Zbyt wiele obiecywano, nie oceniając rozmiaru klęski ekonomicznej, jaką pozostawiły po sobie nieszczęsne rządy krzaklewszczyzny. Klęski, która ujawniła się już po wyborach. Doszły do tego normalne błędy władzy i nietrafione decyzje w różnych sprawach, a także zasadniczy błąd kadrowy polegający na dobieraniu do rządzenia nie wybitnych fachowców, ale przede wszystkim swoich. W Polsce od dawna panuje zasada, iż sukces wyborczy to głównie posady dla swoich, a nie dobro kraju.
W tych ostatnich dwóch słowach tai się najważniejszy i najgroźniejszy problem Polski niepodległej. Dobro kraju – mimo gigantycznych ofiar życia oddanych krajowi przez setki tysięcy Polaków – dobro ojczyzny to własne korzyści obywateli. Smutne, lecz prawdziwe. W kręgach politycznych mamy bardzo mało ludzi wierzących, iż salus rei publicae suprema lex, czyli dobro Rzeczypospolitej najwższym prawem. Dominuje raczej pytanie: „A co ja z tego będę miał albo co uzyska moja partia?”. Obawiam się, że po obu stronach sceny politycznej ludzie garną się do sprawowania władzy nie z powodu suprema lex, lecz z przyczyn naturalnego pożądania władzy i dobrobytu.
Wróćmy jednak do sprawy prof. Łapińskiego. Powiedział niewątpliwą prawdę o szkodliwości dla Polski wielu poczynań medialnych. Koledzy profesora z SLD, doświadczani ciężko różnymi klęskami, wystraszyli się tej prawdy, gdyż hołdują zasadzie, iż na wszystko, co się chce powiedzieć, musi nadejść właściwa pora, zaś teraz, gdy notowania lewicy tak bardzo spadają, pora nie jest stosowna na mówienie nawet prawd, choćby najbardziej oczywistych. Oportunizm to czy rozwaga? Przyszłość oceni.
Szkoda, że dobro kraju nie jest owym najwyższym prawem moralnym i że względy taktyczne często zalecają milczenie. Sądzę, iż jest to jedna z przyczyn, dla których tak wielu ludzi unika uprawiania polityki jako trwałego zajęcia, bowiem zbyt często ta dziedzina wymaga trudnych kompromisów.
Prof. Henryk Markiewicz wytknął mi w poprzednim numerze „Przeglądu”, iż w sprawie „Krakowskiej hańby”, owego listu czołowych intelektualistów, zawierzyłem Leszkowi Żulińskiemu i sam nie sprawdziłem, że w liście nie było żądania kary śmierci dla księży. Poddaję się. Przepraszam za błąd.

Wydanie: 22/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy