Ogniska groźnych konfliktów

Ogniska groźnych konfliktów

Wiele punktów zapalnych i spornych terytoriów może doprowadzić do wydarzeń o światowym zasięgu

Świat patrzy z lękiem na Krym. Niektórzy obawiają się nawet, że spór o czarnomorski półwysep doprowadzi do globalnej wojny. Punktów zapalnych na świecie jest jednak wiele. Konflikty zostały zamrożone, ale mogą wybuchnąć z nową siłą.
Do najniebezpieczniejszych należy spór o Kaszmir między Indiami a Pakistanem. Od 1998 r. oba państwa dysponują bronią nuklearną. Indie są potężniejsze i bardziej ludne, pakistańscy generałowie zapowiadali więc, że gdyby ich kraj stanął w obliczu klęski w wojnie, nie zawahają się użyć tego ostatecznego oręża. Oba kraje skoncentrowały w spornym regionie ogromne siły wojskowe. W indyjskiej części Kaszmiru pełni służbę prawie pół miliona policjantów i żołnierzy. Wciąż dochodzi tu do walk z islamskimi partyzantami przedostającymi się z Pakistanu. 10 marca indyjska agencja ANI poinformowała, że w wyniku akcji sił bezpieczeństwa dwóch bojowników muzułmańskiej organizacji Laszkar-i-Toiba zostało zabitych w wiosce Vilgam. Konflikt o Kaszmir pochłonął ogółem ponad 70 tys. ofiar, przeważnie cywilów. Zabitych jest jednak z pewnością znacznie więcej, ponieważ poległych muzułmańskich partyzantów nie liczono i grzebano ich w anonimowych grobach. W 1984 r. walki wrzały nawet na lodowcu Sjaczen – najwyżej położonym polu bitwy na świecie (ponad 5 tys. m n.p.m.) – zajętym wtedy przez wojska indyjskie.
Dżammu i Kaszmir to jedyny stan hinduistycznych Indii, w którym muzułmanie stanowią większość (ok. 60% populacji). Gdy wchodzące w skład imperium brytyjskiego Indie odzyskiwały niepodległość, zostały podzielone na dwa państwa – hinduistyczne Indie i muzułmański Pakistan. Kaszmirem rządził maharadża Hari Singh, który najchętniej zostałby władcą niepodległego kraju. Kaszmir atakowali jednak wojowniczy i prymitywni Pasztunowie z Pakistanu, maharadża zdecydował się więc na związek z Indiami w zamian za obietnicę pomocy wojskowej i referendum na temat przyszłości księstwa. Kaszmir został przyłączony do Indii, które w latach 1947-1948 stoczyły o niego wojnę z Pakistanem. Druga wojna wybuchła w 1965 r., a trzecia sześć lat później, gdy dążący do niepodległości Pakistan Wschodni (Bangladesz) uzyskał militarne wsparcie New Delhi. Ze zdobytych wtedy terytoriów pakistańskiego Kaszmiru wojska indyjskie wycofały się w 1972 r.
Sporna kraina jest podzielona wzdłuż liczącej 740 km tzw. linii kontroli (Line of Control), przebiegającej przez wysokie szczyty górskie i lodowce. Do Indii należy większa część Kaszmiru – południowe i wschodnie tereny z 9 mln mieszkańców. Pakistan kontroluje część północno-zachodnią z 3 mln ludzi i cały Kaszmir uważa za terytorium sporne. Chiny administrują z kolei regionem Aksai Chin, zdobytym w wyniku wojny z Indiami w 1965 r. New Delhi uważa Aksai Chin za część swojego Kaszmiru.

Wybuchowy Kaszmir

W 1989 r. w stanie Dżammu i Kaszmir wybuchła rebelia przeciw panowaniu Indii. Fanatyczni muzułmańscy bojownicy przenikali z Pakistanu. Władze zastosowały ostre represje, zginęły tysiące ludzi. 10 lat później doszło do wojny pakistańsko-indyjskiej na małą skalę, gdy wspierani przez Islamabad mudżahedini wdarli się do regionu Kargil w indyjskim Kaszmirze. W 2003 r. nastąpiło odprężenie, oba kraje zawarły rozejm obowiązujący wzdłuż linii kontroli. Fala islamskiej partyzantki opadła, ale niekiedy dochodzi do nagłego wzrostu napięcia, co może doprowadzić do nowej konfrontacji. Po krwawym zamachu w Bombaju w 2008 r., w wyniku którego straciło życie 165 mieszkańców miasta oraz dziewięcioro terrorystów pochodzących z Pakistanu, o mało nie wybuchła wielka wojna. Latem 2013 r. na linii kontroli dochodziło do wymiany ognia między żołnierzami pakistańskimi a indyjskimi. Mohammad Deen mieszka we wsi, którą dzieli owa linia. 22 sierpnia 2013 r. jego rodzinę dotknęła tragedia. „Moja żona Noor Jaan wyszła z domu napoić bawoły, kiedy przed nią eksplodował pocisk. Odwróciła się, aby uciec, gdy drugi granat rozerwał się tuż za nią. Noor została ciężko ranna, nie może się poruszać. Dzieci ze strachu nie chcą chodzić do szkoły. Żyjemy tu w ciągłym lęku. Mówiono, żebym nie wychodził z domu, ale przecież muszę pracować na polu i doglądać zwierząt”, tłumaczył.
W regionie wciąż słychać strzały. Według oficjalnego komunikatu władz w New Delhi, podczas pierwszych sześciu tygodni 2014 r. w stanie Dżammu i Kaszmir siły bezpieczeństwa zlikwidowały 10 partyzantów islamskich, a wielu innych wzięły do niewoli.
Pakistańscy przywódcy ekstremistów muzułmańskich, tacy jak Syed Salahuddin, grożą, że „zaleją Kaszmir mudżahedinami”, gdy tylko w końcu 2014 r. Stany Zjednoczone wycofają wojska z Afganistanu.
Ogień w spornym regionie wciąż się tli. Spór o Kaszmir może doprowadzić do lokalnej atomowej apokalipsy, tym bardziej niszczycielskiej, że Pakistan jest sprzymierzony z Chinami, Indie zaś liczą na pomoc Stanów Zjednoczonych. Zwłaszcza młodzi Kaszmirczycy są sfrustrowani surową polityką indyjskich sił bezpieczeństwa, które często ogłaszają godzinę policyjną, wyłączają internet, urządzają obławy i dokonują aresztowań. W rozpacz wpędza ludzi także bezrobocie i dotkliwe ubóstwo. Liczba samobójstw jest bardzo wysoka. Mieszkańcy chętnie przeprowadziliby referendum na temat przyszłości ojczyzny. Jedni chcą przyłączenia się do Pakistanu, drudzy niepodległości. Ale władze w New Delhi uważają ten region za integralną część swojego terytorium i nigdy na referendum się nie zgodzą.

Śmierć w Górskim Karabachu

Zamrożonym konfliktem, na szczęście na mniejszą skalę, jest spór między muzułmańskimi Azerami a chrześcijańskimi Ormianami o Górski Karabach na Zakaukaziu (Karabach znaczy Czarny Ogród). Według prawa międzynarodowego, jest on częścią Azerbejdżanu, faktycznie stanowi niezależne państwo, wspierane przez Armenię, ale nikt, nawet Armenia, nie uznaje jego suwerenności. Bolszewicy stosujący politykę „dziel i rządź” i skłócający ze sobą narodowości przyłączyli to terytorium, zamieszkane głównie przez Ormian, do Azerbejdżanu. W 1923 r. z większej części enklawy utworzono ormiański Nagorno-Karabachski Obwód Autonomiczny, wchodzący w skład Azerbejdżańskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a inne jej tereny włączono do tej republiki bezpośrednio.
Władze Armeńskiej SRR w latach 60. XX w. bezskutecznie starały się o przyłączenie Górskiego Karabachu do swojego terytorium. Pod koniec lat 80., gdy imperium radzieckie zaczęło się kruszyć, wybuchły zamieszki i konflikty obu narodowości. W lutym 1988 r. w Sumgaicie zbiegli z terytorium Armeńskiej SRR Azerowie urządzili pogrom Ormian, w którym zginęły 32 osoby. W 1991 r. władze Azerbejdżanu zlikwidowały autonomię regionu. W grudniu tego roku ormiańskie władze enklawy przeprowadziły referendum, w którym większość mieszkańców opowiedziała się za niepodległością. Wybuchła wojna azersko-ormiańska, w której nieudolnie dowodzona armia Azerów ponosiła klęski. Ormianie opanowali nie tylko Górski Karabach, ale i terytoria, które uznali za strefę bezpieczeństwa, jak również korytarz laczyński, łączący enklawę z Armenią właściwą. W 1993 r. sprzymierzona z Baku Turcja zerwała stosunki dyplomatyczne z Armenią i zamknęła granicę z tym krajem. W konflikcie straciło życie od 20 do 30 tys. ludzi, prawie milion musiało na zawsze porzucić domy. Górski Karabach został „oczyszczony etnicznie” z Azerów. Azerbejdżan wydaje na utrzymanie i integrację uchodźców z enklawy 3% budżetu. W maju 1994 r. zawarto rozejm, jednak status regionu pozostaje niepewny. Władze w Baku uważają Górski Karabach za część swojego państwa, Ormianie nie mają zamiaru wyrzec się niezależności. Azerbejdżan i Armenia, licząc się z możliwością nowej wojny, rozbudowały siły zbrojne i nabyły kosztowne systemy broni.
W 1999 r. podczas wojny w Kosowie także na Zakaukaziu wzrosło napięcie. Władze Armenii argumentowały, że Górski Karabach, podobnie jak Kosowo, ma prawo do ogłoszenia niepodległości, i podjęły przygotowania do nowej wojny. Armenia liczyła na pomoc Rosji, natomiast Azerbejdżan oczekiwał wsparcia od Turcji, a nawet od NATO. Na szczęście konfliktu udało się uniknąć.
W grudniu 2006 r. mieszkańcy Górskiego Karabachu zaakceptowali w referendum nową konstytucję, ale władze w Baku uznały głosowanie za nielegalne.
W marcu 2008 r. na linii rozejmu doszło do wymiany ognia, w wyniku której zginęło ośmiu azerskich i 12 ormiańskich żołnierzy. Elita polityczna Azerbejdżanu nie podejmuje wojny w celu odzyskania utraconego terytorium także na skutek nacisku koncernów międzynarodowych, które zainwestowały w wydobycie ropy w tym kraju. Wpływowe firmy obawiają się, że w następstwie konfliktu zbrojnego ucierpią ich zyski.
Spór wykorzystuje Rosja, wywierając wpływ na oba zwaśnione kraje, obawiające się, że Moskwa może wesprzeć drugą stronę.

Napięcia na Pacyfiku

Globalny konflikt może się rozpętać na Oceanie Spokojnym. Chiny toczą spory o wody, wysepki i rafy koralowe z sąsiadami – Malezją, Wietnamem, Japonią oraz Filipinami. „Gdy Chiny rosną w siłę, rośnie także ich potęga na morzu. Sąsiedzi Chin powinni być na to przygotowani i przyzwyczaić się do tego”, stwierdził Ren Xiao, dyrektor naukowego Ośrodka Chińskiej Polityki Zagranicznej przy uniwersytecie Fudan, były dyplomata Chin w Japonii. Pekin nie zrezygnował też z odzyskania „zbuntowanej prowincji” – Tajwanu.
ChRL zgodnie z przyjętym prawem uniemożliwiającym odłączenie zamierza odpowiedzieć na ewentualną deklarację niepodległości wyspy „środkami niepokojowymi”. Ale Tajwan jest osłaniany przez nowoczesną i potężną flotę USA.
Najostrzejszy jest spór Chin z Japonią o grupę niezamieszkanych wysepek na Morzu Wschodniochińskim. Chińczycy nazywają je Diaoyu, Japończycy zaś Senkaku. Kontrolę nad archipelagiem sprawuje Tokio, ale Pekin uważa go za swoją własność. Wyspy otoczone są wodami bogatymi w ryby, w pobliżu znajdują się też prawdopodobnie podmorskie złoża ropy naftowej i gazu.
Japonia twierdzi, że w 1895 r. zajęła archipelag jako bezpański ląd. Według wersji Pekinu, Diaoyu należą do Chin od zamierzchłych czasów i stanowią część wód połowowych prowincji Tajwan. Japonia wystąpiła o zwrot wysp w traktacie pokojowym ze Stanami Zjednoczonymi, zawartym w 1951 r. Chiny nie są sygnatariuszem tego traktatu. USA oddały Diaoyu/Senkaku pod władzę Japonii w 1971 r. Wokół spornych wysp dochodziło do różnych incydentów. We wrześniu 2010 r. japońskie patrolowce przechwyciły chiński trawler wraz z załogą, co wywołało ostre spięcie dyplomatyczne między Pekinem a Tokio. Załogę w końcu zwolniono. W kwietniu 2012 r. gubernator Tokio Shintaro Ishihara zapowiedział, że za publiczne pieniądze wykupi Senkaku od prywatnych japońskich inwestorów. Rząd Japonii sam odkupił od nich trzy wysepki, aby pokrzyżować prowokacyjne zamiary gubernatora, ale Chiny i tak uznały ten krok za wyzwanie.
W końcu listopada 2013 r. Pekin wprowadził na Morzu Wschodniochińskim strefę bezpieczeństwa lotniczego. Obce samoloty, które w niej się znajdą, mają obowiązek zgłosić lot i wykonywać polecenia chińskiego lotnictwa. Ustanowienie strefy przyczyniło się do zwiększenia napięcia, ponieważ inne państwa regionu jej nie uznały. Armia USA, sojusznika Japonii, zignorowała decyzję Pekinu i demonstracyjnie wysłała do strefy, której ogłoszenie Waszyngton potraktował jako prowokację, dwa bombowce B-52. Z kolei Chiny urządziły w grudniu pokaz siły, wysyłając na Morze Południowochińskie swój pierwszy lotniskowiec „Liaoning” z grupą okrętów eskorty. Do manewrującej floty chińskiej zbliżył się na odległość niespełna 500 m amerykański krążownik USS „Cowpens”. Z trudem udało się uniknąć zderzenia. Władze chińskie twierdziły, że „Cowpens” utrudniał ćwiczenia „Liaoning”. Był to najpoważniejszy taki incydent od 2009 r., kiedy chińskie okręty i samoloty śledziły amerykański okręt rozpoznawczy USNS „Impeccable” na południe od wyspy Hajnan.
W sporze o Diaoyu/Senkaku żadna strona nie jest skłonna do kompromisu. W obliczu potencjalnego konfliktu Tokio i Pekin przeznaczają coraz większe środki na zbrojenia. Japonia zamierza kupić 28 niewykrywalnych przez radar amerykańskich bombowców typu F-35, pięć okrętów podwodnych, dwa niszczyciele wyposażone w systemy obrony przeciwrakietowej Aegis oraz trzy samoloty automatyczne.
Niektórzy publicyści twierdzą, że sytuacja na Oceanie Spokojnym i w Azji Wschodniej przypomina układ sił w 1914 r., tuż przed I wojną światową. Amerykański politolog Robert Kagan uważa, że USA obecnie odgrywają w rejonie Pacyfiku rolę sytej i broniącej stanu posiadania Wielkiej Brytanii, która powinna uświadomić rosnącym w siłę Chinom, że „zareaguje, jeśli Pekin podejmie akcje, których nie można zaakceptować”.
Christopher Clark, historyk z Cambridge i autor kontrowersyjnego best­selleru o wybuchu I wojny światowej „Lunatycy”, napisał: „Od czasu zakończenia zimnej wojny w miejsce globalnego systemu dwubiegunowej stabilności powstał znacznie bardziej kompleksowy i nieobliczalny układ sił, w którym pewne państwa wchodzą w fazę upadku, a inne stają się coraz potężniejsze. Aż się prosi o porównanie z sytuacją w Europie roku 1914”.

Bliskowschodnia beczka prochu

Na Bliskim Wschodzie narody izraelski i palestyński kłócą się o niewielki kraj, do którego roszczą sobie „niewzruszone prawa historyczne”. Izrael okupuje należące de iure do Syrii wzgórza Golan. Państwo żydowskie zdobyło to terytorium w wojnie w 1967 r. i zaanektowało 14 lat później. Damaszek ani Organizacja Narodów Zjednoczonych nie zaakceptowały tego kroku.
Izrael zaanektował też Wschodnią Jerozolimę, którą opanował w tej samej wojnie. W 1980 r. parlament izraelski przyjął prawo stwierdzające, że zjednoczona Jerozolima jest stolicą państwa żydowskiego. Decyzji tej nie uznały Narody Zjednoczone ani większość państw świata, które mają ambasady w Tel Awiwie i uważają, że status Jerozolimy powinien zostać ustalony w przyszłym traktacie pokojowym. Palestyńczycy zamierzają natomiast utworzyć we Wschodniej Jerozolimie stolicę przyszłego niepodległego państwa, obejmującego Zachodni Brzeg Jordanu i Strefę Gazy. Wątpliwe jednak, aby takie państwo powstało. Od czasu porozumienia z Oslo w 1993 r., w którym Izrael i Organizacja Wyzwolenia Palestyny uznały się wzajemnie, prowadzono wiele frustrujących i bezskutecznych negocjacji. Izrael zaś wykorzystał te lata do rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu, których jest już tyle, że trudno sobie wyobrazić utworzenie niepodległego państwa palestyńskiego.
Druga intifada (powstanie) z lat 2000-2004 nie przyniosła Palestyńczykom korzyści. W przeludnionej Strefie Gazy, nazywanej największym więzieniem świata z widokiem na morze, której granice i przestrzeń powietrzną kontroluje Izrael, Palestyńczycy wegetują w katastrofalnych warunkach. Na 360 km kw. gnieździ się 1,7 mln osób. Wiele gospodarstw domowych ma prąd tylko przez dwie godziny dziennie, ulice są pełne nieczystości, nie ma pracy. Rozpacz może popchnąć ludzi do desperackich czynów. W Strefie Gazy konflikt nie wygasa nigdy. 13 marca br. palestyńscy bojownicy z organizacji Islamski Dżihad wystrzelili ponad 30 rakiet na terytorium południowego Izraela. W odpowiedzi lotnictwo izraelskie zbombardowało 29 celów palestyńskich. To najpoważniejszy taki incydent od listopada 2012 r.
Dysponujący bronią nuklearną Izrael ma przygniatającą przewagę militarną i nie przejmuje się prawem międzynarodowym, ale na jego niekorzyść działa demografia. Palestyńskie matki rodzą więcej dzieci, więc na terenie historycznej Palestyny (Izraela w granicach z 1967 r., Strefy Gazy, Zachodniego Brzegu i Wschodniej Jerozolimy) Arabowie mogą stać się w końcu większością. Obecnie na tych terytoriach mieszka ok. 5,8 mln Arabów i 6 mln Żydów. Według obliczeń palestyńskiego biura statystycznego, w 2016 r. obie populacje zrównają się pod względem liczebności, a w 2020 r. Arabowie prześcigną Żydów stosunkiem 7,2 mln do 6,9 mln. Skutki niełatwo przewidzieć, może jednak dojść do nowych krwawych zmagań o niewielki kraj.
Państwo żydowskie ma też inny problem. Ze skrajną nieufnością obserwuje nuklearne ambicje Iranu sprzymierzonego z Syrią oraz szyicką milicją Hezbollah w Libanie. Wciąż nie można wykluczyć izraelskiego uderzenia z powietrza na nuklearne obiekty Teheranu, które zapewne wywoła regionalną wojnę o następstwach niemożliwych do przewidzenia. A jeśli Iran w końcu wejdzie w posiadanie broni atomowej? Nie jest to zbyt prawdopodobne, ale taki scenariusz również należy rozważyć.

Waśnie o Kosowo

Nie bez racji mówi się też o bałkańskim kotle. Na Półwyspie Bałkańskim żyją różne narodowości, często przemieszane i niepałające do siebie miłością. W przeszłości konflikty zdarzały się często. To zamach w Sarajewie, stolicy Bośni i Hercegowiny, należącej w 1914 r. do cesarstwa Habsburgów, stał się iskrą, która spowodowała wybuch I wojny światowej. Wielonarodowa Jugosławia rozpadła się w dymie i ogniu wojen, prowadzonych z okrucieństwem dawno niewidzianym w Europie.
Najbardziej zapalną kwestią jest problem Kosowa, pojugosłowiańskiej republiki ze stolicą w Prisztinie, państwa formalnie niepodległego, uważanego jednak za terytorium sporne. Kosowo ma powierzchnię 10 908 km kw. i ok. 1,803 mln mieszkańców, z których prawie 90% stanowią Albańczycy. Jego niepodległość, proklamowaną przez parlament w Prisztinie 17 lutego 2008 r., uznaje 107 ze 193 państw ONZ. Dla Serbii jednak Kosowo jest integralną częścią jej terytorium. Niepodległości nie uznały sprzymierzona z Belgradem Moskwa oraz państwa mające kłopoty z separatystami, przy czym Rosja powołuje się na precedens Kosowa, uznając niepodległość Abchazji oraz Osetii Południowej należących według prawa do Gruzji.
Jak to zazwyczaj bywa, narody toczące spór o Kosowo powołują się na swoje „święte historyczne prawa”. Albańczycy za przodków uznają iliryjski lud Dardanów. Ilirowie mieszkali na Bałkanach wieki przed pojawieniem się tam Słowian. Dla Serbów z kolei Kosowo jest kolebką ich państwowości. Tu w 1389 r. stoczyli bitwę na Kosowym Polu z wielką armią sułtana tureckiego.
Zgodnie z konstytucją Jugosławii Kosowo miało status regionu autonomicznego, od 1963 r. autonomicznej prowincji Serbii. Dziewięć lat później uprawnienia autonomicznych władz zostały znacznie rozszerzone. Pod koniec lat 80. Jugosławią zaczęły wstrząsać procesy dezintegracyjne. Nacjonaliści albańscy szykanowali i zastraszali serbską mniejszość w Kosowie. Szowinistyczny prezydent Serbii Slobodan Milošević, który zdobył władzę na fali antyalbańskich nastrojów, znacznie ograniczył autonomię Kosowa i rozpoczął prześladowania ludności albańskiej. Po obu stronach narastała nienawiść. Kiedy traktat pokojowy z Dayton przypieczętował w 1995 r. rozpad Jugosławii, zawrzało także w Kosowie. Rebelianci z Wyzwoleńczej Armii Kosowa (UÇK) wszczęli rozruchy mające na celu uzyskanie niepodległości. Serbskie siły bezpieczeństwa podjęły walkę, stosując represje także wobec ludności cywilnej. Wielu albańskich Kosowian zbiegło za granicę. Po fiasku rokowań pokojowych w marcu 1999 r. NATO, powołując się na konieczność obrony albańskich cywilów, podjęło trwające aż do czerwca zmasowane naloty na cele w Serbii. Siły serbskie wycofały się z Kosowa. Rebelianci z UÇK wykorzystali okazję do wypędzenia wielu Serbów, a Kosowo stało się międzynarodowym protektoratem. W końcu prowincja ogłosiła niepodległość. Komentatorzy często nazywają Kosowo matecznikiem przestępczości zorganizowanej i centrum międzynarodowego handlu narkotykami.
Problem Kosowa wydaje się niemożliwy do rozwiązania. Albańczycy nigdy nie uznają władzy Belgradu, Serbia nie zrezygnuje ze swoich praw. Także kosowscy Serbowie uważają się za obywateli Serbii. Na swoim terytorium w północnej części kraju przeprowadzili referendum, w którym prawie 100% głosujących opowiedziało się przeciw wszelkiej współpracy z rządem w Prisztinie, zdominowanym przez Albańczyków. W serbskim regionie Kosowa dochodziło do niepokojów i zamieszek na tle etnicznym. W listopadzie 2013 r. w podzielonym mieście Mitrovica podczas wyborów komunalnych zamaskowani serbscy ekstremiści atakowali lokale wyborcze. Doszło do tego mimo pewnego odprężenia w relacjach Belgradu – dążącego do integracji z UE – z Prisztiną. W lutym 2012 r. oba rządy podpisały układ o administracji wspólnej granicy, swobodzie przemieszczania się obywateli i innych sprawach. Ale fundamentalna kwestia statusu Kosowa nie została rozwiązana.
Do wzrostu napięcia może doprowadzić utworzenie armii Kosowa. Zorganizowanie własnych sił zbrojnych zapowiedział w marcu premier tego kraju, jeden z byłych przywódców UÇK Hashim Thaçi. Armia ma liczyć 5 tys. żołnierzy służby czynnej oraz 3 tys. w aktywnej rezerwie. Według oficjalnego komunikatu, wojsko to będzie chronić suwerenność terytorialną kraju. Politycy w Belgradzie protestują, obawiają się, że te oddziały mogą zostać użyte przeciw serbskiej mniejszości.
Czy znowu zagotuje się w bałkańskim kotle? Powodów do spięć jest dość, a trzeba pamiętać, że terytoria, w których ludność albańska stanowi większość, istnieją także w Serbii i w Macedonii. W Republice Macedonii co czwarty obywatel jest Albańczykiem. Niektórzy ekstremiści marzą o utworzeniu Wielkiej Albanii (z Albanii, Kosowa, zamieszkanych przez Albańczyków terytoriów w Serbii i Macedonii), ale próba osiągnięcia tego celu skończyłaby się prawdziwą masakrą.
Pozostaje mieć nadzieję, że przywódcy zwaśnionych państw wykażą się umiarkowaniem i nie podejmą prób dochodzenia domniemanych praw zbrojnie, co mogłoby doprowadzić do katastrofy regionalnej lub globalnej. Może uświadomią sobie, że militarne zmagania z przeszłości, takie jak wojna krymska czy I wojna światowa, z perspektywy czasu wyglądają na niepotrzebne. Niestety, takie nadzieje nie zawsze się spełniają. Przez wieki monarchowie i politycy spragnieni zdobyczy i sławy podejmowali nieprzemyślane lub szalone decyzje. Już w XVII w. szwedzki kanclerz Axel Oxenstierna stwierdził: „Jakże małą mądrością rządzony jest ten świat!”.

Wydanie: 12/2014

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy