Nigdy nie zawiodłeś

Nigdy nie zawiodłeś

Krzysztof Janik o Jerzym Szmajdzińskim

Widzieliśmy się ostatni raz 9 kwietnia – w PRZEDDZIEŃ – na pogrzebie Krzysztofa Teodora Toeplitza. Było nas niewielu. Kto dziś w polityce rozumie jeszcze siłę i znaczenie intelektu? Było grono starych przyjaciół KTT, a z polityki głównie kilku starych towarzyszy walki. Ale byłeś Ty i Iza Jaruga-Nowacka. Byliście!
Pytaliśmy, trochę żartem, co przyjmujesz na urodziny. Już 58. Odpowiadałeś, że nie jesteś taki stary, aby cieszyć się z każdego roku życia, że dopiero po osiemdziesiątce człowiek obchodzi urodziny co roku. Umawialiśmy się zatem na imieniny – będą przecież za chwilę… I żartowaliśmy z Twojego wieku. Powtarzając stare powiedzenie, że człowiek dojrzały staje się stary, jak częściej chodzi na pogrzeby niż na wesela. Kiwając głową, mówiłeś, że dlatego nie lubisz pogrzebów.
Jerzyku! A teraz Twoje imieniny. Co Ci przynieść?

Poznaliśmy się 2 lutego 1981 r., obydwaj wtedy zostawaliśmy sekretarzami Zarządu Głównego ZSMP. Mieliśmy przeprowadzić „socjalistyczną odnowę” w ruchu młodzieżowym. Ty – doświadczony działacz społeczny, studencki i ZSMP-owski przyjąłeś to naturalnie, choć pewnie zdawałeś sobie sprawę z trudności tego zadania. Z naszej czwórki, która wtedy przyszła, byłeś politycznie najbardziej dojrzały. Tak zostało. I nie było wątpliwości, że po Jurku Jaskierni Ty zostaniesz przywódcą. Lojalność wobec podwładnych, kto dziś ją zachowuje?
To wtedy zawiązywały się pierwsze przyjaźnie, które trwają po dzień dzisiejszy. Zachwycałeś się nowymi kontaktami i przyjaciółmi, ciągle na moje piętro przyprowadzałeś nowe koleżanki i kolegów z Wrocławia, których trzeba było ugościć. A bywali u Ciebie wielcy sportowcy i prawdziwi artyści. Gdyby pamiętali początki swoich karier za pieniądze i przy wsparciu Twoim i ZSMP, pewnie na Twoim pogrzebie grałyby liczne i niezłe kapele. A tak, to zostali Ci współtowarzysze walki, z którymi stworzyłeś „Pokolenia”. To w głównej mierze Twoje dzieło.

Potem poszliśmy ratować partię. To już było zadanie niewykonalne. To wtedy w Twoim gabinecie na V piętrze KC spotykali się ci, którzy mieli odwagę szukać odpowiedzi na pytanie: co dalej? Kwaśniewski, Miller, Rzepecki, Barcikowski, ja i Ty. Później jeszcze inni. To tam wykuwał się pomysł na SdRP. Ty pracowałeś nad delegatami na ostatni zjazd partii, żeby nie uciekli, nie stchórzyli. Historia – między innymi – Tobie przyznała rację.
Nie szukaliśmy przebrań, nie chowaliśmy się po kątach. Ale to, co się nie udało w PRL, udało się w demokratycznej Polsce. Zbudowaliśmy silną lewicę, z autentycznym poparciem społecznym i zapleczem kadrowym. To Twoja w dużej mierze zasługa. Byłeś sekretarzem generalnym partii, kiedy Olek Kwaśniewski zostawał prezydentem, kiedy przyjmowaliśmy konstytucję, którą dziś tak wszyscy chwalą.
Gdy z początkiem października 1997 r. zaprosiłeś mnie do sejmowej restauracji, aby przekonać mnie do zastąpienia Cię na funkcji sekretarza generalnego, wątpiłem, czy dam radę. Obiecałeś, że pomożesz, i jak zwykle dotrzymałeś słowa. Choć czasem boleśnie, bo opieprzać umiałeś jak mało kto.

I przyszedł dzień sukcesu naszego pokolenia. Przygotowywałeś się do zadań ministra obrony narodowej od dawna. Patrzyłem z podziwem, jak się uczysz, jak nieustannie rozmawiasz z tymi, którzy wiedzieli i umieli więcej. Dlaczego innym nie wpoiłeś tych umiejętności? Modernizacja armii, jej restrukturyzacja, losy zwykłych żołnierzy – bez przerwy to słyszałem. Nie wiem, nie znam się. Wierzę, że inni dadzą tu świadectwo.
A przede wszystkim Irak. Tym młodym socjalistom, którzy do niedawna skakali Ci do gardła za obecność naszych wojsk w Iraku, warto przypomnieć, że Saddam był ludobójcą. Być może najgroźniejszym na progu XXI w. Po czyjej są stronie?
Byłeś w naszych rządach jednym z najświatlejszych punktów. Ale miałeś odwagę jesienią 2002 r. napisać list do Leszka Millera, przestrzegając przed staczaniem się SLD. Dlaczego tak mało było tych odważnych?

Jak trzeba było, stanąłeś do wyborów prezydenckich. Nie mogłeś zostawić partii i swoich przyjaciół. Wiedziałeś, że ktoś musi nie zawieść. I wziąłeś się do roboty. Jak zwykle Ty – bez szaleństw, ze świadomością ogromu zadań do wykonania. Pomagali Ci wszyscy, którzy się z Tobą zetknęli: partia, „Pokolenia”, przyjaciele ze związków zawodowych i ruchów społecznych. Nie zawiedli ci, co zawsze: Marek Barański, Lech Nikolski, Jurek Słabicki, trochę ja. A przede wszystkim Jola Szymanek-Deresz. Nawet poleciała z Tobą do tego nieszczęsnego Smoleńska.

Żegnaj, Jurku! Do zobaczenia!
Tak wielu przyjaciół to powtarza. I w ich imieniu to piszę.

Krzysztof Janik

______________________________________________

Jego „tak” znaczyło „tak”

Prof. Leon Kieres, senator PO
Jerzego Szmajdzińskiego zapamiętałem jako człowieka spokojnego, ale mającego swoje zdanie i twardo broniącego swoich racji. Poznałem go w 1993 r. po jesiennych wyborach do Sejmu. Zawsze był rozsądny i kierował się dobrem kraju. Gdy w latach 90. pracowaliśmy nad reformą administracyjną, różne lobby zabiegały o to, by pozostawić jak największą liczbę województw. Jerzy Szmajdziński wiedział, że nie ma szans na to, by województwo jeleniogórskie pozostało na mapie kraju. Powiedział, że reforma jest konieczna, bo tego oczekuje od nas Polska.

Władysław Frasyniuk, przywódca „Solidarności”
Jerzego Szmajdzińskiego poznałem dobrze przy kleceniu koalicji Lewica i Demokraci. (…) Współpracowało nam się bardzo dobrze. (…) Wiedziałem, że kiedy go do czegoś przekonam i on powie „tak”, to naprawdę będzie to znaczyło „tak”, a to cecha bardzo rzadka w polityce. Politycy mają łatwość mówienia: „OK, pomogę ci”, a on jeśli obiecał, to zawsze słowa dotrzymywał. Nigdy nie byliśmy u siebie w domu, ale zawsze kiedy zwróciłem się do niego o pomoc, reagował.

Bogusław Litwiniec, były dyrektor teatru Kalambur, senator i europoseł SLD
Jurka Szmajdzińskiego poznałem w latach 70., kiedy przychodził na spektakle Kalambura. Był działaczem ZSMP, razem z Markiem Garbalą prowadził Piwnicę Świdnicką. Był wrażliwym człowiekiem. Nie trzeba było go namawiać do przychodzenia na premiery, a po zakończonych spektaklach reagował spontanicznie – wskakiwał na scenę z kwiatami, wchodził za kulisy, żeby dziękować aktorom. A kiedy Kalambur i prowadzony przeze mnie Festiwal Teatru Otwartego straciły państwową dotację, spowodował rodzaj pospolitego ruszenia wśród przedsiębiorców, dzięki czemu oba przedsięwzięcia udało się uratować.

Andrzej Łoś, były marszałek Dolnego Śląska, polityk Stowarzyszenia Dolny Śląsk XXI
Z Jerzym Szmajdzińskim spotykałem się na imprezach sportowych. Grał w tenisa, ale to był wielki kibic koszykówki i piłki nożnej. Ideowo dzieliło nas wiele. Ale był lubiany, bo był jednym z niewielu polityków z przeciwnej strony barykady, z którym można było normalnie porozmawiać, pospierać się, no i porozmawiać o sporcie.

Janusz Rodziewicz, dziennikarz Polskiego Radia Wrocław, spiker na jeleniogórskich zawodach sportowych
Od wielu lat prowadzę spikerkę podczas meczów i gdy ogłaszałem, że Jurek Szmajdziński jest obecny na zawodach, zawsze witano go wielkimi, szczerymi brawami. Mieszkał w Warszawie, ale każdą wolną chwilę spędzał w Jeleniej Górze. Nigdy się nie wywyższał. Jego dewizą było pomóc każdemu. Miał charyzmę i naprawdę cieszył się wielką sympatią. Tę śmierć najlepiej opisuje powiedzenie: „Można odejść na zawsze, by zawsze być blisko”.

(za „Gazeta Wyborcza” Wrocław, 12.04.2010)

Wydanie: 16/2010

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy