Oj, rozpętał!

Oj, rozpętał!

Smutny polski los i niezwykle pogodne komedie to w biografii Tadeusza Chmielewskiego splot nie do rozplątania

„Wcale nie uważam się za klasyka. Kogoś, kto robi komedie, nie traktuje się serio. Nawet moi koledzy reżyserzy mieli do mnie żal, że zajmuję się czymś tak niepoważnym. By uważano mnie za poważnego reżysera, zrobiłem »Wierną rzekę«, która odpada od nurtu mojej twórczości. Nabzdyczyłem się i zrobiłem. W latach 70. zaczęła do nas docierać dobra kolorowa taśma, bo wcześniej, na ORWO, można było tylko jakieś szkaradzieństwa nakręcić. Chciałem zrobić »Jak rozpętałem II wojnę światową« w kolorze. Wyśmiano mnie. Nie chcieli się zgodzić, żeby z państwowej kasy zapłacić za amerykańską taśmę, by robić komedię!”, mówił Tadeusz Chmielewski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2008 r.

Ale zanim do tego doszło…

Przyszły reżyser urodził się w Tomaszowie Mazowieckim, ale nie był to Tomaszów z wiersza Tuwima i piosenki Demarczyk. To było miasteczko byłych włókniarzy, którym po I wojnie odpadł ogromny rosyjski rynek zbytu, pogrążając mieścinę w biedzie i smutku. Mama próbowała utrzymać rodzinę dorabianiem w jakiejś biedaprzędzalni – kiedy załoga strajkowała, mały Tadzio donosił jej obiady z domu – a tata był domokrążcą, który sprzedawał oleodruki na ścianę. Mieszkali w slamsach. Wyjście do kina było dla chłopaka świętem, z tym że nie było go stać na prawdziwy seans za 55 gr. Najwyżej na ten za 10, a i to jak okłamał mamę i nie rzucił tych groszy w niedzielę na tacę. Seans za 10 gr polegał na tym, że jakiś kombinator skupował i kleił bez ładu i składu ścinki z wybrakowanych taśm filmowych i puszczał to dzieciakom w podejrzanej budzie. Ale dla nich to było takie przeżycie, że żal im było nawet tych paru minut, które zajęłoby wysikanie się na dworze, więc siusiali pod ścianą, nie odrywając oczu od ekranu.

Rodzinie poprawiło się nieco, gdy tata wstąpił do policji. Zamieszkali wtedy w pokoiku na terenie dawnej manufaktury i przez ścianę sąsiadowali z salą zebrań partii politycznych i związków zawodowych, także prób chóru, treningów gimnastyków od Sokoła i dancingiem, gdzie każda potańcówka kończyła się zbiorowym mordobiciem. Na strzały nikt nie reagował – tuż obok była strzelnica. Na wybuchy granatów też – wiadomo było, że to sierżanci z miejscowego garnizonu głuszą w ten sposób ryby w rzece.

Kop od Eugeniusza Bodo

Wojna oznaczała ucieczkę – tata policjant! – na wschód. W trakcie włóczęgi przelotnie zetknął się Tadzio z samym Eugeniuszem Bodo, który zaciągnął się do obsługi sanitarki i wybrał chłopaka na ordynansa od zdejmowania oficerek. Chłopiec mocno ściskał but trzymany między nogami, a bożyszcze drugą nogą napierało na jego chudą dupinę, aż noga wysunęła się z cholewy, a Tadzio wylądował na ścianie.

Gehenna zaczęła się, gdy rodzina, ogołocona z resztek dobytku, wylądowała w okolicach Brześcia, na ziemi niczyjej, między frontami niemieckim i radzieckim. I każdy miejscowy chłop mógł z nimi bezkarnie robić, co chciał. Kiedy w końcu wrócili do Tomaszowa, Niemiec, który zajął całą posesję, ostrzegł, żeby nie próbowali tu przychodzić po raz drugi.

Okupację Chmielewski przewegetował na posadzie ślusarza bez kwalifikacji i szmuglera nafty. Do późnej starości grozą przejmowało go wspomnienie podróży pociągiem zatłoczonym setkami podobnych jak on handlarzy, którzy nieustannie kopcili skręty, a przecież wystarczyła jedna iskra, by cały skład w sekundę zapłonął jak pochodnia. Poza tym – partyzantka. Akowska. Najpierw na miejscu, potem w Kieleckiem. Było ryzykownie, ale naprawdę niebezpiecznie zrobiło się po wojnie, gdy do domów wracali koledzy z partyzantki ludowej. I oni już wiedzieli, kogo wskazać lokalnemu UB. „Samochody UB zaczynają się pojawiać coraz częściej i nigdy nie odjeżdżają puste”, wspominał po latach reżyser. Trzeba było wiać.

Scenariusz w księdze buchaltera

Możliwie najdalej, więc do Szczecina. Tu od razu wkręcił się do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. No i zaczęły się pierwsze przymiarki do dorosłego życia. Miał zawodowo latać, ale skończyło się na kursie szybowcowym, zapisał się na Politechnikę, ale zupełnie nie rozumiał, co tam do niego mówią – nie miał przecież jeszcze matury. Jako desperado wysłał zgłoszenie do łódzkiej Filmówki, gdzie prof. Antoni Bohdziewicz przyjął go warunkowo na pierwszy rok. Zdecydowała próbka scenariuszowa, którą zanotował w poniemieckiej książce rachunkowej.

Na uczelni filmowej było ciekawie, bo znalazło się tam sporo freaków. Młodziutki Wajda trzymał się z Konradem Nałęckim. Kto by pomyślał, że jeden nakręci „Ziemię obiecaną”, a drugi „Czterech pancernych”?

Poza tym nauka zawodu, przekupywanie operatora flaszką wódki, żeby po nocach puszczał filmy (początkowo tylko radzieckie, bo innych szkoła nie sprowadzała). I rozrywki w męskim akademiku z piętrowymi pryczami, gdzie przyszli filmowcy rozgrywali mecze hokejowe na podłodze. I aby się nie myliło, kto gra w jakiej drużynie, jedna grała w majtkach bez koszulek, a druga w koszulach bez majtek. Do kibicowania zapraszano grono koleżanek. Od 1949 r. władze zaczęły przykręcać śrubę. Przy wejściu zawisła tablica z rzekomym cytatem z Lenina: „Film jest najważniejszą ze sztuk”, a na zebraniach ZMP – wstępowały do niego zbiorowo całe roczniki – należało występować z regularnymi samokrytykami. A jak co drugi student występował z samokrytyką co trzeci dzień, to farsa wszystkim znacznie poprawiała samopoczucie.

Ewa chce, dyrekcja nie

Praca przy filmie zaczęła się od wpadki na posadzie asystenta Jana Batorego, reżysera filmu „Podhale w ogniu”. Chmielewski nie dopatrzył i w trakcie ogromnie kosztownej sceny zbiorowej pewien szlachcic przechyla kufel piwa tak zamaszyście, że jego denko w pewnym momencie wypełnia cały kadr. A na denku widniało napisane wołami: „Muzeum Państwowe w Krakowie”.

No i pierwsza samodzielna robota filmowa. „Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, ale też nie mam zamiaru ukrywać, że nakręciłem coś takiego”, tłumaczył reżyser po latach. Była to krótka fabuła, która pokazywała, jak Feliks Dzierżyński socjalizuje młodego złodziejaszka. W roli Dzierżyńskiego wystąpił Gustaw Lutkiewicz, a warto pamiętać, że mniej więcej w tym samym czasie debiutował w filmie krakowski aktor Gustaw Holoubek właśnie rolą Feliksa w filmie „Żołnierz zwycięstwa” Wandy Jakubowskiej. Potem było kilka mniej udanych przymiarek – a to filmowanie „Listów do prezydenta”, oczywiście Bieruta, a to praca nad pierwszym filmem o powstaniu warszawskim. Ten władze zablokowały, wolały, żeby Wajda najpierw nakręcił „Kanał”.

Na szczęście! Bo dzięki temu Tadeusz Chmielewski wreszcie znalazł się na właściwym miejscu – w komedii. Zrobiło się popaździernikowo, więc można było już nie kręcić polskiej wersji radzieckiego „Dygnitarza na tratwie”, ale wykombinować coś odjechanego, w stylu René Claira czy Jacques’a Tatiego. Pomysł nasunął się sam: Chmielewski przeczytał w gazecie notkę o chłopaku z prowincji, który na studia do Łodzi przyjechał o kilka dni za wcześnie. Akademiki jeszcze nie przyjmowały, więc zlitowała się nad nim milicja i wzięła go na kilka dni „na twarde dechy” w roli aresztanta. Tyle że chłopaka zastąpiła śliczna, świeża i zjawiskowa Basia Kwiatkowska (lat 17), która wygrała ustawiony od początku konkurs na rolę w komedii „Ewa chce spać”. Ustawiony, bo chodziło o to, by zjawiła się Polska Kronika Filmowa, pokazała i narobiła wokół filmu trochę szumu. Bo kiedy rzecz się stanie głośna, różni decydenci nie będą mogli już tak otwarcie wtrącać się do roboty.

Obawy okazały się więcej niż uzasadnione. Jerzy Zarzycki, szef zespołu „Syrena”, w którym powstawał film, przeglądał materiały z wrocławskiego planu, które napływały do wywołania w Warszawie. Zwyczaj był taki, że pierwszy zdjęcia ogląda reżyser, ale Zarzycki chciał pokazać, kto tu rządzi. Obejrzał i stwierdził, że te scenki to jakiś absurd, że to w ogóle nie jest śmieszne, i złożył reżyserowi propozycję nie do odrzucenia. Chmielewski uda, że się rozchorował, a on, Zarzycki, znajdzie kogoś, kto uratuje dziełko przed katastrofą. Chmielewskiego jednak wsparł Bohdziewicz, który niezmiennie widział w nim potencjał. A kiedy po kolaudacji „Ewy…” wszyscy biegli na wyścigi gratulować Zarzyckiemu, że w jego zespole powstał taki świetny film, ten zdecydował, że Chmielewski musi mu odpalić połowę premii, którą mu przyznano za „dobrą robotę”.

Cwaniak, który przeżył

„Ewa…” przyjechała z festiwalu w San Sebastián w roku 1958 ze Złotą Muszlą, więc Chmielewski mógł już się rozglądać i wybierać. Próbował klasycznego kryminału i powstali „Dwaj panowie »N«” (1961), nęciła go farsa obyczajowa, więc siłę komiczną Krzysztofa Litwina wykorzystał w „Pieczonych gołąbkach” (1966), ale najbliższa była mu komedia, w dodatku wojenna. Więc najpierw „Gdzie jest generał…” (1963), a w końcu „Jak rozpętałem II wojnę światową” (1969).

„Od zawsze starałem się zapomnieć o tragizmie wojny – powie po latach w wywiadzie rzece – a to puste miejsce w pamięci zajmowały z kolei stopniowo wspomnienia o humorystycznych sytuacjach, które przecież w czasie okupacji też się zdarzały”.

W czasie kręcenia „Gdzie jest generał…” przysiadł się do reżysera jakiś dziadyga, który opowiadał, jak to podczas wojny kiwał zarówno hitlerowców, jak i własnych dowódców. A najbardziej dumny był z tego, że przeżył. To był bohater wojenny, o jakiego Chmielewskiemu chodziło. Cwaniak i bohater w jednym. Pomysły na perypetie pościągał z literatury („Przygody kanoniera Dolasa” Kazimierza Sławińskiego), z rozmaitych wspomnień wojennych, wreszcie z własnej wyobraźni. Pozostawała kwestia aktora, który udźwignie tę rolę. Początkowo Chmielewski był zdania, że tylko Wojciech Młynarski i nikt inny. Ale Młynarski miał już popodpisywane rozmaite kontrakty z estradą, festiwalami i telewizją na lata do przodu, więc kręcenie musiałoby się w którymś momencie posypać. Padło na Mariana Kociniaka. A ten już do końca życia był Frankiem, co nie zawsze mu odpowiadało.

Film pomyślany był jako dylogia, ale pomysłów było tyle, że Chmielewski szybko się zorientował, że wystarczy tego na część trzecią, a nawet czwartą. O czym radośnie zameldował władzom kinematografii, która miała w prezencie, a więc po kosztach, dostać w praktyce jeszcze jeden film fabularny. I tu – kubeł zimnej wody. Władzom wcale się nie podobało, że teraz trzeba będzie wszystko przefakturować, a że przy okazji powstanie fajny film, którego mogło nie być, władze miały w nosie. I z najwyższą niechęcią zgodziły się na część trzecią, ale już w żadnym wypadku na czwartą. A taśma z nagranymi scenami została zwyczajowo przetopiona na grzebienie. Do dziś każda powtórka serii, którą i tak wszyscy znają na pamięć, gromadzi przed telewizorami po 2 mln widzów.

Impuls towarzysza ministra

Kolejny strzał w dziesiątkę Chmielewskiego, komedia „Nie lubię poniedziałku” (1971), też wzięła się z przypadku. Reżyserowi błąkał się po głowie pomysł scenariusza układanego na zasadzie książki telefonicznej. Że np. bardzo różni ludzie zmuszeni są jakoś zahaczać o siebie, bo spotkali się w poczekalni u tego samego lekarza. Albo że niechcący zamienili się płaszczami ortalionowymi, co wcale nie było trudne w czasach, kiedy cała Polska chodziła w identycznych ortalionach. Decyzja zapadła nagle, bo Chmielewskiego wezwał jeden z najgorszych urzędników odpowiadających za kinematografię Czesław Wiśniewski. I ten Wiśniewski wyjeżdża z punktu: „Nad czym pan teraz pracuje?”. Chmielewski bał się odpowiedzieć, że nad niczym, bo jest kompletnie wyżęty po wyczerpujących zdjęciach do „Jak rozpętałem…” i potrzebuje odpocząć. Zaczął coś improwizować w deseń tej „książki telefonicznej”. Wiśniewskiemu się spodobało i zażądał scenariusza na jutro rano. Więc Chmielewski do piątej nad ranem opracowywał zarys, potem zmyślał jakąś chorobę, przewlekał, ale w końcu scenariusz dopiął. Także dlatego, że od czasów studenckich nosił w tylnej kieszeni spodni rzecz dla scenarzysty i reżysera bezcenną – notes z ołówkiem. W nim zapisywał dziwaczne sceny, cytaty, powiedzonka, notatki z gazet. I jeśli musiał na chybcika wywatować gagami fabułkę komedii, która toczy się w warszawski poniedziałek, po prostu zmontował swego rodzaju the best of z tego, co miał w notesie. Z tych samych sytuacji Stanisław Bareja wykroiłby mocne, złośliwe, demaskatorskie kino. U Chmielewskiego jest inaczej – pogodnie, akceptująco.

Ot, stanęła kwestia, jak namówić Bohdana Łazukę, o którym wiadomo było powszechnie, że jest zaprzyjaźniony z wódeczką, żeby zagrał siebie samego, czyli narąbanego aktora, który o świcie wraca do domu trajektorią torów tramwajowych. A Łazuka przyjął propozycję bez mrugnięcia, bo wiedział, że Chmielewski krzywdy mu nie zrobi. Miał rację! Do dziś na kolejnych jubileuszach wręczają mu korbę, żeby łatwiej mu było wrócić do domu.

O panu Tadeuszu, jego i polskim losie, o jego filmach można by jeszcze długo, ale kartka się kończy. A ponieważ reżyser patrzy na nas teraz z chmurki, możemy zrobić jedno – szeroko się do niego uśmiechnąć.


Filmografia
„Ewa chce spać” 1957
„Dwaj panowie »N«” 1961
„Pieczone gołąbki” 1966
„Jak rozpętałem II wojnę
światową” 1969
„Nie lubię poniedziałku” 1971
„Wśród nocnej ciszy” 1978
„Wierna rzeka” 1983

Wydanie: 50/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy