O co gra Francja?

O co gra Francja?

Wybory nie zjednoczą Francji rozbitej przez neoliberalizm na dwa wrogie społeczeństwa

Postawmy sobie dwa podstawowe pytania. Po pierwsze, co jest do wygrania w wyborach francuskich? Po drugie, czy wybory we Francji są w pełni demokratyczne, a więc czy o ich wyniku rozstrzygają niezależnie i samodzielnie wyborcy, czy może przesądza zmasowany nacisk sondaży, rankingów, ustawianych medialnych walk wizerunkowych i perswazji telewizji, jakim poddany zostaje odosobniony, bezbronny wyborca?

Kandydat z nicości

Tradycyjne media głównego nurtu już wybrały. Dla nich zwycięzcą od początku był Emmanuel Macron, bezustannie promowany i narzucany jako właściwy wybór. Co to znaczy? W czyim imieniu mówią media? Kim jest ich kandydat?

Macron to człowiek znikąd, produkt spreparowany na polityczne zamówienie. Mentalnie, wizerunkowo i funkcjonalnie – klon Justina Trudeau, przedstawiciel nowego liberalnego populizmu, za którego kandydaturą stoją kręgi oligarchiczne nowego kapitalizmu zglobalizowanej finansjery. Macron wywodzi się z szeregów korporacyjnej armii tej oligarchii; przez lata był jej karnym żołnierzem. Został wytypowany przez profesjonalnych poszukiwaczy sformatowanych kandydatów – produkt marketingu politycznego – i wrzucony na rynek polityczny. Odpowiednio opakowany, stał się pakietem produktowym, opracowanym i przetestowanym w „grupach fokusowych”, a następnie, zgodnie z regułami dopasowywania towaru i jego wizerunku do preferencyjnego „targetu” konsumenckiego, czyli najaktywniejszego i najbardziej podatnego na sugestie marketingowe elektoratu, wystawiony na sprzedaż na rynku.

Zwycięstwo Macrona, którego powołano do politycznego istnienia z nicości (jakże się przydał w obliczu kompromitacji głównego kandydata porządku „konserwatywno-liberalnego” Fillona) w celu przegrupowania elity politycznej reprezentującej panującą oligarchię (dokładnie tak jak w Polsce, wobec kompromitacji PO, powołano do życia Nowoczesną), oznacza dla Francji kontynuację polityki uzależnienia globalistycznego, a więc postępującą prekaryzację coraz szerszych warstw społeczeństwa, pogłębianie dezintegracji społecznej wraz z wypychaniem na margines klasy średniej, kontynuację znoszenia granic przepływu ludzi oraz, w konsekwencji, rozrost zrewoltowanej, pozostającej na obrzeżach obumierającego społeczeństwa „podklasy”, składającej się z potomków gastarbeiterów, nowej fali imigrantów i zubożałej ludności europejskiej. Jedyną korzyścią jego zwycięstwa byłoby stałe powiększanie się potęgi wyobcowanej społecznie ukrytej elity finansowej, której powodzenie i losy są związane z losem międzynarodowego systemu gospodarczego, a nie z codziennym życiem zwykłych Francuzów i państwa francuskiego. To efekt krótkoterminowy. W dalszej perspektywie jednak na horyzoncie wyraźnie rysuje się widmo upadku kultury i porządku politycznego republiki. Z pewnością nadal zwiększałoby się natężenie konfliktu społecznego.

Porażka rozbitej lewicy

Scenariusza powyborczego dla wygranej Marine Le Pen nie ma potrzeby rozpisywać w szczegółach, gdyż kandydatka ta, nawet gdyby wygrała wybory, nie zostanie dopuszczona do sprawowania władzy. Nie trzeba będzie przy tym sięgać po metody drastyczne czy pozaprawne. Istniejąca konstytucja oraz władza skupiona w rękach dominujących elit, w szczególności w Radzie Konstytucyjnej, pozwoliłyby na odebranie jej owoców ewentualnego zwycięstwa bez sięgania po środki pozakonstytucyjne. W ostateczności pozostaje odwołanie się do demokracji ulicznej, co Francuzi testowali mnóstwo razy i co wystarczy do powtórzenia wyborów. Szybkie wyjście Francji z Unii, osłabienie integracji i odrzucenie euro pozostaną zatem jedynie w sferze nadziei niektórych eurosceptycznych polityków w Polsce, nie materializując się w perspektywie francuskiej polityki.

W telewizyjnym konkursie kandydatów – okrojonym do pięciu uczestników (eliminując przed rozgrywką sześciu spośród 11 kandydatów, TV 1 udowodniła Francuzom, że w wyborach prezydenta republiki komercyjny prywatny nadawca ma większe znaczenie niż ordynacja wyborcza) – najlepiej zaprezentował się Jean-Luc Mélenchon, lewicowy kandydat zbliżony do Partii Komunistycznej. Jego wypowiedzi cechowały się racjonalizmem, porządną argumentacją i pewnym polotem, jakiego najbardziej brakowało Macronowi, który za to świetnie opanował sztukę bełkotu postpolitycznego. Jej celem jest mówić dużo, tak by niczego nie powiedzieć. Czas, gdy kandydaci Partii Komunistycznej mieli duże wpływy, należy do odległej przeszłości. Rozbicie lewicy przesądziło o jej kolejnej porażce. Zjednoczona lewica miałaby szansę w II turze przeciwstawić nacjonalizmowi rozsądny program. Stanie się inaczej i o wyniku wyborów rozstrzygnie siła lęku. Który okaże się większy: lęk przed globalizacją czy lęk przed ksenofobią? Ponieważ jest to fałszywa alternatywa, wybory – niezależnie od wyniku – nie zjednoczą Francji rozbitej przez neoliberalizm na dwa wrogie społeczeństwa.

Niewiarygodny Fillon, śmieszny Hamon

Kandydat mainstreamu liberalnego François Fillon, cokolwiek by powiedział, był w oczach sporej części obywateli zwyczajnie niewiarygodny. Wielu Francuzów widziało w nim pospolitego hipokrytę politycznego, otoczonego nepotami odświętnego katolika, kłamcę i złodzieja. Ten typ neoliberalnego notabla już nieraz zaszedł za skórę Europejczykom i obmierzł im. Pomimo masowego medialnego i szkolnego ogłupiania, jakiemu od lat byli poddawani, wreszcie nauczyli się go rozpoznawać. Wielu obywateli zdołało się zaszczepić na ten typ politycznej grypy. Jego kolejna – oby ostateczna – kompromitacja jest jedną z nielicznych korzyści tych wyborów.

Ta właśnie okoliczność – i wynikająca z niej konieczność przemalowania szyldów, by zmylić opinię publiczną – przesądziła o powołaniu do istnienia takiego niebytu politycznego jak Macron. Najlepiej do inscenizacji teatrzyku wyborczego przygotowała się więc panująca oligarchia. Dysponowała bowiem aż trzema kandydatami (Fillon, Hamon, Macron), którzy łącznie zagospodarowywali co najmniej połowę elektoratu, a dwóch miało realne szanse na zwycięstwo.

Kandydat socjalistów, Benoît Hamon, choć trudno w to uwierzyć, był postacią jeszcze bardziej komiczną niż cieszący się aprobatą 4% społeczeństwa obecnie urzędujący prezydent. Zyskał przydomek „Smerf”, co świadczy o tym, z jaką powagą był postrzegany przez wyborców. Karierę zaczynał od „odnowienia” Partii Socjalistycznej przez dodanie do nazwy reprezentowanej przezeń frakcji populistycznego przymiotnika nowa (alternatywna Nowa Lewica, Nowa Partia Socjalistyczna), epatując rzekomą nowoczesnością. Jako urzędujący minister (w rządzie Jeana-Marca Ayraulta) dał się poznać jako propagator rozwiązań legislacyjnych wspierających „wolną konkurencję”, co wpływowe pismo „L’Opinion” uznało za dowód „nawracania się na liberalizm”.

Wiemy już dobrze z teorii i doświadczenia, że w burżuazyjnym ustroju konkurencji politycznej wybory nie rozstrzygają o sprawach najważniejszych, lecz co najwyżej o drugorzędnych, o ile w ogóle cokolwiek zmieniają. W tym sensie ich wynik jest w zasadzie bez znaczenia. W konflikcie społeczeństwa z elitami przewaga – zasoby polityczne, media, siła zorganizowanych grup nacisku – jest po stronie elit. Szanse na odebranie władzy tym siłom, które dzierżą ją realnie niezależnie od szyldów partyjnych, są nikłe. Kandydaci spoza systemu wygrywają wybory w wyjątkowych sytuacjach, gdy temperatura oburzenia społecznego zbliża się do poziomu buntu. Wbrew obiegowym sądom Macron, choć nie wystawiła go żadna z głównych partii, nie jest kandydatem antysystemowym. Jest kandydatem establishmentu, w trybie szczególnym wyłonionym bezpośrednio. Za najciekawsze w całej kampanii uważam pytanie o los jego kandydatury. Czy społeczeństwo francuskie, które – z historii i literatury oraz własnych obserwacji – znałem i szanowałem za wyjątkową zdolność do racjonalizacji sporu i postrzegania polityki w kategoriach idei, a więc za pewną zasadniczość, zostało już na tyle skutecznie zglajchszaltowane, wyprane z inteligencji, że ulegnie perswazji medialnej i wybierze – po raz pierwszy w historii V Republiki – wydmuszkę, produkt zaawansowanego marketingu politycznego, Emmanuela Macrona? Niewykluczone, że postawione przed fałszywą alternatywą, nie będzie miało wyboru.

Tekst został napisany przed zakończeniem wyborów.

Autor jest filozofem i historykiem idei. Pracował na uczelniach krajowych i w USA oraz jako menedżer w polskich i międzynarodowych spółkach kapitałowych

Wydanie: 19/2017

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. gość
    gość 9 maja, 2017, 01:56

    Żałosny tekst, a czyim produktem była idiotka Ogórek i pod kogo była skrojona

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy