Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Ta kłótnia, czy prezydent ma jechać na szczyt Unii, czy nie jechać… Pewnie nazwalibyśmy ją żałosną albo określili jakimś innym przymiotnikiem, tylko po co, skoro jest to codzienność naszego życia publicznego? Nie tak dawno mieliśmy przecież podobną przepychankę, kiedy prezydent pojechał na sesję ONZ. Pojechał, ale nie sam, bo w składzie delegacji zaanonsowano również żonę pana prezydenta, a także pana Kownackiego, pana Kamińskiego oraz panie Bochenek i Junczyk-Ziomecką. Równie niespodziewanie, równie silną reprezentację wystawił MSZ, bo obok min. Sikorskiego do Nowego Jorku zabrali się wiceministrowie Schnepf i Borkowski i dyrektor polityczny MSZ, Witold Sobków.
Po co tak wielka ekipa? Jak to wytłumaczyć? Rywalizacją, kto ma większy dwór? Czy shoppingiem, bo sklepy w NY tanie?
W końcu prezydencka delegacja się wykruszyła i poleciała tylko pani Bochenek, ale i tak mieliśmy zdumiewający tłok. I wszystko skończyło się tym, że podczas sesji plenarnej, kiedy każda z delegacji ma prawo do wprowadzenia na salę dziesięciu członków, ledwo znaleziono miejsce dla ambasadora RP przy ONZ, Andrzeja Towpika. Tak to wygląda, gdy zamiast dyplomacji mamy biuro podróży.
A jak nazwać to, co dzieje się ostatnio z MSZ, który jest w epoce przejściowej (i pewnie potrwa ona długo) – po jednej reorganizacji związanej ze zmianą organizacyjną i przed następną (związaną z połączeniem z UKIE).
Na to nakłada się kolejne rozpączkowanie biurokracji i różnych struktur. Weźmy tak znaną funkcję jak rzecznik prasowy. Do tej pory funkcjonowało to różnie: albo rzecznik był jednocześnie dyrektorem Departamentu Systemu Informacji, albo funkcjonował jako wicedyrektor Gabinetu Ministra. I już. A teraz – pełne szaleństwo. Osobno jest Departament Systemu Informacji (czyli Biura Zarządzania Informacją), a osobno rzecznik prasowy, który ma na dodatek swoje Biuro Rzecznika, z odrębnym dyrektorem…
W sumie po tej pierwszej reorganizacji mamy w MSZ taki przyjemny stan bałaganu, w którym mało co działa i w którym łatwo znaleźć usprawiedliwienie dla nicnierobienia. Bo rzeczywiście, nie zawsze wiadomo, kto gdzie siedzi, i za co odpowiada…
Jeśli jesteśmy już przy sprawach kompetencyjnych – otóż min. Sikorski na tę MSZ-owską siatkę poplątanych kompetencji nałożył grupę swoich komisarzy. Pisaliśmy już o nich, są to ludzie formalnie na stanowiskach różnych pełnomocników, których Sikorski pościągał z MON. I oni mają mu załatwiać różne sprawy na skróty. Wygląda to tak, jakby minister wciąż był opętany wizją wojskowej sprawności. A wchodzi już w wiek średni, powinien więc wiedzieć, ile w tym trzaskaniu obcasami jest rzeczywistej sprawności, a ile zwykłego – jak to się modnie określa – pijaru.
To załatwianie na skróty już jedną czkawką się odbiło, gdy minister kupował w łódzkim antykwariacie mebelki. Ale są sprawy poważniejsze. Po MSZ chodzi więc taka przestroga, że jak odejdzie Sikorski i jego ekipa (każdy minister i każda ekipa odchodzi), to głównym problemem niektórych ludzi będzie, jak się schować przed prokuratorem.

Wydanie: 42/2008

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy