Pamiętajmy o Norwidzie

Pamiętajmy o Norwidzie

LIBERUM VETO

„Pamiętajcie o ogrodach”, nawoływał nieodżałowanej pamięci Jonasz Kofta. Niezależnie od tego apelu oboje z mężem zawsze byliśmy i jesteśmy częstymi gośćmi w dwu „podręcznych” ogrodach botanicznych: w tym dawnym, przy Alejach Ujazdowskich, oraz w nowym, zakrojonym na znacznie większą skalę – w Powsinie. Zależnie od sezonu można tam obejrzeć zespół roślin, w tym kwitnących, właściwych naszemu regionowi bądź też sprowadzanych z daleka, lecz odpornych na naszą aurę. A zwiedzając szklarnie, odbywa się swoistą podróż do tropików z ich – egzotyczną dla nas – przebogatą florą.
Wszędzie obok roślin, jakie stworzyła natura, podziwiać można irysy, róże, dalie i mnóstwo innych gatunków udoskonalonych ludzką ręką i sercem. Bo ogrody botaniczne ze swą różnorodnością to przykład harmonijnego współistnienia natury z kulturą i cywilizacją.
W tym punkcie dochodzimy do Norwida.
Uroczystości nieoficjalnego Roku Norwidowego zbiegły się z końcówką kampanii wyborczej oraz powyborczym „kacem” wielu polityków, a także kibiców obserwujących naszą scenę polityczną, która coraz bardziej przypomina słynny Teatrzyk Zielona Gęś. Jak to było?
NARÓD woła: Rząd, Rząd…
RZĄD nie odpowiada NARODOWI.
Moje obecne osobiste spotkanie z Norwidem zawdzięczam stołecznemu Teatrowi Polskiemu, gdzie Tadeusz Bradecki przygotował inscenizację dwu krótkich utworów Norwida: „Nocy tysięcznej drugiej” oraz „Miłości czystej u kąpieli morskich”. Urządzono to tak, że widzowie zasiadają w głębi sceny, akcja rozgrywa się na proscenium, a sala teatralna stanowi wielowymiarowe, mroczne, milczące tło. Na „moim” spektaklu widzami byli głównie uczniowie licealni, najwidoczniej poinformowani przez wychowawców, że przyjdzie im wziąć udział w swego rodzaju seansie przywołującym ducha poety-myśliciela-ironisty, odrzuconego przez współczesnych, a niekoniecznie zrozumianego przez potomnych. Młodzież słuchała w skupieniu, śmiejąc się we właściwych momentach.
Ten spektakl – z finezyjną scenografią Urszuli Kenar i muzyką Grzegorza Turnaua – był radykalną antytezą „skrzeczącej pospolitości” powyborczej. Podniesiona na duchu sięgnęłam po Norwidowe „Legendy”, wydane ongiś (1964 r.) w PIW-owskiej „celofanowej” serii, ze wstępem znakomitego znawcy Norwida, Juliusza W. Gomulickiego. I chciałabym podzielić się wrażeniem, jakie wywarła na mnie jedna z legend pod tytułem „Cywilizacja”, której nie pamiętałam.
Oto okoliczności, w jakich Norwid dokładnie 140 lat temu (1861 r.) napisał ten utwór, równie krótki, jak ważki.
W 1854 r. poeta wracał z Ameryki parowcem „Pacific”. W 1856 r. tenże „Pacific” w trakcie rejsu przez Atlantyk zaginął wraz z załogą i pasażerami. W lipcu 1861 r. (jak podaje Gomulicki) w prasie francuskiej ukazał się artykulik donoszący, że właśnie wyłowiono butelkę z listem nakreślonym przez jednego z marynarzy, W. Grahama. Napisał on „w chwili przedostatniej”:
„Na pokładzie statku »Pacific«, w drodze z Liverpool do New-Yorku.
Okręt tonie, na pokładzie ogromny zamęt, dookoła góry lodowe; wiemy, że śmierć jest nieuchronna. Piszę o przyczynie katastrofy, aby nasz los był znany przyjaciołom. Kto znajdzie tę notatkę, proszony jest o podanie jej do wiadomości”.
Pod wrażeniem tej przejmującej wieści, Norwid, który przecież sam podróżował „Pacifikiem”, napisał legendę pt. „Cywilizacja”. Tak nazwał statek, który podobnie jak „Pacific” pada ofiarą zlekceważonych sił przyrody.
J. W. Gomulicki w swoim wstępie podkreśla wieloznaczność utworu, wszelako jedno nie ulega wątpliwości: Norwid dał tu wyraz swemu krytycznemu stosunkowi wobec współczesnej sobie „maszynowej” cywilizacji, o której tak pisał w innym kontekście:
„Cywilizacja, mówię, każda podobna jest do rusztowania, które ma kształt gmachu i jest arcywzniosłe, i okazałe, i zdaje się niebotyczne. I ma piętra, i sklepienia, a z tym wszystkim nie jest jednak niczym więcej jak tylko płaską i poziomą deską, schodem jednym, na to tylko służącym, aby po nim deptać i chodzić”.
Parowiec „Cywilizacja”, ukazany jako arcydzieło ówczesnej techniki, wiezie reprezentatywnych przedstawicieli XIX w. O tych to czasach Norwid napisał skądinąd, że „Cała Epoka jest małpa sprzedająca wszystko za pieniądze i nikczemna ze wszech miar”.
Jak wizja Norwida przekazana w „Cywilizacji” ma się do naszych dni i do tragicznych wydarzeń, gdy przodująca cywilizacja padła ofiarą – czego właściwie? Barbarzyńskiego fanatyzmu czy może zrozpaczonej natury ludzkiej, buntującej się przeciwko polityczno-gospodarczej hegemonii supermocarstwa oraz globalnemu ujednoliceniu kultury?…
Nie odważyłabym się stawiać takiego pytania, gdyby nie to, że najwybitniejszy XX-wieczny wyraziciel kultury amerykańskiej, a mój ulubiony pisarz, William Faulkner, miał nader krytyczny stosunek do „american way of life”, a w swoim arcydziele pt. „Absalomie, Absalomie” ukazał tragiczny los bohatera, który za wszelką cenę dążył do potęgi opartej na posiadaniu.
Wydaje mi się, że przy oczywistym, głębokim współczuciu dla ofiar terrorystycznego ataku oraz ich bliskich należałoby jednak zdobyć się na pogłębioną analizę wydarzeń, której jak dotychczas chyba braknie. A punktem wyjścia pożądanej refleksji mogłaby się stać właśnie lektura tak wymownej „Cywilizacji” Norwida. 30.09.2001 r.

Wydanie: 43/2001

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy