Pierwsze batalie Jowisza

Pierwsze batalie Jowisza

Emmanuel Macron oczarował rodaków, ale czy spełni ich oczekiwania?

Po kolejnym zwycięstwie Emmanuela Macrona europejskie media znów prześcigają się w superlatywach. 18 czerwca jego ruch La République En Marche! (LREM) i sprzymierzona z nim partia MoDem (Ruch Demokratyczny) zwyciężyły w drugiej turze wyborów, zdobywając 350 miejsc w 577-osobowym parlamencie. To daje im wygodną, absolutną większość. „Prezydent jest cudownym dzieckiem! Naród odesłał prawie wszystkich posłów do domu!”, cieszył się Patrick Klugman na łamach lewicowego dziennika „La Libération”.

Na pierwszy rzut oka wynik głosowania do Zgromadzenia Narodowego wydaje się kolejną falą politycznego tsunami, wywołanego ostatnimi wyborami prezydenckimi. Jednak pochlebstwa, które francuskie gazety zamieściły na pierwszych stronach, są nieco na wyrost. Eksperci zakładali, że LREM zdobędzie ponad 400 miejsc i wyeliminuje opozycję. Tak się nie stało. Ponadto rekordowo niska była frekwencja wyborcza. Przeszło połowa Francuzów nie poszła do urn. W komentarzach – również w Niemczech – pobrzmiewają więc także nuty rozczarowania. „We Francji rozpoczynają się nowe czasy. Młody przywódca ma powody do radości. Macron skonsolidował swoją władzę i może spokojnie modernizować kraj, ale teraz musi pokazać, co potrafi”, pisze nadreński dziennik „Rheinische Post”. Natomiast berliński „Tagesspiegel” zauważa, że niska frekwencja wyborcza powinna być ostrzeżeniem dla Macrona.

„Czy nowy francuski parlament rzeczywiście odzwierciedla wolę narodu, skoro połowa wyborców nie wzięła udziału w głosowaniach?”, pyta dziennik „Stuttgarter Zeitung”. Korespondent badeńskiej gazety, Axel Veiel, ostrzega przed powrotem Francji do „absolutyzmu” i ma nadzieję, że Macron w błogim poczuciu triumfalizmu nie zapomni o dialogu z osłabioną opozycją.

Macron zmienia świat

Tylko z pozoru sytuacja Macrona jest wygodna. W rządzie i klubie parlamentarnym oprócz socjalistów znalazło się wielu centrystów i konserwatystów, co w przyszłości może być źródłem wewnętrznych konfliktów. Macron wygrał, ale teraz musi nie tylko zdyscyplinować ekipę, lecz także przekształcić swój ruch w partię. We francuskim Senacie, stanowiącym drugą izbę parlamentu, większość nadal mają republikanie. Francuzi nie dali więc Macronowi zupełnie wolnej ręki, jednak twierdzenia, że niska frekwencja to ostrzeżenie przed jego absolutystycznymi zapędami, są przesadą. Takie przekonanie starają się wytworzyć niektóre media, jak choćby „Le Figaro”. W oba czerwcowe weekendy (wybory do Zgromadzenia Narodowego odbywają się w dwóch turach) była piękna pogoda i każdy chciał wyjechać za miasto. Co więcej, po wyborach prezydenckich, poprzedzonych pełną skandali kampanią, wyborcy mieli dość polityki. Sondaże przewidywały zresztą wyraźne zwycięstwo ruchu Macrona, co zniechęciło większość wyborców do wzięcia udziału w kolejnych głosowaniach.

Na razie euforia związana z nowym ruchem nie słabnie. Francuzi cenią Macrona za odwagę. Za to, że na majowym spotkaniu z Władimirem Putinem w Wersalu potrafił przywitać go jak bliskiego przyjaciela, a potem mocno podkreślić różnice (np. w sprawie Syrii). A po wyjściu USA z porozumiena klimatycznego zareagował na Twitterze pikantną ripostą: Make our planet great again! (Uczyń naszą planetę znowu wielką). Zaproponował też amerykańskim ekologom, że w razie potrzeby mogą przenieść swoje instytuty do Francji, aby swobodnie poświęcić się badaniom. Trudno o celniejszą reakcję. Odtąd nie tylko francuskie tytuły, jak „Le Point”, twierdzą, że Macron zastąpił Angelę Merkel w roli przywódcy wolnego świata. Komentarze gospodarza Pałacu Elizejskiego w kwestii zmiany klimatu publikują liczne amerykańskie portale, a redakcja „The New York Times” zachęca do prenumeraty swojej gazety reklamą z wizerunkiem prezydenta Francji oraz hasłem: „Czytajcie NYT i dowiedzcie się, jak Macron zmienia świat”.

Dymisje w nowym rządzie

Francuzi zakochali się w Macronie, bo zapowiedział zmiany. W atmosferę przełomu ochoczo włączyło się wielu polityków z innych ugrupowań. Liderowi LREM zdają się kibicować nawet ci, którzy nie odważyli się zmienić partyjnych barw. „Ja nie jestem w Ruchu, ale chciałbym, żeby zadziałał”, oznajmił republikanin Thierry Solère na łamach „Le Figaro”. Francuzi są spragnieni szybkich reform. Gdy w 2012 r. Hollande został wybrany na prezydenta, wszyscy mieli nadzieję, że przewietrzy nie tylko Pałac Elizejski, ale i cały zatęchły system. Były szef socjalistów wolał jednak najpierw pojechać na wczasy. Można śmiało przypuszczać, że Macron w wakacyjną pułapkę nie wpadnie, jego miodowe miesiące są bowiem naszpikowane terminami. Swoim pierwszym pomysłem nowy prezydent szykuje grunt pod wszystkie dalsze projekty. Za sprawą ustawy o jawności życia publicznego (moralisation de la vie politique) Francuzi mają odzyskać zaufanie do demokracji i polityków.

Jednak to, co się dzieje w powyborczym Paryżu, coraz mniej się kojarzy z zaufaniem. Zaledwie kilka tygodni po powołaniu rządu Macron stracił trzech ministrów. Do dymisji podali się minister obrony Sylvie Goulard, szef resortu sprawiedliwości François Bayrou oraz minister ds. europejskich Marielle de Sarnez. Wszyscy troje są związani z sojuszniczą partią MoDem, borykającą się w tych dniach z zarzutami fikcyjnego zatrudniania, wskutek których poległ niedawno na polu wyborczej bitwy François Fillon. Niewykluczone, że posypią się dalsze dymisje. Minister ds. spójności terytorialnej Richard Ferrand trzyma się jeszcze nowego stanowiska, ale jak długo? Bretończyk Ferrand uchodzi za bliskiego przyjaciela Macrona i był pierwszym socjalistą, który przystąpił do En Marche!

Honor i blask

Mniej kłopotów Macron będzie miał z przeforsowaniem ustawy antyterrorystycznej, którą planuje dopiąć w ciągu pierwszych stu dni prezydentury. Papierkiem lakmusowym jego gromko zapowiedzianej przebudowy będzie jednak dopiero reforma rynku pracy, wymagająca znacznie większego wysiłku niż dobry PR.

Na tym polu Macron akurat dobrze sobie radzi. Zachowuje się dziś podobnie jak w latach 2014-2016 jako minister gospodarki i podczas kampanii prezydenckiej, tyle że z nieco większą pewnością siebie. Macron nie chce być głową państwa, która jest wystawiona na tabloidowe zainteresowanie ogółu (jak Hollande) lub kojarzona z „nadpobudliwym pajacykiem” („Le Parisien” o Sarkozym). „39-letni prezydent oczarował rodaków, ale kiedy przywróci im dumę?”, pyta tabloid „Le Parisien”. Lider LREM pragnie przywrócić swojemu urzędowi honor i blask. Stąd wypełniające łamy gazet wywiady, w których Macron podkreśla, że chce być nie zwykłym prezydentem, lecz „mężem stanu jak Jowisz”. Stąd pompatyczna parada wojskowa na Polach Elizejskich po zaprzysiężeniu. Stąd błyskawiczna wyprawa do Mali, aby odwiedzić francuskich żołnierzy, oczywiście zawsze z wybranymi dziennikarzami, kreślącymi nieodmiennie sympatyczny obraz prezydenta. Na razie w kwestiach wizerunkowych wszystko idzie jak po maśle.

Francuski rząd nie jest przebojowy, ale Macron dotrzymał obietnicy, złożywszy gabinet z polityków lewicy i prawicy, młodych i starszych. Nawet jeśli – tak jak teraz – niektórzy ministrowie popadają w niełaskę, to odchodzą bardzo szybko, zanim prawnicy zaczną wyznaczać im terminy w kalendarzach. Rząd Édouarda Philippe’a nie wywołał prasowych fajerwerków, ale trudno nazwać Macrona hipokrytą. A czy się sprawdzi, to dopiero się okaże. Na razie ruch LREM jest po prostu modny i przyciąga jak magnes wszelkiej maści niepogodzonych ze światem idealistów. Macron wykonał tak znakomitą pracę właśnie dzięki wprzężeniu w starania o zbudowanie centrum ludzi z wszystkich ugrupowań. Postulatami odrzucenia barier klasowych i zapewnienia każdemu pełni przyrodzonych praw prezydent zdobył ogromny kredyt zaufania, które nadszarpnąć mogą albo nieudane reformy, albo pewna skłonność do arogancji.

Przypomnijmy, że w mitologii obok Jowisza występują także inni bogowie. „Panie prezydencie, kim jesteś – Jowiszem czy Merkurym?”, pyta „La Tribune”. Nie brakuje bowiem oponentów, którzy tylko czekają na okazję, aby obnażyć Macrona jako butnego parweniusza lub podłożyć mu minę.

Rozczarowany Polską

A co oznacza nowa „rewolucja francuska” dla Unii Europejskiej i dla Polski? Jak wiadomo, Macron zmierza w kierunku przemeblowania nie tylko Francji, ale także całej Unii i jej rynku. Według jego założeń Unia powinna w przyszłości wystawić jednego wspólnego ministra gospodarki i finansów, który miałby reprezentować wszystkie państwa członkowskie. W tym celu mogłyby zostać połączone funkcje komisarza ds. walutowych i gospodarczych oraz szefa Eurogrupy, co nie wymagałoby zmian w traktatach UE. W strefie euro ma z kolei powstać jednolity budżet inwestycyjny, co zostałoby jednak zrealizowane kosztem wspólnego (i np. dla Polski dość szczodrego) budżetu po 2020 r. Z tymi zamierzeniami Macron musi jeszcze poczekać do jesiennych wyborów w Niemczech.

Zresztą z polskiego punktu widzenia nie ma się co łudzić. Macron nie wysyła zbyt życzliwych sygnałów pod adresem Warszawy. Już na finiszu kampanii nowy prezydent Francji podkreślił, że nie będzie tolerował „nierespektowania praw i wartości UE” przez władze Polski, wyrwała mu się też dygresja o sankcjach. W wywiadzie udzielonym w zeszłym tygodniu ośmiu europejskim gazetom Emmanuel Macron mówił: „Kiedy dziś słyszę niektórych wschodnioeuropejskich polityków, to myślę, że dopuszczają się oni podwójnej zdrady. Decydują się na porzucenie zasad, na odwrócenie się plecami do Europy, na cyniczne podejście do UE, która miałaby służyć do rozdawania kredytów, ale nie znaczyłaby nic w sensie wartości. Tymczasem Europa nie jest supermarketem. (…) Kraje Europy, które nie przestrzegają jej reguł, muszą ponieść wszystkie tego konsekwencje polityczne”.

Nawet jeśli te zapowiedzi na razie nic nie znaczą (Merkel nie chce przed wyborami stawiać sprawy Polski na ostrzu noża), dobór słów wiele mówi o rozczarowaniu Macrona Polską. Natomiast w sprawie Rosji, Ukrainy i NATO prezydent Francji będzie raczej kontynuatorem linii swojego poprzednika, której twardość budziła u Francuzów sympatię.

Macron chce rodakom udowodnić, że odpowiedzią na palące problemy francuskich pracowników jest Unia, a nie zamykanie granic. Chce pokazać, że Francja w Unii to skuteczne narzędzie do zajęcia się ujemnymi stronami globalizacji. Jego żarliwa krytyka celuje m.in. w niemiecką nadwyżkę handlową, ale przy okazji także w dumpingowe koszty pracy w Polsce. Macron wywodzi się z elit straszących przed dekadą „polskim hydraulikiem”, zabierającym pracę francuskim fachowcom. Prezydent należy – i tu akurat działa w pełnej zgodzie z Berlinem – do zwolenników regulacji dyskryminujących zagraniczną konkurencję. Nie kto inny jak on – były minister gospodarki w rządzie Vallsa – stoi za ustawą z 2015 r., utrudniającą życie polskim przewoźnikom drogowym. Kierowcom tirów Macron kojarzy się głównie z licznymi regulacjami prawnymi. Przepisy o płacy minimalnej i rozmaite biurokratyczne kruczki, generujące dodatkowe koszty, stanowią oręż Berlina i Paryża przeciwko polskim firmom transportowym, które po 13 latach członkostwa w Unii wyrosły na poważnego konkurenta m.in. dla Francji, korzystającej z 35-godzinnego tygodnia pracy. Macron obiecał tzw. reformę delegowania. Polakowi delegowanemu do Francji należy się francuska płaca minimalna, aczkolwiek składki społeczne, emerytalne i zdrowotne są opłacane w Polsce, co obniża koszty francuskiego zleceniodawcy. Ta ustawa w Macronowskiej „nowej Francji” raczej nie zostanie złagodzona. Tuż przed wyborami prezydenckimi szef LREM nie zawahał się oskarżyć Polski o rozgrywanie różnic kosztów pracy w UE, a w roli ministra w latach 2014-2016 opowiadał się za określeniem minimum praw socjalnych w Unii.

Taniec na linie

Na razie rodacy Kartezjusza są przesiąknięci duchem rewolucji, z jego nadrzędnym założeniem, że najpierw musi się wyklarować sytuacja w samej Francji. W kraju rozrywanym ulicznymi rozruchami pozytywne emocje szybko może jednak schłodzić niecierpliwość wyborców. Od 2008 r. na niepotrzebnym wyczekiwaniu stracił każdy kolejny rząd. Niejeden minister musiał wycofać się ze swoich planów pod presją manifestacji. Emmanuel Macron nie może sobie pozwolić na podobną sytuację. Jego wizerunek nie doznał jeszcze uszczerbku, ale na dłuższą metę będzie zależał od przebiegu modernizacji kraju i nakręcenia koniunktury. Warunkiem tego będzie trwałe powstrzymanie rodaków od wchodzenia na barykady, np. wtedy, gdy zabierze się im zabezpieczenia społeczne.

Następne miesiące będą więc niełatwym tańcem na linie, Macron musi bowiem balansować między wizją opiekuńczego państwa tłumiącą konkurencyjność a radykalizmem rynkowym, na który po lewej stronie nie będzie śladu przyzwolenia. Tutaj zarówno socjaliści, jak i marksiści Jeana-Luca Mélenchona (La France insoumise) będą nieustępliwi. Lecz także Front Narodowy sprzeciwia się zbyt radykalnym liberalnym reformom.
W walce o godziwe warunki na rynku pracy na pierwszym planie pojawią się natomiast bezkompromisowi związkowcy. Macron twierdzi, że jego reformy zaowocują większą liczbą miejsc pracy, ale dla związków zawodowych to jedynie kolejna sztuczka elit, chcących szybciej i łatwiej zwolnić francuskiego pracownika. To będzie pierwsza trudna batalia Macrona, przy czym już lada chwila okaże się, czy prezydent ma narzędzia mogące przerwać niemożność zreformowania kraju. Na pewno sprzyjają mu zarówno optymistyczne prognozy dla francuskiej gospodarki, jak i wiara społeczeństwa w lepszą przyszłość.

Wydanie: 26/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy