Trucizna Miloszevicia

Trucizna Miloszevicia

Serbska opozycja walczy z wyborczym fałszerstwem. Ale nie ma pomysłu, jak skutecznie przejąć władzę. I jak zdjąć z Serbii odium złego ducha Bałkanów

“Slobodan Miloszević kradnie głosy”, napisała z Belgradu agencja Reutersa. Po ubiegłotygodniowych wyborach prezydenckich w Jugosławii obecni na Bałkanach korespondenci nie mają wątpliwości, że podczas liczenia wyników doszło do fałszerstw i matematycznych nadużyć. Inaczej, piszą dziennikarze, trudno wytłumaczyć, dlaczego pozornie banalne dodawanie wyników z poszczególnych lokali wyborczych przynosi tak różne rezultaty w zależności od tego, czy dodają głosy przedstawiciele Demokratycznej Opozycji Serbii (DOS), czy rachmistrze z kontrolowanej przez rząd Państwowej Komisji Wyborczej.
Rozbieżności rzeczywiście wydają się trudne do wytłumaczenia czym innym niż politycznym oszustwem. DOS, po dodaniu głosów z 97% punktów wyborczych, wyliczył, że kandydat opozycji, Vojislav Kosztunica, otrzymał poparcie ponad 54% Jugosłowian, a Miloszević tylko 35%. Oficjalne wyniki, podane zresztą z kilkudniowym opóźnieniem, są inne. Kosztunica wygrał pierwszą turę elekcji prezydenckiej, ogłosiła w Belgradzie komisja wyborcza, ale uzyskał tylko 48% głosów i będzie musiał stanąć do drugiej rundy z obecnym prezydentem.
“Oszukiwali i przy urnach, i podczas liczenia wyników”, powiedział Vojislav Kosztunica. Obserwatorzy jugosłowiańskich wyborów oceniali już w niedzielę, 24 września, że w lokalach wyborczych panował

całkowity bałagan.

Członkowie komisji nie chcieli wpuszczać do lokali wyborczych przedstawicieli opozycji, w setkach miejsc nie było parawanów do tajnego głosowania, były natomiast posterunki policji i wojska.
Jeszcze więcej wątpliwości wzbudziło działanie Centralnej Komisji Wyborczej. Kiedy rachmistrze DOS chcieli uzyskać wgląd w protokoły wyborcze, w Belgradzie zamknięto im drzwi przed nosem. “Cuda nad urną były takie, że dyrektor Federalnego Instytutu Statystycznego odmówił podpisania protokołu komisji”, poinformowała bałkańska agencja prasowa Beta. O “zmanipulowaniu wyborów” mówił zachodnim dziennikarzom belgradzki ekspert w dziedzinie statystyki, Miladin Kovaczević. On także zwrócił uwagę na znamienną różnicę w obliczeniach wysokości frekwencji wyborczej, która według DOS wyniosła 75%, a według oficjalnego komunikatu – 64% uprawnionych do głosowania.
Spór o to, czy Vojislav Kosztunica przekroczył próg 50-procentowego poparcia, wzbudził w Jugosławii większe emocje niż cała wcześniejsza kampania wyborcza. “Dopiero teraz ludzie zaczęli naprawdę protestować”, zauważyli dziennikarze niezależnego radia B 92. 200-tysięczny wiec opozycji, zorganizowany w połowie minionego tygodnia w Belgradzie, był potężną manifestacją oporu wobec dyktatury Slobodana Miloszevicia. Przywódcy opozycji chyba nawet trochę wystraszyli się mobilizacji swoich zwolenników, bo odwołali (zapowiadane już) kolejne demonstracje przeciw fałszerstwom wyborczym.
“Jugosławia znajduje się
w politycznym rozkroku”,

ocenił wydarzenia ostatnich dni jeden z miejscowych obserwatorów. Pesymiści przypominają, że w pierwszych miesiącach po zakończeniu działań NATO w Kosowie przeciwnicy Miloszevicia także gromadzili na ulicach tysiące ludzi. Hasło “Slobo, już cię nie chcemy” przetaczało się przez całą Serbię. Jugosłowiański prezydent przeczekał jednak erupcje antyrządowych emocji i po mistrzowsku wykorzystał wewnętrzne konflikty w opozycji. “Sami Serbowie podarowali mu wtedy kilkanaście miesięcy dodatkowego panowania”, oceniał tamte wydarzenia niemiecki “Der Spiegel”.
Co wydarzy się teraz? Po pierwszych dniach społecznych protestów widać, że opozycja nie ma skonkretyzowanego planu, co robić dalej z wydzieranym jej przez stronników Miloszevicia zwycięstwem. Brakuje koordynacji ulicznych wystąpień przeciwko obecnym władzom, nie ma odpowiedzi, czy organizować – jak chce tego część liderów DOS – strajk generalny, czy może raczej kampanię cywilnego nieposłuszeństwa. Sukces Kosztunicy uznała co prawda nie tylko DOS, ale także Serbski Ruch Odnowy Vuka Draszkovicia, który do wyborów prezydenckich poszedł oddzielnie, radykałowie Vojislava Seszelja, do niedawna w rządzie Miloszevicia, a nawet ogłosił go synod serbskiego Kościoła prawosławnego, ale – jak zauważa słusznie belgradzka “Borba” – “Miloszević robi swoje”. Pomimo międzynarodowej presji, by uznać zwycięstwo Kosztunicy w pierwszej turze, jugosłowiański prezydent już wydał swoim stronnikom polecenie, by przygotowali plan kampanii przed wyborami wyznaczonymi na 8 października.
DOS zapowiada na razie, że Vojislav Kosztunica udziału w drugiej turze wyborów nie weźmie. Jego zwolennicy nazywają go prezydentem-elektem. Powtarzają, że Kosztunica już wygrał i zbojkotuje wyznaczoną na 8 października elekcję. Doświadczenie wrześniowych wyborów, w których obok prezydenta Jugosłowianie wybierali także parlament, wskazuje, że absencja w wyborach wcale nie musi opozycji pomagać. W walce o parlament większość mandatów zdobyli zwolennicy Slobodana Miloszevicia, m.in. dlatego, że do urn gremialnie nie poszli mieszkańcy Czarnogóry (na wezwanie władz tej republiki) oraz Albańczycy z Kosowa. Pod nieobecność 77% Kosowian i 90% Czarnogórców prawie wszystkie 25% miejsc przeznaczone dla tych regionów zdobyła promiloszeviciowska Partia Socjalistyczna. W efekcie w Radzie Republik Czarnogórę będzie reprezentować 19 zwolenników Miloszevicia i jeden polityk prozachodni, a Serbię 10 przedstawicieli opozycji i 7 posłów socjalistycznych.
Zbojkotujcie jeszcze drugą turę wyborów prezydenckich, którą Kosztunica ma szanse wygrać, a nie będziecie mieć nic, ostrzegają DOS najtrzeźwiejsi z przeciwników Miloszevicia. Zwracają oni uwagę, że wielki spór o rozmiary zwycięstwa Vojislava Kosztunicy ma oczywiście znaczenie moralne, ale usunął w cień ważniejszy problem, jakim jest porażka opozycji w grze o realną władzę nad krajem. Sukces parlamentarny ludzi Miloszevicia w istocie rzeczy zadowala bowiem ekipę obecnego władcy Jugosławii. To posłowie, a nie prezydent w systemie jugosłowiańskim, mają bowiem realny wpływ na rząd, na sądy, na funkcjonowanie kraju. Przywódca federacji nie ma prawa weta wobec ustaw, nie decyduje formalnie o kształcie rządu. “Opozycja walczy o symbol, a traci wszystko”, podsumował sytuację korespondent Reutersa.
Pozostaje kwestia, czy przejęcie rządów przez serbskich opozycjonistów zmieni radykalnie sytuację w Jugosławii. Gospodarka kraju jest w ruinie. W grudniu 1999 roku przeciętne zarobki wynosiły tu 45 dolarów, czyli 25% poniżej oenzetowskiego progu ubóstwa. “Osiągnięcie poziomu życia z 1987 roku zajmie nam ponad 40 lat”, przewidują belgradzcy ekonomiści.
Gospodarcza odbudowa zależy od odsunięcia Slobodana Miloszevicia (Bill Clinton otwarcie obiecuje zniesienie sankcji za obalenie “Slobo”), ale w równie dużym stopniu od porzucenia przez Serbów nadziei na powrót do pozycji hegemona na Półwyspie Bałkańskim. Problem w tym, że nie będzie to łatwe nawet po obaleniu dyktatury Miloszevicia. Jego rywal w wyborach, Vojislav Kosztunica, publicznie mówi o sobie, że jest serbskim nacjonalistą.
Największym wrogiem Serbów są oni sami, a właściwie

nacjonalistyczne emocje.

“Miloszević obarczany jest odpowiedzialnością za klęskę w Kosowie, ale żałośnie mało Serbów przyjmuje do wiadomości, że popełniono na kosowskich Albańczykach zbrodnie”, zauważył “Der Spiegel”. Nawet najwięksi opozycjoniści nie ośmielają się powiedzieć, że być może Kosowo nie będzie już nigdy tak silnie związane z Serbią jak przed interwencją NATO . “Nie możemy już stracić nawet piędzi naszej ziemi”, napisała “Borba”, wyrażając powszechne nastroje społeczne.
Właśnie ten bagaż serbskiego nacjonalizmu wyraźnie zmniejsza nadzieje na spokój na Bałkanach. Miloszević obserwuje to wszystko zapewne z – nieco szatańską – satysfakcją. Po latach wlewania do dusz obywateli trucizny narodowego szowinizmu może odejść (jeśli Zachód zapewni mu polityczną bezkarność). Duch jego myślenia pozostanie.

 

Wydanie: 40/2000

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy