O dwóch takich, co znalazły w Polsce El Greca

O dwóch takich, co znalazły w Polsce El Greca

Bogactwo, które można znaleźć w kościołach, jest nieprawdopodobne

Katarzyna Kowalska – dokumentalistka

Po II wojnie światowej władze komunistyczne zarządzają inwentaryzację dzieł sztuki w Polsce. Liczenie strat po wojnie?
– Inwentaryzację zabytków przeprowadzali pracownicy Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Proces ten miał na celu spisanie wszystkich zabytkowych obiektów nieznajdujących się w muzeach i nienależących do osób prywatnych. Oznaczało to udokumentowanie wszystkich zabytkowych obiektów w dworkach, pałacach, kościołach czy kapliczkach. Dyrektorem Instytutu Sztuki PAN przez wiele lat był prof. Juliusz Starzyński, za czasów jego zarządzania placówką inwentaryzacja najbardziej się rozwinęła.

Jak to wyglądało w praktyce?
– Tworzono dwuosobowe zespoły, które miały badać zabytkowe obiekty na terenie Polski. Na początku lat 50. było jeszcze mało dokumentacji fotograficznej i faktograficznej. Brakowało szczegółowych map. Zdarzało się, że badacze przed wyjazdem na podstawie szczątkowych informacji sami rysowali takie mapy lub – jeśli mieli taką możliwość – zdobywali mapy wojskowe. Widniała na nich pieczątka „tajne/poufne”. Ci, którzy nie byli zatrudnieni w instytucie na etacie, musieli sami szukać środka transportu, żeby dotrzeć w teren. Pakowali więc najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka, brali statyw od aparatu oraz tubę z mapą i przemierzali Polskę pociągiem, a potem na rowerach.

Brzmi jak przygoda.
– Izabella Galicka, która przeprowadzała inwentaryzację z Hanną Sygietyńską, powiedziała, że wyjazdy były dla niej czymś takim, jak dziś dla młodych ludzi jest chwycenie plecaka i przemierzanie Kazachstanu. Kiedyś tak wyglądało zwiedzanie Polski. Myślę, że Izę Galicką to pociągało najbardziej. Wspinała się po górach, jeździła na rowerze po bezdrożach, cały czas aktywna, a więc trafiła się jej praca marzeń. Z jednej strony interesowały ją zabytki i historia, z drugiej mogła być ciągle w ruchu, co bardzo jej odpowiadało.

Nie prościej było zapytać księży i mieszkańców dworu o to, co mają na stanie?
– Od tego zazwyczaj zaczynały. Ale jeśli chodziło o dworek, który przed wojną należał do rodziny magnackiej, trudno było w czasach komunizmu z kimkolwiek rozmawiać w tym miejscu o sztuce. Budynek przechodził w ręce państwowe, a jeśli cokolwiek cennego się ostało, raczej nikt nie zdawał sobie sprawy z wartości obiektu. Zdarzało się, że zabytkowe meble rąbano na opał. W latach 60. pojawił się nakaz państwowy, według którego księża mieli dokonać spisu posiadanych dóbr, aby na Kościół można było nałożyć podatki. Pojawiła się wówczas grupa tzw. księży patriotów, jak określano duchownych, którzy godzili się na współpracę ze służbami i władzą.

Jak księża zareagowali na ów nakaz?
– W pamiętnikach Hani i Izy wielokrotnie przewija się motyw poszukiwania odpowiedniego sposobu na prowadzenie rozmowy z duchownymi, którzy, gdy dowiadywali się, że badaczki przyjechały na inwentaryzację, zatrzaskiwali im drzwi przed nosem. Czasami ktoś musiał udzielić im pomocy w dostaniu się do zakrystii, bo proboszcz był negatywnie nastawiony do ich pracy. Umiejętność rozmowy była niezwykle ważna i otworzyła im najwięcej możliwości. Iza była bardzo otwarta, charyzmatyczna i nie bała się kontaktu z ludźmi. Zawsze patrzyła głęboko w oczy. Hania natomiast miała niezwykle błyskotliwe poczucie humoru. Trzymała się z boku, była skromna i cicha, ale ciętym żartem przełamała nieufność i dystans niejednego księdza. Jej nazwisko było zresztą bardzo znane w regionie ze względu na Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze”, założony przez jej stryja, Tadeusza Sygietyńskiego. Duchowni bali się, że będą musieli zapłacić większy podatek od tego, co posiadają, więc ukrywali, co tylko mogli.

I to im się udawało?
– W jednej ze scen mojego filmu Iza znajduje się w zakrystii w Kosowie Lackim z obecnym proboszczem Pawłem Anusiewiczem, który bez skrępowania otwiera skarbiec i wyjmuje z niego kielichy oraz inne kosztowności. Iza pojechała tam z nami w 2019 r. Obejrzała wszystko i stwierdziła, że o istnieniu tych rzeczy nie miała pojęcia. Pobiegłam wówczas po „Katalog Zabytków Sztuki w Polsce”, w którym Iza i Hania opisywały zabytkowe przedmioty, i okazało się, że faktycznie nie zostały one uwzględnione. Zapytałam, jak to możliwe. Iza odparła krótko, że ksiądz nie pokazał im wszystkiego. Pytanie, ilu było takich duchownych. Nie chcę myśleć, jak wiele rzeczy przeszło bez echa.

Nie obawiano się, że po spisaniu kosztowności dojdzie do rabunków drogocennych rzeczy?
– Fotograf Jerzy Langda, który również jeździł w teren z inwentaryzatorkami, zwrócił mi uwagę, że format „Katalogu Zabytków Sztuki w Polsce” to książeczka mieszcząca się w tylnej kieszeni spodni. Można było kupić go w kioskach, często korzystano z niego w bibliotekach. Mogli to robić badacze lub osoby, które interesował teren, ponieważ chciały zwiedzić kawałek Polski. Jednak zdarzało się, że korzystali z niego również rabusie. Czasem na korytarzach Instytutu Sztuki mówiono o nim prześmiewczo, że to poradnik dla złodziei.

Możemy zakładać, że wciąż nie do końca wiemy, co aktualnie znajduje się w parafiach w całej Polsce?
– Myślę, że nie tylko w parafiach. Choć rzeczywiście bogactwo, które można znaleźć w kościołach, jest nieprawdopodobne. Przetrwało ono II wojnę światową, a pamiętajmy, że kościoły były wówczas rabowane lub palone. Bardzo ciekawe jest też to, co pozostało w dworach i pałacykach, które należały niegdyś do rodzin magnackich jeżdżących po Europie i przywożących skarby. Ich przedstawiciele bardzo lubili sztukę. I nie chodzi tylko o to, że nowi lokatorzy dworów albo księża coś ukryli.

Co jeszcze mogło stanąć na przeszkodzie?
– Pojawia się także pytanie o grupę ludzi zajmujących się daną sprawą, o ich intencje. Mogli nie uświadamiać sobie, co posiadają. Gdybyśmy teraz przejechali się po małych miejscowościach inwentaryzowanych w latach 60., po wszystkich strychach i piwnicach opisywanych w „Katalogach Zabytków Sztuki w Polsce” jako zabytkowe obiekty pochodzące z XVIII i XIX w., zobaczylibyśmy, jak często niszczeją. Nadal nie zwraca się na nie uwagi. I jest inna ważna kwestia – jeśli na cenny obiekt natrafią osoby, które rzeczywiście chcą poświęcić mu swój czas, możemy mówić o szczęściu. Z pewnością w wielu sytuacjach po prostu odpuszczono, chciano wykonać swoją pracę i iść dalej. Mam nadzieję, że odnajdziemy jeszcze obrazy, które były w naszych zbiorach, a które wciąż uznawane są za zaginione, albo obiekty, o których istnieniu po prostu nie wiemy.

Iza i Hanna podczas inwentaryzacji dokonały spektakularnego odkrycia – natrafiły na „Ekstazę św. Franciszka” El Greca. Jak do tego doszło?
– W 1964 r. dziewczyny trafiły do kościoła w Kosowie, gdzie – być może przez przypadek – dostrzegły przez uchylone drzwi do mieszkania księdza zakurzony obraz. Nie do końca wiadomo, kto pierwszy zajrzał przez te drzwi. Płótno było nadgryzione zębem czasu, miało uszkodzony górny lewy róg. Iza i Hanna natychmiast zwróciły na nie uwagę. Witalis Wolny, który był z nimi w Kosowie, sfotografował obraz. Po wywołaniu fotografii ruszył z nimi w teren prof. Jerzy Sienkiewicz. Zasugerował on, aby zbadać pismo pędzlem, bo właśnie w nim mógł być ukryty klucz do rozwiązania zagadki.

Dlaczego nikt więcej nie zainteresował się tak niesamowitym odkryciem?
– Środowisko było mocno podzielone. Inwentaryzatorzy mieli być kimś w rodzaju rzemieślników, wykonywać swoją pracę i nie ściągać na siebie uwagi. Z drugiej strony Iza i Hanna do Warszawy wróciły z solidnym materiałem. Wyniki swoich badań opublikowały w „Biuletynie Historii Sztuki”. Eksperci byli przeciwni badaniom i w ten sposób zaostrzył się podział na dwa obozy. Koleżanki z instytutu zostawiały Izie i Hani liściki z gratulacjami na stole, bano się mówić o sprawie głośno. Może gdyby ktoś to zrobił, zwrócił uwagę, że należy docenić pracę naszych bohaterek, wszystko potoczyłoby się inaczej i szybciej. Na szczęście historia ma pozytywne zakończenie: obraz przetrwał, ocalał, możemy go oglądać w muzeum. Ale na pewno nie wszystkie sprawy miały taki finał, głównie z powodu braku zaufania.

Płeć Izy i Hanny odgrywała znaczenie?
– Miały wówczas 34-35 lat, były młodymi dziewczynami. Chciano je po prostu uciszyć. Odkrycia, których dokonywali mężczyźni, były od razu opisywane w prasie. Jeden z inwentaryzatorów opisał ołtarz, którego autorstwo przypisał Witowi Stwoszowi. Wydarzenie obwieszczono na pierwszej stronie „Kuriera Polskiego” na początku lat 70. Być może to zbieg okoliczności, ale na pewno była rywalizacja między zespołami. Druga sprawa to profesorowie, autorytety w swoich dziedzinach, których opinia mogła przekreślić czyjeś odkrycie. Tak było w przypadku uznania przez środowisko odkrycia obrazu El Greca. Prof. Jan Białostocki powiedział dziennikarzom, że obraz z wizerunkiem św. Franciszka nie mógł zostać namalowany przez tego artystę, bo jest słaby. Być może zaważyło to, że prof. Białostocki był przyzwyczajony do oglądania obrazów w muzeach, dobrze oświetlonych, odrestaurowanych. Mógł mieć problem z rozpoznaniem dzieła, które było mocno przemalowane, w dodatku znajdowało się na plebanii w małej podlaskiej miejscowości.

Zanim o polskim El Grecu zrobiło się głośno, Iza i Hanna były wyśmiewane.
– Sformułowania stosowane wobec nich, pozornie żartobliwe, obniżały ich rangę. Nie wiadomo, skąd się wzięło określenie Elgreczynki, ale było ono często używane, powstał nawet reportaż o takim tytule. Zmieniło ono już pierwotne nacechowanie, ale należy pamiętać, do czego kiedyś służyło. Kiedy ich odkrycie zostało uznane, w pewnym momencie padło na nie światło reflektorów i stały się bohaterkami. Ale te kilka lat od roku 1967 do 1974 było bardzo trudne. Środowisko wpłynęło w znaczący sposób na ich samopoczucie. O obrazie mogły rozmawiać jedynie za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju, czuły zawód i rozgoryczenie. Nawet nie dlatego, że nie uznano ich odkrycia – bardziej dlatego, że nikt nie podjął żadnych działań, aby obraz został przebadany. Jedyną rzeczą, która się udała, było naoczne sprawdzenie obrazu, obejrzenie go ze wszystkich stron.

Co wówczas ustalono?
– Na tym etapie udało się jedynie udowodnić, że podkład na płótnie odpowiada temu, którego mógł używać El Greco. Był to pierwszy sygnał, że trzeba przebadać jego autentyczność, czego nikt nie zrobił. Ksiądz nie zgodził się na oddanie obrazu do jakichkolwiek badań czy na wystawę, ponieważ bał się, że zostanie on przejęty przez państwo. W momencie gdy zespół konserwatorów odkrył sygnaturę, sytuacja się zmieniła. Wszyscy zaczęli chwalić nasze bohaterki za upór i ciężką pracę. Ich zasługą nie jest samo dostrzeżenie obrazu. Uznanie należy im się za wytrwałość – zbadały twórczość El Greca, pojechały do Budapesztu i Bukaresztu do muzeów, w których znajdowały się obrazy tego malarza, i porównywały sposób ich malowania do tego, który zobaczyły na plebanii w Kosowie Lackim.

Kto za to płacił?
– Wyjazdy opłacały ze swoich pieniędzy, jeździły w trakcie urlopów. Najważniejszym momentem był dla nich chyba rok 2004, kiedy obraz trafił na stałą ekspozycję w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach. Byli tam fotoreporterzy, powstały relacje, był to moment glorii i chwały. Nagrody i odznaczenia przyszły późno, chociaż powinny się pojawić na samym początku historii. Hania zmarła w 2017 r., a Iza w 2019. Odeszły w poczuciu spełnienia, bo doprowadziły sprawę do końca. U Izy w domu na honorowym miejscu w pokoju gościnnym do końca wisiało kolorowe zdjęcie tego obrazu. Izie i Hani udało się dokonać również wielu innych odkryć, m.in. znalazły obraz Francesca Bassana, który znajduje się obecnie w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej i jest pięknie wyeksponowany.

Pani poświęciła Izie i Hannie książkę i film.
– Usłyszałam o ich historii, kiedy przygotowywałam felieton do programu informacyjnego, w którym wówczas pracowałam. Wszystko działo się przy okazji konserwacji obrazu El Greca, która odbywała się w Krakowie. Było o tym dosyć głośno. Wtedy dowiedziałam się o towarzyszących temu wydarzeniach. Poznałam wówczas Izę, która opowiedziała mi całą historię. Bardzo długo zastanawialiśmy się, jaki tytuł powinniśmy nadać filmowi. Mówi on o dwóch zdeterminowanych kobietach, które muszą przeciwstawić się zarówno własnemu środowisku negującemu ich odkrycia, jak i dziennikarzom. Zdecydowałam jednak, że tytuł pozostanie związany z obrazem, bo gdyby nie on, nie byłoby całej opowieści.

Skąd pani zdaniem El Greco wziął się w Polsce?
– W filmie opowiedziałam o hipotezie, według której znajdował się on u rodziny Krasińskich, która miała majątek nieopodal Kosowa Lackiego. Wincenty Krasiński walczył pod Somosierrą, mógł więc, wracając z Hiszpanii, przywieźć ten obraz do Polski. Dziennikarze dołożyli swoje trzy grosze i napisali, że obraz został przewieziony pod pachą przez jadącego konno szwoleżera i pozostawiony w Kosowie Lackim. Brzmi to absurdalnie i groteskowo, bo uczynili z tego śmieszną historyjkę, która odebrała zdarzeniu powagę. Nie ma żadnego dokumentu potwierdzającego ostatecznie którąkolwiek z wersji. Najbardziej prawdopodobna jest ta, że obraz został zakupiony w antykwariacie przy ulicy Brackiej w Warszawie w latach 20 XX w. przez ks. Stanisława Szepietowskiego dla jego kuzyna, ks. Franciszka Dąbrowskiego – chciał podarować mu obraz jego patrona. Wydaje się to realne, ponieważ Szepietowski zaraz po nagłośnieniu odkrycia przez dziennikarzy napisał do ks. Władysława Stępnia, u którego znaleziono obraz, z wyjaśnieniami. W 1974 r. napisał podobny, zaadresowany do Izy i Hani, które zaczęły badać sprawę.

Jakie mamy przesłanki, żeby uznawać tę wersję za możliwą?
– Rzeczywiście istniał taki antykwariat, a obraz mógł tam się znaleźć i w latach 20. zostać zakupiony. Niestety, antykwariat został zniszczony w trakcie powstania warszawskiego, a wraz z nim cała dokumentacja. To bardzo racjonalna wersja wydarzeń, ale brakuje nam ostatecznego dowodu. Mało tego, już po nakręceniu filmu odezwał się do mnie mężczyzna, który twierdzi, że obraz od XIX w. należał do jego rodziny. Opisał całą historię związaną ze swoim rodem i dziełem. Wkrada się tutaj jednak mój sceptycyzm, ponieważ w latach 60. i 70. pojawiło się sporo listów, publikowanych zresztą przez prasę, które także szeroko i szczegółowo opisywały, jak obraz trafił do konkretnej rodziny, gdzie wisiał, jak znalazł się w ich domach, a następnie w rękach księdza. Tyle że zawsze jakiś mały szczegół sprawiał, że historia traciła na wiarygodności. Zobaczymy, czy uda się zbadać tę, która pojawiła się teraz.


Katarzyna J. Kowalska – reżyserka i scenarzystka filmu „Polski El Greco” oraz autorka książki o tym samym tytule. Absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim oraz realizacji filmowo-telewizyjnej w PWSFTviT im. L. Schillera w Łodzi. Jako współpracowniczka Telewizji Polskiej przez wiele lat realizowała materiały reporterskie oraz reportaże o tematyce kulturalnej i historycznej. W 2016 r. otrzymała tytuł Dobroczyńcy nadany przez Muzeum Narodowe w Krakowie. W 2019 r. została finalistką Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia.


Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 19/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy