Ofiary „Roja”?

Ofiary „Roja”?

Przesłuchany – rozstrzelany – to była norma w oddziale Mieczysława Dziemieszkiewicza

Książka Krzysztofa Kacprzaka „Podziemie zbrojne na Mazowszu Północnym w walce z systemem komunistycznym 1945-1952” zawiera udokumentowany rejestr ofiar oddziału „Roja”. Dzisiaj wypada się jednak zastanowić, dlaczego ci ludzie zginęli – bez udowodnionej winy, bez sądu i prawa do obrony. Często z błahej przyczyny, bo coś powiedzieli, mieli odmienne poglądy albo np. zerwali „Rojowi” ulotki. Przesłuchany – rozstrzelany – to była norma prawna. Na szyszkowskim cmentarzu spoczywają dwie ofiary Mieczysława Dziemieszkiewicza, których autor opracowania nie wymienia. Być może nie znalazły się w dokumentach. Pamiętają o nich rodziny i znajomi, choć coraz ich mniej.

Wstąpił po śmierć

W niedzielę w połowie lipca 1950 r. wracał ze Strzegocina z odpustu Matki Boskiej Szkaplerznej niespełna 20-letni Stanisław Kosewski. Uroczystość ku czci Najświętszej Maryi Panny z góry Karmel przypada 16 lipca, odpust jest przekładany na najbliższą niedzielę. Wstąpił do domu Laskowskich, którzy sąsiadowali z Burkackimi przez drogę. Ich dwaj synowie byli w podobnym wieku. Może chciał się wody napić, odpocząć, pogawędzić – do domu miał jeszcze z półtora kilometra. Przyszedł po śmierć. Trafił akurat na biesiadę oddziału „Roja”. Wyprowadzili go za stodołę przylegającą do lasu, zastrzelili, żeby ich nie wydał.

15 listopada 1947 r. w Gołotczyźnie został bestialsko zamordowany pochodzący ze wsi Szyszki Feliks Truszkowski. Przed wojną wyjechał do pracy do Warszawy. Wyrwał się z biedy. Jego matka zmarła na gruźlicę po urodzeniu najmłodszego Stefana. Czworo małych dzieci wychowały dwie siostry ojca. Jedna z nich cierpiała na chorobę zwaną różą, która skancerowała jej twarz. Niewielkie gospodarstwo Truszkowskich, położone nieco z dala od szosy za cmentarzem, składało się głównie z łąk. Mieli również duży staw; ciotki hodowały kaczki, gęsi. Sprzedawały pierze. Ojciec poruszał się o kiju, więc nie mógł podołać ciężkiej pracy.

Po wojnie Feliks Truszkowski budował FSO, sztandarowy zakład socjalizmu. Miał już na utrzymaniu rodzinę – żonę i dwie małe córeczki. Zapisał się do PPR-u. Być może był aktywistą partyjnym, nikim ważnym, skoro w odwiedziny do domu jechał pociągiem, a dalej szedłby jeszcze 9 km na piechotę. Broni nie posiadał. Członkowie oddziału „Roja” nie dali mu wysiąść w Gąsocinie. Konwojowali go do Gołotczyzny, gdzie stacja PKP znajduje się na uboczu. Relację o jego śmierci przekazała młodsza córka, wówczas 9-, 10-letnia. Przyszła do nas na czereśnie. Dziewczynki jakiś czas przyjeżdżały latem do dziadka, dopóki ich matka nie wyszła ponownie za mąż. Wiedziała, jak zginął jej ojciec, choć nie mogła tego pamiętać.

Czapka Feliksa Truszkowskiego została znaleziona 2 km od ciała – tyle udało mu się uciec. Przed śmiercią był okrutnie torturowany. Miał wybite zęby, odcięty język, połamane palce u rąk. Pogrzeb pod sztandarami odbył się na koszt państwa bez udziału księdza, który odprawił cichą mszę z egzekwiami. Świecki pogrzeb w tym środowisku był dla rodziny dodatkowym ciosem.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 16/2016

Kategorie: Historia