Jezus socjalista i Kościół sp. z o.o.

Jezus socjalista i Kościół sp. z o.o.

Jak polscy katolicy powitaliby Jezusa, który zapukałby do drzwi ich mieszkań w czasie świąt? Osobnik przypominający hipisa, bezdomnego czy lewackiego alterglobalistę, który walczy z kapitalizmem i niesprawiedliwością na świecie, raczej wzbudziłby niechęć wielkomiejskich drobnomieszczuchów czy też małomiasteczkowych swojaków. Ci sami, którzy w kościele wysłuchują sloganów o chrześcijańskiej miłości, w codziennym życiu raczej nie darzą sympatią osób o odmiennej filozofii życiowej ani też nie są zainteresowani wspieraniem sprawiedliwej i wspólnej dla wszystkich obywateli sfery publicznej.
Gdyby Jezus żył w dzisiejszej Polsce, z pewnością buntowałby się przeciwko nierównościom społecznym, dyskryminacji mniejszości kulturowych, finansowym przywilejom i pazernym zachowaniom funkcjonariuszy Kościoła i nie byłby zwolennikiem „realnego kapitalizmu”, który tworzy duże obszary wykluczenia.
Pamiętam, jak na początku lat 90. we Wrocławiu w czasie demonstracji przeciwko odmawianiu kobietom prawa do aborcji ktoś napisał farbą na bruku „Bóg jest młody, kler jest stary”. Po blisko 20 latach można stwierdzić, że mentalnie, kulturowo i społecznie polski kler jest jeszcze bardziej stary. Brak chęci otwarcia na zmiany zachodzące w świecie to znak rozpoznawczy Kościoła katolickiego. Już nie tylko aborcja jest zła, prezerwatywa jest grzechem śmiertelnym w dobie epidemii AIDS, ale również naukowe leczenie bezpłodności metodą in vitro staje się zbrodnią w oczach hierarchów kościelnych.
Trudno, aby było inaczej, jeśli Kościół w Polsce, podobnie jak partie polityczne, nie posiada poważnego zaplecza intelektualnego. Nie widać żadnej odważnej myśli teologicznej, która mogłaby się zmierzyć ze współczesnymi problemami. Pojedyncze osoby w obrębie Kościoła, które w polskich warunkach próbowały przełamywać skostniałe schematy w myśleniu, albo znajdują się na marginesie polskiego katolicyzmu, albo musiały – jak Stanisław Obirek – zrezygnować z kapłaństwa.
Również jeśli chodzi o aktywność świeckich katolików, to jest ona mizerna i podobnie słaba jak cała sfera obywatelska w Polsce. Trudno napotkać w polskich warunkach inicjatywy w stylu międzynarodowego ruchu „My jesteśmy Kościołem”, odpowiednika niemieckiej organizacji „Kościół od dołu” czy też amerykańskiej grupy „Katolicy na rzecz wolnego wyboru”. Wszystkie tego typu ruchy składają się z postępowych teologów, świeckich katolików i niezależnych myślicieli, którzy krytykują konserwatywne i hierarchiczne struktury oficjalnego Kościoła oraz domagają się jego reformy. W morzu polskiej biedy trudno też dostrzec wśród księży przejawy postaw nawiązujących do teologii wyzwolenia. Przypomnijmy, że rozwijający się głównie w Ameryce Południowej ruch teologii wyzwolenia łączył religię chrześcijańską z walką o sprawiedliwość społeczną i prawa człowieka. W tej perspektywie Jezus był wyzwolicielem, rewolucjonistą i politycznym buntownikiem przeciwko władzy bogatych i możnych tego świata. A królestwo niebieskie przypominało socjalistyczne społeczeństwo czy też anarchistyczną wspólnotę. I choć warunki istniejące w Polsce sprzyjają takiej interpretacji Biblii, jakoś nie słychać o katolickiej walce z wyzyskiem kapitalistycznym.
Nie można się temu dziwić, jeśli polski katolicyzm ma z jednej strony charakter rytualny, a z drugiej strony jest – podobnie jak kultura masowa – powierzchowny i łatwy w konsumpcji. Bardziej chodzi o publiczny show przed ciocią Helą i wujkiem Heńkiem, pozostałą rodziną i sąsiadami niż o jakiekolwiek zasady czy wartości. Rodzinny rytualizm odgrywany w czasie chrzcin, ślubów czy świąt nie ukryje faktu, że polscy katolicy odrzucają podstawowe dogmaty kościelne. Według badań CBOS z marca tego roku co czwarty polski katolik nie wierzy ani w zmartwychwstanie, ani w życie pozagrobowe. Co trzeci nie wierzy w piekło. Za to blisko 70% Polaków wierzy w cuda, których nie można wyjaśnić za pomocą ludzkiej wiedzy. To ostatnie pozwala premierowi Tuskowi i PO spać spokojnie.
Kościół oderwany od problemów biednych ludzi, zainteresowany za to prawnymi i politycznymi przywilejami, coraz bardziej przypomina korporację, która nastawiona jest tylko na wzmacnianie swoich wpływów i maksymalizację zysków. Kościół jednocześnie oczekuje wciąż od państwa wsparcia na polu ideologicznym i doktrynalnym. Przez minione 20 lat jednak żaden z hierarchów kościelnych nie zauważył, że podpieranie się administracyjnym przymusem państwa wcale nie musi poprawiać notowań i pozycji Kościoła. Wręcz przeciwnie. Wprowadzenie w 1990 r. tylnymi drzwiami religii do szkół państwowych było jednym z czynników wpływających na wychowanie w Polsce pokolenia młodych antyklerykałów. Ostatnie boje uczniów z XIV LO we Wrocławiu z wieszaniem krzyży na szkolnych ścianach jedynie ilustrują sytuację, w której młodzi ludzie z zasady niechętnie podchodzą do jakiegokolwiek przymusu.
Jeśli po stronie wyznawców mamy tylko rytualną religijność na pokaz, a po stronie Kościoła istnieje tylko biurokratyczna firma pozbawiona na dodatek w Polsce charyzmatycznych i dynamicznych przywódców, to może nie ma się czym przejmować? Jezus byłby znudzony takim spektaklem i pewnie zostałby okrzyknięty w POPiS-owej krainie obrazoburcą i utopistą nierozumiejącym wyzwań gospodarki rynkowej, a może nawet oskarżony o obrazę uczuć religijnych panującej władzy. Warto pamiętać o tym, słuchając świątecznych kolęd o cudownych narodzinach u biednego cieśli.

Wydanie: 51-52/2009

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy