O tej, co krasi lica

O tej, co krasi lica

Śliwowica łącka jest, ale jakby jej nie było… Smakosze potrafią wyczuć przez piekącą ostrość na języku, w którym miejscu zerwano śliwki – w Łącku, Czarnym Potoku, Jazowsku, Łazach Brzyńskich, Woli Piskulinie… Laik, nawet z predyspozycjami organoleptycznymi, nie jest w stanie tego odgadnąć. Dla niego przez krzepę, którą daje wódce 70% alkoholu, przebija zawsze ten sam smak polskich węgierek. Tymczasem na bukiet zapachowo-smakowy śliwowicy łąckiej mają wpływ rodzaj gleby, na której rosną drzewka, nachylenie terenu i kąt, pod jakim sad obrócony jest do codziennej drogi słońca. Czerwone nosy, czuwające na placu targowym w stolicy gminy, nieomylnie wywęszą chętnego do dyskretnego zakupu. Wystarczy, że na parkingu zatrzyma się samochód z obcą rejestracją, by podbiegł lokalny obibok z cichym pytaniem: – Śliwowicę potrzeba? Za pół litra żądają od 20 do 35 zł, podkreślając, że chodzi o zróżnicowaną jakość, ale zawsze przyniosą wam… podróbę. Bazą dla trunku dostępnego na bazarze jest spirytus royal, przywożony z pobliskiej Słowacji. Kombinatorzy z poczuciem przyzwoitości dodają do niego odrobinę prawdziwej śliwowicy, ci bez skrupułów leją kompot ze śliwek lub sok kupowany w sklepie. Nie dajcie się zwieść „firmowym” flaszkom, na których trwale wyszlifowano stosowną nazwę łącznie z reklamowymi wierszami. Sami możecie je kupić, bez napitku naturalnie, w sklepie z komputerami, kwiaciarni, księgarni albo u szewca, tak samo jak etui, futerały i skrzynki. Ze śliwowicy w Łącku najlepiej żyją wcale nie ci, którzy pędzą najprawdziwszą z prawdziwych. Kasę robią fałszerze oraz lokalne rękodzieło, nazwijmy je okołośliwowicowe. Spirit of węgierka – Sadownicy powinni jak najprędzej otrzymać oficjalne zezwolenie na produkcję tego napitku. Inaczej naszej śliwowicy grozi zupełna deprecjacja – przestrzega Franciszek Młynarczyk, wójt Łącka. – W ubiegłym roku tutejsze sklepy i hurtownie sprzedały 90 tys. pustych butelek na wódkę. Żeby je napełnić śliwowicą, nie starczyłoby węgierek z połowy terytorium Polski. Dzisiejszą pozycję zagłębia ogrodniczego ziemia łącka zawdzięcza Samuelowi Grossbardowi, który w 1916 r. otworzył gorzelnię pędzącą trunek o nazwie Śliwowica Pejseczna. Była przeznaczona głównie dla starozakonnych i wytwarzana według wszelkich zasad koszerności. Szybko się okazało, że w okolicy jest za mało śliwek, zaczęto więc sadzić je na potęgę. Wytwórnia zatrudniała miejscowych, zatem niebawem wszyscy w okolicy potrafili pędzić śliwkowy samogon o piekielnej mocy. Gorzelnia Grossbarda rozsypała się w ostatnim roku wojny, kiedy Niemcy podczas odwrotu wysadzili tutejszy most. Ale w gminie Łącko pozostały sady oraz duch śliwowicy, ożywiony wkrótce przez zapobiegliwych miejscowych. Rurki towarzyskie Stefan Piksa ma dziś 71 lat, ale lata młodzieńcze pamięta doskonale. – Pierwszą butelkę upędziłem samodzielnie jako kilkunastolatek, w tajemnicy, bo ojciec nie pozwalał – opowiada, zaciągając się papierosem. – Dopóki w Łącku nie założono wodociągów, przedsięwzięcie było ryzykowne, bo wodę trzeba było czerpać ze studni, a w nocy brzękanie wiadra niesie się na kilometr. Przed świętami albo wielkimi imieninami całe wsie brzękały… A milicja udawała, że nie słyszy. Co parę lat, zwłaszcza gdy nastawał nowy komendant, zdarzały się milicyjne naloty, rozbijanie domowych bimbrowni i grzywny. Byli tacy, którzy siedzieli za śliwowicę, ale najczęściej kończyło się na karze pieniężnej. Pierwszy raz próbowano legalizować produkcję łąckiej na początku lat 60. Pomysł wyszedł od członków zarządu tutejszej Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska. Członkowie zrobili składkę i kupili grunt pod wytwórnię. Już, już mieli ruszyć z budową, lecz inicjatywa w końcu upadła. Dziś w gminie powiadają, że z dwóch niezależnych od siebie powodów. Po pierwsze, skuteczny odpór dał Państwowy Monopol Spirytusowy. Po drugie, z rachunku ekonomicznego wyszło, że butelka oficjalnie produkowanej śliwowicy będzie kosztowała więcej niż butelka spirytusu, i niedoszli gorzelnicy zwątpili, czy ich produkt znajdzie nabywców. Tak więc węgierki nadal przerabiano na gorzałkę przy świetle księżyca. Legenda głosi, że w przydomowych ogródkach nikt nie robił grządek, ponieważ wszędzie płytko pod ziemią były zakopane beczki ze śliwowicą. – Kiedy się szło do kolegi pogadać, to wyjmował z krzaka porzeczek albo spod liści łopianu gumową rurkę i pociągaliśmy dla kurażu – wspomina Stefan Piksa. – Najstrachliwszych się nie odwiedzało, bo trzymali beczki w gnojówce i gorzałka nabierała nieprzyjemnego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2004, 40/2004

Kategorie: Reportaż
Tagi: Adam Molenda