Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Bardzo minister Sikorski szczycił się tym, że dwójka polskich dyplomatów została obsadzona na stanowiskach ambasadorów Unii Europejskiej. Fakt, tej decyzji potrzebował jak tlenu, bo krytykowano go powszechnie za zawalenie spraw europejskich. No to teraz ma alibi.
Ale z tego miłego wydarzenia warto wyciągnąć wnioski.
Otóż pani Ashton zdecydowała się powierzyć stanowisko szefa delegatury Unii Europejskiej w Ammanie Joannie Wroneckiej, a stanowisko szefa delegatury UE w Seulu Tomaszowi Kozłowskiemu.
Tę dwójkę łączą przynajmniej dwa elementy. Otóż są znakomicie merytorycznie przygotowani do swych obowiązków, a po drugie, należeli do grona zaufanych dyplomatów Włodzimierza Cimoszewicza, gdy ten kierował MSZ. No i może jeszcze jedno – w czasie rządów PiS na nic dobrego nie mogli liczyć.
Ale po kolei. Joanna Wronecka jest z wykształcenia arabistką, do MSZ przyszła w roku 1993 i przechodząc przez wszystkie szczeble kariery, doszła do stanowiska dyrektora Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu. W roku 1999 została ambasadorem RP w Egipcie, skąd wróciła cztery lata później. W Kairze odnosiła sukcesy, okazała się bardzo dobrym ambasadorem, tak mówiono i w Warszawie, i w korpusie dyplomatycznym. Gdy wróciła do kraju, niespodziewanie minister Cimoszewicz zaproponował jej stanowisko dyrektora swego sekretariatu. Czyli jednego ze swoich najbliższych współpracowników. To jedno z najtrudniejszych stanowisk w MSZ, zwłaszcza w czasach Cimoszewicza. Potem, w roku 2005, wyjechała na placówkę do Rabatu, usuwając się z oczu PiS.
Czujnie, bo w MSZ mówiono, że jest z zaciągu „uwolskiego”. Zresztą chyba przesadnie…
Jeszcze gorsze „papiery” miał Tomasz Kozłowski. Otóż jest on absolwentem moskiewskiego MGIMO, tej słynnej szkoły, która taką grozę budzi w oczach Antoniego Macierewicza i jego kolegów. Po jej ukończeniu Kozłowski rozpoczął pracę w MSZ (w roku 1984) i też piął się po wszystkich szczeblach kariery. W roku 2001 został ambasadorem w Islamabadzie. A w 2003, gdy Włodzimierz Cimoszewicz kompletował swoją MSZ-etowską ekipę, objął stanowisko dyrektora Departamentu Azji i Pacyfiku. Więc też był dyrektorem Cimoszewicza. Przed PiS w MSZ uchronił się w sposób upokarzający dla tej partii. Mianowicie wygrał konkurs i został szefem Wydziału ds. Azji w Zespole Planowania Politycznego w ekipie Javiera Solany, wysokiego przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej.
Potem zresztą awansował w unijnych strukturach, bo tam akurat szanują wiedzę i umiejętności. I teraz pojedzie do Seulu.
Nauka z tych nominacji powinna więc być jeszcze jedna – jeżeli chcemy coś zwojować w Unii, i w ogóle w świecie, to przede wszystkim musimy być kompetentni. Wielkie kraje mogą sobie pozwolić na wciśnięcie tu i tam kogoś z układu. Ale też tylko od czasu do czasu. My tego komfortu nie mamy. I jeżeli prześledzimy unijne nominacje, dokładnie to zaobserwujemy. W Unii człowiek bez odpowiednich papierów pewnych progów nie przekroczy.
I tylko szkoda, że pewnemu absolwentowi Oksfordu zdarza się niespodziewanie często nad tę prostą prawdę przedkładać fascynację pułkownikami z MON.
Attaché

Wydanie: 40/2010

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy