Pałac pulsujący życiem

Pałac pulsujący życiem

W Nieborowie przechował się bardzo wysoki styl w stanie uładzonym – jak w muzeum. Kiedy ogląda się stare fotografie wnętrz pałaców kresowych, takich jak Podhorce Koniecpolskiego, widać nadmiar przepychu: dywany leżą jedne na drugich, mebli jest za dużo, za dużo ciężkich kotar, komnaty są przeładowane. Na tym tle Nieborów wyróżnia się niemal ascezą. Maria Dąbrowska zapisała w „Dziennikach” 3 grudnia 1955 roku: „Anna zdecydowała, że mamy pojechać na jakiś czas do Nieborowa. Jestem jej za to winna wdzięczność do grobu. Tu są takie warunki do pracy, jakich w obecnej rzeczywistości nie znajdę już nigdzie i nigdy. Jeśli tu nie napiszę czegoś, co będzie moją nową formą wypowiedzi, to nie napiszę nigdzie. Piękne wnętrza pałacowe, rozkład pokojów gościnnych taki, że panuje w nich idealna, żadnym dźwiękiem niezakłócona cisza”. (…) Dziesięć lat przed zapisem w „Dziennikach” Dąbrowskiej twórca tego powojennego ładu, Stanisław Lorentz, jasno określił swoją wizję. „W mojej koncepcji nie miały to być tylko muzea, jakby wypreparowane z otoczenia, o innych już funkcjach niż te, dla których były niegdyś wznoszone i którym do ostatnich czasów służyły. Chciałem, by w tych wnętrzach dalej mieszkano, by spacerowano po alejach parku, by jadalnia służyła na posiłki i by wieczorem gromadzono się przy kominku w Sali Bibliotecznej. Pałac miał być zamieszkały, pulsować życiem, nie tylko w godzinach otwarcia Muzeum, lecz przez całą dobę, by okna wieczorem nie były czarne, lecz świeciło się w nich jak w domu zamieszkałym, w niektórych pokojach na zmianę, gdy ktoś w nich przebywał. Pałac nie był już ośrodkiem dyspozycyjnym w wielkich prywatnych dobrach ziemskich, ale na dziedzińcu gospodarczym mieli się kręcić pracownicy rolni, z bramy wyjeżdżać fury zaprzężone w konie, krowy miały paść się na trawie”. Znacznie później, w rozmowie z Robertem Jarockim, Lorentz sprecyzował jeszcze tę ideę: „Chodziło o zabytek żyjący współczesnym życiem intelektualnym, miejsce naukowych spotkań i pracy w pokojach gościnnych, umożliwiających odpoczynek i trudną rekonwalescencję ludzi nauki i sztuki”. Stanisław Ossowski zanotował w grudniu 1961 roku: „Lektura Manna wytworzyła nastrój sprzyjający decyzjom osobistym. Drugi czynnik to nieborowska cisza, zanim się goście świąteczni zjechali, i brak terminów: możliwość nieśpiesznego myślenia bez troski o zegarek… Tu w Nieborowie wróciło mi przekonanie, że nie utraciłem przynajmniej potencji myślenia”. (…) Stanisław Herbst tak pisał o Nieborowie: „Pokój wygrzany, łóżko, w które można zapaść snem, aby przebudziwszy się rano bez pośpiechu, sprawdzić znajomość heraldyki na kaflach herbowego pieca, który za chwilę pochłonie trzaskające szczapy i węgiel. Samotności do woli, przy obiedzie i kolacji spotkanie współtowarzyszy”. (…) W Nieborowie (…) pod rządami nie zawsze surowego Lorentza odbywały się hece, szczególnie w noc sylwestrową i podczas „kominków” w Sali Bibliotecznej. Niektórzy z upodobaniem chodzili na wódeczkę i na chłopskie jedzenie do „Jagusi”, gospody urządzonej w kantorku folwarcznym przy spichlerzu, albo do innych wiejskich lokali Nieborowa i Bolimowa. Nic z nastroju bohemy. Za próbkę humoru nieborowskiego, jowialnego, profesorskiego, może służyć fragment wspomnień Lorentza: „Gdy w Nieborowie otwarto sklep GSSCh [Gminna Spółdzielnia Samopomocy Chłopskiej; pod takimi zaklęciami odbywał się handel w Polsce Ludowej! – przyp. aut.] zwany przez nas »galluxem«, panie często udawały się w tamtym kierunku. Powszechne było u pań przekonanie, że w wiele rzeczy znacznie lepiej można się zaopatrzyć w Nieborowie niż w Warszawie (…). Zainteresowanie »galluxem« okazywała nawet Maria Ossowska. Wyrzucałem jej zawsze – mej koleżance uniwersyteckiej – że uprawiana przez nią nauka o moralności nikomu nie jest potrzebna, skoro taka jak ona specjalistka nie chce mi dawać wskazówek w konkretnych wypadkach, np. czy w potrzebie mogę okłamywać żonę albo czy mam prawo pić wódkę w gospodzie »Pod Lipami«, czy też muszę w tym celu jeździć do Warszawy”. Wódki nie komentuję, ale te damy na polowaniach w sklepach Łowicza, Bolimowa czy Bednar – to było rzeczywiście zjawisko. Każda z nich znała paryskie domy towarowe i mniej dostępne, z powodu cen, salony mody, ale to nie miało najmniejszego wpływu na ich łowczy instynkt, który tutaj się wzmagał, więc z pasją wypatrywały w sklepach typu „mydło i powidło” jakiejś sterty materiałów w najgorszym gatunku, skąd wyjmowały resztkę kuponu z lnu albo z czystej bawełny. Chwaliły się innym paniom w Nieborowie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 10/2011, 2011

Kategorie: Książki