Olimpijczyk w areszcie

Olimpijczyk w areszcie

Konkubina oskarża Wojciecha Fortunę o fizyczne znęcanie się nad nią przez cztery lata

Wojciech Fortuna, jedyny polski mistrz olimpijski w skokach narciarskich, znowu znalazł się w centrum zainteresowania. Z pewnością nie jest to jednak rozgłos, jakiego życzyłby sobie sportowiec – od 6 grudnia Fortuna przebywa w nowosądeckim zakładzie karnym, gdzie trafił oskarżony o znęcanie się nad konkubiną.
Gdy dwa tygodnie temu ukazujący się w Zakopanem „Tygodnik Podhalański” opublikował na pierwszej stronie zdjęcia zakopiańczyków poszukiwanych listami gończymi, wielu mieszkańców stolicy Tatr ze zdumieniem odnalazło wśród nich fotografię Wojciecha Fortuny, zdobywcy złotego medalu w skokach narciarskich w Sapporo (1972 r.). Byłego skoczka poszukiwano z artykułu 207 par. 1 kk, a więc za znęcanie się fizyczne i moralne nad najbliższą rodziną. W Zakopanem zaczęło huczeć od plotek. 5 grudnia, następnego dnia po opublikowaniu listu gończego, Wojciech Fortuna przyjechał do Zakopanego i zgłosił się do sądu, gdzie złożył prośbę o niezamykanie go w areszcie. Jeszcze tego samego dnia zakopiańscy policjanci zatrzymali sportowca w jego mieszkaniu, nieopodal wylotu Doliny Białego. Nazajutrz, po nocy spędzonej na komendzie, trafił do więzienia w Nowym Sączu. Na razie na dwa miesiące.
– W tej chwili oskarżonemu przysługuje prawo do złożenia wniosku o uchylenie tymczasowego aresztu – tłumaczy Marek Marchlewicz, przewodniczący Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Zakopanem. – Zatrzymany sam jest winien formie, w jakiej to się odbyło. Wiedząc, że od kilku miesięcy jest poszukiwany, nie zgłosił się do sądu.
Tymczasem Wojciech Fortuna zapewnia, że nie ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości. – Nikt nie mówił mi o żadnym liście gończym – twierdzi w wywiadzie dla „Dziennika Polskiego”. – Jeździłem z żoną na Słowację, byłem też na zaduszkach sportowych Komara i Ślusarskiego w Teatrze STU w Krakowie. Byłem zatrzymywany przez policję do rutynowych kontroli. I nic.
W akcie oskarżenia znalazły się także zarzuty z innych artykułów kodeksu karnego, dotyczące „uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia człowieka oraz grożenia innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub szkodę najbliższych”. W przypadku udowodnienia tych czynów Fortunie grozi kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Sędzia Marchlewicz nie chce ujawnić, kto wniósł oskarżenie, ale w Zakopanem wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. Maria Biegun, była zakopiańska sportsmenka (biatlonistka i kulomiotka), przez kilka lat towarzyszka życia Wojciecha Fortuny. Sprawę do sądu oddała w 1997 r.

Byłam bliska śmierci

– Znęcał się nie tylko nade mną, ale nad całą moją rodziną – twierdzi Maria Biegun i dodaje, że nie ma w tej sprawie nic do ukrycia. – Chodzi o moich dwóch synów, mojego eksmęża i jego żonę. Mnie pobił, tak że straciłam przytomność, byłam bliska śmierci. Mam na to świadków, wypis ze szpitala i kasety z nagraniem jego wyczynów. Powtarzało się to przez cztery lata, kiedy byliśmy razem.
Biegunowa chętnie rozmawia o całej sprawie i podaje wszystkie możliwe numery telefonów, pod którymi można ją znaleźć. Zaprasza też do swojego domu. Najwyraźniej szum medialny jest dla niej szansą na zaistnienie. W sporcie nigdy nie odniosła większych sukcesów.
– Podziwiam Wojtka za ten jednorazowy wynik na olimpiadzie – przyznaje. – Ale to, że mu Pan Bóg dał medal i że nosi takie nazwisko, nie oznacza, że może nas traktować jak oprawca.
Związek z Marią Biegun to z pewnością dla olimpijczyka najgorszy okres w życiu. Oboje nadużywali alkoholu, a kłótnie i awantury były na porządku dziennym. Wojciech Fortuna rozstał się z nią w 1997 r. i wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam poznał swoją drugą żonę, Marię, pochodzącą z Suwałk (z pierwszą żoną, Haliną, rozwiódł się w 1984 r.). W sierpniu tego roku oboje wrócili do Polski i od tego czasu Wojciech Fortuna dzieli czas pomiędzy Mazury i Podhale.
Twierdzi, że wrócił do kraju, aby normalnie żyć i wykorzystać szansę powrotu na prostą. Nie będzie mu jednak łatwo zapomnieć o przeszłości – rozprawa w zakopiańskim sądzie rejonowym odbędzie się za dwa miesiące. Obawia się, że przez ten czas, a może i później będzie na językach.
Była konkubina sportowca zapewnia, że nie chce od niego żadnych pieniędzy. – Chcę, żeby załatwił tę sprawę honorowo, po góralsku – tłumaczy i po chwili precyzuje: – Chodzi o przyznanie się do winy. Chcemy od niego usłyszeć: „Przepraszam”.
O winie Wojciecha Fortuny zadecyduje sąd. Sporą burzę w Zakopanem wywołała jednak sama forma ścigania i zatrzymania sportowca oraz jego aresztowanie.

Solidarność sportowców

– To jakaś paranoja – twierdzi Wojciech Szatkowski, autor książki o historii polskich skoków narciarskich „Od Marusarza do Małysza”. – Tylu groźnych przestępców cieszy się wolnością, a wybitnego sportowca ściga się listem gończym i zamyka w areszcie. Pamiętam, jak w 1972 r. wszyscy zakopiańczycy wylegli na ulice i witali go, gdy wrócił ze złotym medalem…
Oburzony aresztowaniem Fortuny jest też Jerzy Kulej. Były mistrz w boksie uważa, że takich rzeczy nie robi się olimpijczykowi.
– Nie znam dokładnie kulis życia prywatnego Wojtka – przyznaje Janusz Fortecki, trener reprezentacji Polski w skokach narciarskich na igrzyska olimpijskie w Sapporo. – Czy jest on jednak aż tak groźnym przestępcą, by musiał przez dwa miesiące przebywać w zakładzie karnym? Przecież są inne metody, można mu zabrać paszport, przyznać dozór policyjny.

Michał M. Kowalski, dziennikarz „Dziennika Polskiego”

 

Wydanie: 51/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy